Dlaczego zaufaliśmy szczepieniom?

Injection-of-a-vaccine.jpg

Szczepienia są skuteczne i bezpieczne” – powiedziała miła pani w telewizji

Zwracając uwagę na niebezpieczeństwa związane z masową immunizacją, zdaję sobie sprawę, iż jest to temat niewygodny, a do tego niemal całkowicie pomijany w przestrzeni informacyjnej. Szczepienia zostały nam tak zręcznie i agresywnie sprzedane, że większość rodziców uważa je za cud nauki, który wyeliminował wiele niegdyś budzących lęk chorób. Tak przynajmniej powtarza nam miła spikerka w popołudniowych wiadomościach, powołując się na opinię utytułowanych immunologów. W konsekwencji każdy, kto sprzeciwia się szczepieniom swoich dzieci, może zostać uznany za szalonego. Analogicznie, kwestionowanie przez lekarza pediatrę szczepień, które stały się chlebem powszednim praktyki pediatrycznej, jest równoznaczne z sytuacją, w której kapłan podważa dogmat o nieomylności papieża.

Czy w takim razie szczepienia są skuteczne i bezpieczne?

Jeśli chodzi o skuteczność, to nie ma przekonujących naukowych dowodów na to, że masowym szczepieniom można zawdzięczać eliminację jakiejkolwiek tzw. choroby zakaźnej. Chociaż prawdą jest, że niektóre niegdyś powszechne choroby zniknęły dziś niemal całkowicie, to nikt tak naprawdę nie wie dlaczego. Przyczyna leży najprawdopodobniej w poprawie jakości życia (brak wojen, higiena, jakość pożywienia, dostęp do czystej wody, kanalizacja, warunki pracy), ponieważ zachorowalność zmniejszała się i zanikała wraz z postępującym rozwojem cywilizacyjnym, do tego symultanicznie w krajach z wysoką wyszczepialnością wśród dzieci, jak i w tych, w których szczepień nie stosowano.

A oto przykład z rodzimego podwórka. Zacytuję wypowiedź dyrektora Instytutu Gruźlicy i Chorób Płuc w Warszawie w trakcie posiedzenia Komisji Zdrowia Sejmu RP z dnia 15-01-2015:

prof. Kazimierz Roszkowski-Śliż – „I jeszcze kwestia szczepień, które oczywiście nie mają żadnego znaczenia ochronnego dla zapadalności () Dlatego że średni spadek zapadalności na gruźlicę w Polsce jest dokładnie taki sam jak we Francji, chociaż we Francji nie szczepi się w ogóle ()

Poseł Krystyna Kłosin (PO) – „Pan profesor był uprzejmy powiedzieć, że szczepienia nie mają żadnego wpływu na zapadalność. Czy pan profesor byłby uprzejmy rozwinąć tę myśl, bo ja cały czas żyłam w przekonaniu, że szczepienia są głównym czynnikiem ograniczającym zapadalność na chorobę, przeciwko której się szczepimy, a tu okazuje się, że tak nie jest (…)”

prof. Kazimierz Roszkowski-Śliż – „Przez długi okres były prowadzone badania nad skutecznością szczepionki, ale wątpliwości odnośnie do skuteczności szczepień przeciwprątkowych były od bardzo dawna. Są kraje w Europie Zachodniej, w których nigdy nie zostały wprowadzone szczepionki, dlatego że nigdy nie było dowodu na to, że szczepionki ochronne gruźlicy mają wpływ na zapadalność.

Polska w minionej epoce, w poprzednim systemie, należała do takich krajów jak Kazachstan, w którym były szczepienia u noworodków, potem były rewakcynacje w piątym roku, w siódmym roku, w dwunastym – do osiemnastego roku życia. Ten archaiczny system był utrzymywany do czasu, kiedy to zmodyfikowaliśmy na podstawie medycyny faktów, zgodnie z którą wiemy, że szczepionki nie mają żadnego wpływu na zapadalność i to również na zapadalność u dzieci. Dowód jest prosty. Mianowicie, jeżeli zbadamy tempo spadku zapadalności w krajach o najlepszych wskaźnikach epidemiologicznych i w Polsce, to tempo spadku jest dokładnie takie samo. Niezależnie od tego, że w tamtych krajach się nie szczepi, a w Polsce się szczepi, tempo spadku wynosi około 2,5% rocznie…”

Źródło: http://www.sejm.gov.pl/Sejm7.nsf/biuletyn.xsp?skrnr=ZDR-172

 

Mit skuteczności szczepień nie jest wspierany nawet przez najzagorzalsze badania proszczepienne. Poza tym dane statystyczne jasno wskazują, że zapadalność, a przy tym śmiertelność dotycząca tzw. chorób zakaźnych zaczęła się obniżać na długo przed wprowadzeniem szczepień. Ospa była już rzadko spotykana, a epidemie zniknęły dziesiątki lat wcześniej, zanim WHO zdecydowała się przeprowadzić ostateczną kampanię „eradykacyjną”.

G11.2-UK-Deaths-1838-1978.png

 

G17.10-Leicester-Age-1838-1888.png

http://www.dissolvingillusions.com/graphs/

Należy przy tym dodać, że równocześnie obniżała się też zapadalność na choroby, na które nie wprowadzono szczepień, bądź nie były one rozpowszechnione.

Dobrze udokumentowany jest też fakt, iż największe epidemie występowały zawsze w najbardziej zaszczepionych populacjach, podczas gdy inne nieszczepione nie miały takich epidemii.

measles.gif

typhoidfever.gif

scarletfever.gif

Innym problemem jest proceder redefiniowania chorób równolegle z wprowadzeniem powszechnych szczepień przeciw danemu „zarazkowi”. Na ten przykład polio (choroba Heinego-Medina) nie zostało wykorzenione przez szczepienia.

Kryje się zwyczajnie za redefinicją i nowymi nazwami, takimi jak wirusowe lub aseptyczne zapalenie opon mózgowych. Zgodnie z jednym z wydań MMWR (Morbidity and Mortality Weekly Report) z 1997 r. w samych Stanach Zjednoczonych rejestruje się rocznie około 30.000 do 50.000 przypadków wirusowego zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych. To tam właśnie zniknęły wszystkie te 30.000 – 50.000 przypadków polio po wprowadzeniu masowych szczepień.

Trzeba też zdawać sobie sprawę, że polio jest chorobą wywoływaną przez człowieka, a te mocno nagłaśniane wybuchy epidemii w połowie XX w. są dziś fałszywie przedstawiane. Ich prawdziwą przyczyną były wzmożone szczepienia przeciw błonicy oraz inne szczepienia poprzedzające daną epidemię polio. Schorzenie takie ma nawet odpowiednią nazwę: polio sprowokowane.

Źródło: „Hepatitis B Vaccine: Helping or Hurting Public Health”, The Subcommittee on Criminal Justice, Drug Policy and Human Resources, 16.06.1999

http://www.thinktwice.com/Hep_Hear.pdf

Jak wspominał George Bernard Shaw: Podczas ostatniej znacznej epidemii na przełomie wieków byłem członkiem Komisji Zdrowia w London Borough Council i dowiedziałem się, jak wiarę w skuteczność szczepień podtrzymuje się za pomocą statystyk, poprzez diagnozowanie wszystkich uprzednio zaszczepionych przypadków (ospy) jako egzemę krostkową, ospę varioloid lub cokolwiek – z wyjątkiem ospy prawdziwej.

Natomiast w kwestii bezpieczeństwa należy zaznaczyć, że każde szczepienie wiąże się ze znacznym ryzykiem niepożądanych odczynów poszczepiennych (NOP), a także z wieloma przeciwwskazaniami, które mogą sprawiać, że dziecko będzie narażone na niebezpieczne powikłania. Jednak lekarze szczepią rutynowo, zazwyczaj bez ostrzeżenia rodziców o zagrożeniach i bez sprawdzenia, czy istnieje przeciwwskazanie do szczepienia dziecka. Mimo, że nie powinno się stosować szczepień bez ustalenia przeciwwskazań, to całe rzesze dzieci są rutynowo ustawiane w kolejce na zastrzyk w ramię bez przeprowadzenia wywiadu z rodzicami.

Pomimo, że znane są nam tysiące przypadków powikłań poszczepiennych (rzadko zgłaszanych przez lekarzy i wyjaśnianych), nikt nie zna długoterminowych konsekwencji wstrzykiwania obcych białek do organizmu dziecka. Jeszcze bardziej szokujące jest to, że nikt nie podejmuje żadnych usystematyzowanych wysiłków, aby się tego dowiedzieć.

Istnieje również rosnące podejrzenie, że masowe szczepienia przeciwko stosunkowo niegroźnym chorym dziecięcym mogą być odpowiedzialne za dramatyczny wzrost chorób autoimmunologicznych. Podobnie przedstawia się sprawa z popularyzowaną ostatnio tzw. szczepionką antyrakową, tj. przeciw HPV.

Jak czytamy w publikacji prestiżowego Nordic Cochrane Centre: „Możliwe poważne uszkodzenia neurologiczne obserwowane po szczepieniu przeciw HPV mogą być spowodowane reakcją autoimmunologiczną.”

nordic_cochrane_views_on_the_ombudsmans_decision_2_nov_2017

sheep5.jpg

Odporność stadna (tzw. herd immunity)

Sformułowanie „odporność stadna„ nieodparcie kojarzy mi się z bezrozumnym stadem owiec. Być może takim właśnie wyobrażeniem kierowali się pomysłodawcy tej koncepcji. Dzięki niej elita (pasterze) jest w stanie manipulować „stadem”.

Teoria „odporności stadnej” zakłada, że przedmiotem etyki nie jest pojedynczy człowiek, ale bliżej niezidentyfikowany organizm zbiorowy, tzw. „ciało ludu” i jego dobro, co wprost wywodzi się z etyki faszystowskich Niemiec.

Źródło: https://szczepienia.wybudzeni.com/odpornosc-stada/

Teoria ta stosowana jest dziś przez propagatorów szczepień jako skuteczne narzędzie promowania wysokiego poziomu wyszczepialności, celem zwiększenia „ochrony” przed „zarazkiem”.

Jednakże prawdziwym powodem używania tej koncepcji jest, po pierwsze, chęć uniknięcia sytuacji, w której będzie można pokazać wiele przykładów zdrowych, nieszczepionych dzieci.

Po drugie, medyczni biurokraci tłumacząc, że szczepienia zadziałają dopiero wtedy, gdy niemal każdy się zaszczepi, w rzeczywistości starają się ukryć fakt, że drogie programy szczepień zawodzą. Przecież choćby ze względu na różne przeciwwskazania nie da się zaszczepić 100% populacji. Z resztą, jak donoszą raporty, które możemy znaleźć m.in. w bibliotece PubMed, lokalne epidemie wybuchały pomimo (a może w wyniku?) pełnej zaszczepialności wśród danej społeczności.

Po trzecie, im więcej zaszczepionych, tym większe zyski dla koncernów farmaceutycznych, żyjących w swoistej symbiozie z medycznym aparatem biurokratycznym, dla którego też coś skapnie przy okazji do kieszeni.

Teoria “odporności stadnej” jest przykładem na to, że dzisiejsze tzw. nauki medyczne, a w szczególności nauka w zakresie biologii molekularnej oraz genetyki, stały się nauką bez dowodów.

W nauce tej nie ma miejsca na pojedyncze dowody, na weryfikacje pojedynczych hipotez. Brak dowodów na dane twierdzenie jest bez znaczenia. Teorie buduje się wprost poprzez połączenie hipotez na prawach logiki.

W tym miejscu chciałbym zwrócić uwagę czytelnika, jak niebezpieczną w swym założeniu jest koncepcja odporności stadnej. Może stać się ona w każdej chwili, o ile już nie jest, przykrywką dla totalitarnych zapędów władzy. Zmusza bowiem każdego z osobna do podporządkowania się idei wyższości dobra “stada” nad dobrem i wolnością jednostki. Jesteśmy wówczas skazani na dyktaturę biurokratów wspartych autorytetem niekontrolowanej (pseudo? -) nauki, która pozbawiona jest wszelkiej kontroli społecznej. Pisałem o tym w poniższym artykule przy okazji wydarzeń we Wrocławiu w 1963 r.:

https://pubmedinfo.wordpress.com/2016/04/14/akcja-vv-kolejna-zaraza-czy-mistyfikacja-i-prowokacja-wladz-kulisy-epidemii-ospy-prawdziwej-we-wroclawiu-w-1963-r-prawda-mity-niewygodne-fakty/

Ponadto, jeśli tzw. odporność po zaszczepieniu, co udowodniono, nie działa nawet wobec konkretnego immunizowanego osobnika https://pubmedinfo.wordpress.com/2015/12/25/nieskutecznosc-szczepien-i-procedur-przeciwtezcowych/ , to w jaki sposób przyjęcie przez niego szczepionki miałoby chronić całe “stado”?

Teorię odporności stadnej należy zatem uznać za paranaukowy bełkot, dzięki któremu władzę nad społeczeństwem sprawują międzynarodowe kartele farmaceutyczne za pomocą totalitarnego aparatu biurokratycznego.

 

2000px-Star_of_life2.svg.png

 

Kult szczepień w świątyni Kościoła Współczesnej Medycyny

Dlaczego pomimo tak oczywistych argumentów przemawiających przeciwko masowym szczepieniom, stały się one powszechną praktyką wspartą autorytetem nauki, a do tego usankcjonowaną przymusem urzędniczym?

Tu pojawia się dodatkowe pytanie: skoro szczepienia są takim skarbem, to dlaczego należy do nich przymuszać?

Odpowiedź jest następująca: szczepienia stały się centralnym dogmatem nowoczesnej medycyny, która nie jest w stanie przetrwać bez naszej wiary, ponieważ przestała być ona sztuką, a jednocześnie nie udało jej się sprostać kryteriom naukowym. Współczesna medycyna stała się mniej lub bardziej zakamuflowaną formą religii, która w kwestiach związanych choćby z immunizacją społeczeństwa wykorzystuje aparat ucisku celem dyscyplinowania wyznawców oraz nawracania niewiernych. Innymi słowy – inkwizytorzy zamienili sutannę na kitel.

Szpitale i przychodnie są świątyniami nowoczesnej medycyny.

Kiedy wchodzisz do świątyni każdej innej religii, stajesz przed obliczem bogów tej religii. Żadni bogowie nie pozwolą ci przyprowadzić konkurencyjnych bogów do ich domu, więc zostawiasz swoich starych bogów i wszystko, czego cię nauczyli, zanim przestąpisz próg ich świątyni. Ponieważ Kościół [Nowoczesnej Medycyny] postrzega wszystkie aspekty życia, które przyczyniają się do zdrowia jako konkurencyjnych bogów, musisz pozostawić swoją tożsamość, swoją rodzinę, swoją pewność siebie i swoją godność przed drzwiami tej świątyni. Dopiero po oczyszczeniu się z realnego życia możesz kwalifikować się do przyjęcia złowieszczych sakramentów Kościoła Śmierci.”

Robert S. Mendelsohn, MD – The Temples of Doom, Confessions of a Medical Heretic, 1991.

Jednym z owych sakramentów są właśnie szczepienia, które przyjęły charakter rytualnych obrzędów plemiennych, niczym obrzezanie.

Należy tutaj spojrzeć na ogólny wzorzec, według którego od wieków odnoszą sukces zorganizowane religie – ponieważ szczepienia zajmują tę samą platformę, wdrażając te same podstawowe strategie. Jeśli coś działa w sferze religijnej, może działać na świeckim gruncie, stymulując popędy i lęki zaprogramowanych ludzi.

Po pierwsze, odbywa się ceremonia namaszczenia – szczepienia, które przyznaje odbiorcy uprzywilejowany status i co najważniejsze, ochronę przed złem i niebezpieczeństwem.

Wodą święconą jest szczepionka. Odeprze ona wroga – zarazka, który jest szczególnie promowany w Najświętszym Kościele Medycyny. Całe zło pochodzi od zarazków. Zarazek jest przedstawiany jako diabeł. Jest źródłem lęku, będącego w jurysdykcji kapłana – lekarza, który wykonuje zastrzyk.

Tylko lekarz (i jego przełożeni, badacze) może ocenić efektywność świętej szczepionki. Kapłan (lekarz) jest obdarzony tą szczególną i tajemną wiedzą. Tylko on oferuje osobie przyjmującej sakrament immunitet od zła.

Ci, którzy twierdzą, że nie boją się zarazków, to negacjoniści, zdrajcy. Zaprzeczają istnieniu szatana. W ten sposób stali się agentami i sprzymierzeńcami szatana (zarazka), który stara się zamaskować swoją obecność we współczesnym świecie. Muszą zostać rozpoznani, kim naprawdę są i wyrzuceni z grona wyznawców.

– Tak więc nie zaszczepiłeś swojego małego synka? Cóż za nieodpowiedzialny rodzic! – Nie pozwólmy mu więcej bawić się z naszą błogosławioną i chronioną córką. Nosi znak szatana, który jest niezneutralizowanym zarazkiem. Poinformujemy innych sąsiadów i zgłosimy się do Świętej Inkwizycji (Sanepidu albo opieki społecznej). – Jesteś nieczysty!

Jeśli w publicznym miejscu Wasze niezaszczepione dziecko kichnie, kaszlnie lub wytrze nos, zademonstruje obecność szatana jako zarazka. Jesteście podejrzani o spotykanie się z innymi nieodpowiedzialnymi rodzicami – heretykami, którzy nie są szczepieni i hartują swój sprzeciw wobec Świętego Słowa (kalendarza szczepień). Co gorsza, wciąż kultywują swoje pogańskie rytuały, umawiając swoje dzieci na „ospa party”.

Najbardziej zapalczywi wojownicy Świętego Kościoła Medycyny, to tzw. blogerzy naukowi. Nie mając możliwości wejścia do stanu kapłańskiego (nigdy nie dostali się do uczelni medycznej), rzucają klątwę na nieszczepionych rodziców, aby osiągnąć miarę wartości w oczach swego Kościoła.

Poprzez niestrudzone wysiłki Kościoła oraz jego sojuszników (ustawodawców i urzędników), walka o ustanowienie Świętego Słowa (kalendarza szczepień) jako obowiązkowego prawa zyskuje na popularności.

Ostatnia uwaga ze strony hierarchów Kościoła Medycyny:

Niektórzy z odstępców argumentują, że jeśli chronione (zaszczepione) dziecko rzeczywiście uzyskało odporność, jego kontakt z niezaszczepionym dzieckiem nie powinien stanowić problemu. Kwestionują tym samym katechizm Kościoła oraz jego najświętszy dogmat, o odporności stadnej.

– Nie słuchaj tej logiki Belzebuba. Jest fałszywy, zwodniczy i zaprogramowany na oszukiwanie. To zarazek przemawia! On wplata swoją szatańską polemikę, szepcze przebiegłe sofizmaty do uszu niewinnych!

goldencalf1.jpg

 

Złoty Cielec

A wziąwszy je z ich rąk nakazał je przetopić i uczynić z tego posąg cielca ulany z metalu. I powiedzieli: «Izraelu, oto bóg twój, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej». (Wj 32,4)

I rzeczywiście naukowcy stworzyli swojego złotego cielca i złożyli mu ofiarę, a ofiarami stały się całe rzesze okaleczonych i zabitych przez szczepienia. Poniższe fotografie przedstawiają przykłady powikłań po szczepieniach przeciwospowych.

 

 

ryc-1-a-b-ospa-400.jpg

ryc-1-c-d-ospa-300.jpg

Ryc.1. Fotografie dzieci z odczynami poszczepiennymi, zrobione w czasie ogłoszonej epidemii ospy we Wrocławiu w 1963r. (vaccinia inoculata, vaccinia generalisata) – archiwum własne prof. Zbigniewa Rudkowskiego z Kliniki Chorób Zakaźnych Wieku Dziecięcego Akademii Medycznej we Wrocławiu

goldencalf8.jpg

goldencalf7.jpg

Ryc.2. Powikłania po szczepieniach przeciwospowych: The Golden Calf – An Exposure of Vaccine Therapy, Charles W. Forward, London, 1933

I poszedł pierwszy,
i wylał swą czaszę na ziemię.
A wrzód złośliwy, bolesny, wystąpił na ludziach,
co mają znamię Bestii,
i na tych, co wielbią jej obraz. (Ap 16,2)

Dla racjonalnego umysłu wydaje się niewyobrażalne, że można pobrać fragment tkanki, pochodzący z owrzodzonych wymion krowy, a następnie kultywować hodowlę (tzw. wirusa ospy krowianki) w strupiejących ropniach na podbrzuszu cielęcia i że zaszczepienie tego materiału w ludzkim ciele nie wywoła katastrofalnych konsekwencji (tak właśnie z grubsza wyglądała produkcja szczepionek przeciw ospie).

Dzisiejszy kult szczepień bierze przecież swój początek w (tragicznej w skutkach) kampanii przeciwospowej, tj. inokulacją materiałem biologicznym, pochodzącym z krowich wymion.

A tak wyglądały „fabryki” tych szczepionek:

 

6211ggggg3.jpg

05-0277-F1.jpg

 

scientist-scraping-skin-of-a-calf-for-use-in-production-of-smallpox-vaccine.jpg

scientist-scraping-skin-of-calf-for-use-in-production-of-smallpox-vaccine.jpg

scientist-scraping-skin-of-calf-for-use-in-production-of-smallpox-vaccine_i-G-60-6046-MVBD100Z.jpg

C0075004-Cultivating_vaccinia_virus_on_calf-SPL.jpg

12.jpg

SS2492595.jpg

smallpox-vaccine-1883-granger.jpg

smallpox.jpg

Production-of-Vaccine1.jpg

Reklamy

Demontaż wirusowej teorii chorób

F1.large.jpg

Wirusy – zabójcze mini-potwory?

Skrzywione pojmowanie bakterii i grzybów oraz ich funkcji przy nieprawidłowych procesach ukształtowało nastawienie wobec wirusów. Końcem XIX w., gdy teoria mikrobów urosła do rangi bezspornej medycznej wykładni, praktycznie nikt nie potrafił wykryć wirusów. Ich średnica, to zaledwie 20 – 450 nanometrów (miliardowych części metra) i w związku z tym są o wiele mniejsze, niż bakterie czy grzyby – tak maleńkie, że można je dostrzec jedynie pod mikroskopem elektronowym. A pierwsze takie urządzenie zbudowano dopiero w 1931 r. Z drugiej strony bakterie i grzyby można obserwować zwyczajnym mikroskopem świetlnym, którego pierwowzór już w XVII w. skonstruował holenderski uczony Antoni van Leeuwenhoek (1632 – 1723).

Pasterianie” już w XIX w używali określenia „wirus”, lecz odnosiło się ono do łacińskiego zwrotu „virus” (oznaczającego truciznę) dla opisywania organicznych struktur, których nie można było zaklasyfikować jako bakterii. Było to idealnym wpasowaniem się w koncepcję wroga: jeśli nie można znaleźć bakterii, wówczas jakaś inna pojedyncza przyczyna musi odpowiadać za chorobę.

Wiele sprzeczności narosło w związku z teorią o śmiertelnie groźnych wirusach, co zostało ukazane przy epidemii ospy prawdziwej, którą nawet dziś ludzie chętnie wykorzystują do wzniecania epidemicznej paniki. Lecz czy tzw. czarna ospa (ospa prawdziwa) rzeczywiście była epidemią wirusową, którą przezwyciężono dzięki szczepieniom? „Historycy medycyny wątpią w to,” pisze dziennikarz Neil Miller w swojej książce Vaccines: Are They Really Safe & Effective? (Szczepionki: Czy Rzeczywiście Są Bezpieczne i Skuteczne?) „Nie tylko nie było szczepionek na szkarlatynę ale i na czarną śmierć, a mimo to choroby te zaniknęły same.”

Na przykład w Anglii, przed wprowadzeniem obowiązkowych szczepień w 1953 r. dwoje ludzi na 10.000 mieszkańców umierało rocznie na ospę. Ale na początku lat 70. XIX w. niemal 20 lat po wprowadzeniu szczepień, dzięki którym osiągnięto 98% zaszczepialność, w Anglii odnotowywano rocznie 10 przypadków śmiertelnych na 10.000 mieszkańców; pięć razy więcej, niż przedtem. „Epidemia ospy prawdziwej osiągnęła szczyt po wprowadzeniu szczepień,” podsumowuje William Farr, który w Londynie odpowiedzialny był za sporządzanie statystyk.

Aby ukryć fakt nieskuteczności  szczepień, po ich wprowadzeniu uciekano się do procederu (który trwa do dziś) zmiany definicji choroby oraz manipulacji statystykami. Jak pisał George Bernard Shaw: „Podczas ostatniej znacznej epidemii na przełomie wieków byłem członkiem Komisji Zdrowia w London Borough Council i dowiedziałem się, jak wiarę w skuteczność szczepień podtrzymuje się za pomocą statystyk, poprzez diagnozowanie wszystkich uprzednio zaszczepionych przypadków (ospy) jako egzemę krostkową, ospę varioloid lub cokolwiek – z wyjątkiem ospy prawdziwej.”

Z ortodoksyjnego punktu widzenia, obraz Filipin był nie mniej kontrowersyjny: na początku XX wieku wyspy doświadczyły najgorszą epidemię czarnej ospy, pomimo że wyszczepialność była poziomie niemal 100%. Natomiast w 1928 r. w w British Medical Journal ostatecznie opublikowano dokument ujawniający, że ryzyko zgonu w ospę był pięć razy wyższy u uprzednio zaszczepionych, niż u niezaszczepionych.

W Niemczech statystyki śmiertelności na ospę prawdziwą zbierane są od 1816 r. Do końca lat 60. XIX w. notowano rocznie około 6.000 zgonów na ospę. W latach 1870 – 1871 liczba ofiar nagle skoczyła 14-krotnie do niemal 85.000. Co się wydarzyło? Szalała wojna francusko-pruska, a francuscy jeńcy wojenni przetrzymywani byli w niemieckich obozach w niezwykle nędznych warunkach, kiepsko odżywiani. Rezultatem tego liczba przypadków ospy w obozach rosła wykładniczo, pomimo iż wszyscy żołnierze Francji i Prus zostali zaszczepieni przeciwko ospie prawdziwej. Niemcy, którzy sami cierpieli w wyniku wojny, również zostali zaatakowani chorobą, choć część z nich również była wcześniej zaszczepiona.

Gdy bezpośrednio po wojnie rozwiązano obozy, liczba śmiertelnych przypadków ospy znacząco spadła. Trzy lata później, w 1874 r., w Prusach zanotowano jedynie 3.345 zgonów na ospę w ciągu roku. Obecnie panująca medycyna mówi, że spadek ten związany był z Reichsimpfgesetz, prawem, które pośród innych kwestii przewidywało, że każde dziecko musi zostać zaszczepione „przed końcem następnego kalendarzowego roku po urodzeniu.” Lecz faktycznie prawo to zaczęło funkcjonować w 1875 r., kiedy popłoch przed ospą już dawno minął. „Poprawił się wówczas stan higieny, wdrażano zdobycze cywilizacyjne i technologiczne, co spowodowało spadek zachorowań i zgonów” – pisał lekarz Gerhard Buchwald.

Gdyby rzeczywiście przyczyną tzw. epidemii były szalejące wirusy z ich możliwościami mutacji, przebiegłością i złośliwością, jak przedstawiają je media i ludowe przekazy, nikogo z nas nie byłoby już dawno na tym świecie.

Główny nurt badań nad wirusami i medycyna zakładają zwyczajnie, że wirusy są „zakaźnymi” patogenami, które aktywnie, niczym pasożyty rozprzestrzeniają się w komórkach (z pomocą enzymów i innych elementów komórek) oraz multiplikują się, ostatecznie atakując, a czasem zabijając komórki. Albo jak jedna z gazet przedstawia typowo sensacyjnym tonem: „Wirusy są najbardziej przebiegłymi na Ziemi czynnikami zakaźnymi; atakują zwierzęta i ludzi, opanowując ich komórki.”

Jak piszą autorzy książki „Virus Mania” – Torsten Engelbrecht i Claus Köhnlein: „Jakby przerażająco to nie brzmiało, brak jest naukowego poparcia dla takiego twierdzenia. Aby je zaakceptować, musi zostać udowodnione istnienie tych tzw. „wirusów zabójców”. I tu właśnie jest pies pogrzebany. Nigdy nie przedstawiono konsekwentnych, istotnych z punktu widzenia naukowego dowodów, pomimo że wystarczy wziąć próbkę krwi pacjenta i bezpośrednią z niej wyizolować jednego z tych wirusów w czystej formie z ich kompletnym materiałem genetycznym (genomem) oraz wirusową otoczką oraz sfotografowanie go pod mikroskopem elektronowym.”

Lecz tych krytycznych pierwszych kroków nigdy nie podjęto wobec H5N1, tzw. wirusa wzw (tzw. wirusowego zapalenia wątroby), HIV czy popularnych ostatnio: Ebola, MERS, Zika oraz wielu innych cząstek, które oficjalnie nazywa się wirusami i przedstawia jako atakujące nas szalone bestie.

W tym kontekście ważnym aspektem jest fakt, że jakiś czas temu nauka o wirusach głównego nurtu zeszła ze ścieżki bezpośredniej obserwacji natury, a zamiast tego zdecydowała się pójść drogą tzw. pośredniego „udowadniania” za pomocą procedur typu testy przeciwciał lub PCR.

Test przeciwciał dowodzi jedynie istnienie przeciwciał – a nie wirusa – czy też samych cząsteczek, na które ów test ma reagować. Oznacza to, że jeżeli wirus lub cząsteczka komórkowa (antygen) nie zostały jednoznacznie zdefiniowane, nikt nie może powiedzieć, na co te testy przeciwciał reagują. Tym samym, używając żargonu medycznego, są one „niespecyficzne”.

Nie inaczej jest z testami PCR (reakcji łańcuchowej polimerazy), których używa się do prześledzenia sekwencji genetycznych, małych fragmentów genetycznych, a następnie powielania ich w milionach razy. Tak, jak z testami przeciwciał, PCR prawdopodobnie ma znaczenie, ponieważ ukazuje pewien rodzaj reakcji immunologicznej (jak nazywa się to techniczną terminologią) w organizmie; albo, nazywając to bardziej neutralnie, pewien rodzaj zakłócenia albo aktywności na poziomie komórkowym. Ale za pomocą PCR nie można udowodnić istnienia wirusa (przy jego nieokreślonej charakterystyce) ani trochę bardziej, niż za pomocą prostego testu przeciwciał. I tu również dlatego, że nie przeprowadzono dokładnego opisu wirusa.

Pod kątem genetyki, te krótkie kawałki, które znajdujemy przy użyciu PCR nie są kompletne i nawet nie spełniają definicji genu (uważa się, że w ludzkim genomie jest 20 – 25 tys. genów kodujących białka). Pomimo tego, twierdzi się, że „sklejone razem” przedstawiają kompletny materiał genetyczny danego wirusa. Lecz nikt nie zaprezentował dokumentu pokazującego elektronowy mikrograf (EM) tego tzw. odtworzonego wirusa.

Nawet jeśli naukowcy zakładają, że cząsteczki odkryte w laboratorium (antygeny i fragmenty genów) są wspomnianymi wirusami, stąd jeszcze daleka droga do udowodnienia, że wirusy te są przyczyną danej choroby, zwłaszcza, gdy testowani pacjenci lub zwierzęta nie są nawet chorzy, co często ma miejsce. Postawić tu należy kolejne ważne pytanie: nawet jeśli domniemany wirus rzeczywiście zabija komórki w próbówce (in vitro) albo powoduje śmierć zarodka jaja kurzego w hodowli, czy możemy śmiało stwierdzić, że te wyniki można przenieść na żywy organizm (in vivo)? Wiele problemów stoi w sprzeczności z tą teorią, jak na przykład fakt, iż fragmenty cząsteczek nazywanych wirusami, pochodzącymi z hodowli komórkowych (in vitro), mogą być zdegenerowane genetycznie z powodu bombardowania ich przez dodatki chemiczne, jak czynniki wzrostu lub substancje będące silnymi utleniaczami. 

W 1995 r. niemiecki tygodnik Der Spiegel zagłębił się w ten problem (magazyn ten zazwyczaj przestawia jedynie ortodoksyjne relacje na temat wirusów), cytując badacza Martina Markovitza z Aaron Diamond AIDS Research Center z siedzibą w Nowym Jorku: „Naukowiec masakruje tymi truciznami swoje zainfekowane wirusami hodowle komórkowe na wszystkie możliwe do wyobrażenia kombinacje, aby przetestować, która z tych toksyn najefektywniej zabija wirusy. ‚Oczywiście nie wiemy, jak daleko zaprowadzi nas takie porównanie wyników z próbówek’, mówi Markovitz. ‚To co ma ostateczne znaczenie, to pacjent.’ Jego doświadczenie w pracy klinicznej nauczyło go rozróżniać próbówkę od łóżka chorego. Jest on bardziej świadom, niż większość badaczy AIDS, jak niewiele wspólnego ma zachowanie wirusowych hodowli komórek macierzystych w inkubatorach z tymi, które wzrastają naturalnie w sieci hormonów, przeciwciał, fagocytów i limfocytów T układu odpornościowego żyjącej osoby.” Andreas Meyerhans z Instytutu Pasteura w Paryżu używa zwrotu: „Hodować (komórki) znaczy zakłócać,” co w zasadzie oznacza, że wyniki otrzymane in vitro jedynie wprowadzają w błąd.

Medycyna głównego nurtu próbuje przedstawiać patogenność (zdolność do wywoływania chorób) cząstek określanych jako wirusy poprzez eksperymenty, które już bardziej tajemnicze być nie mogą. Na przykład podłoża testowe wstrzykiwano bezpośrednio do mózgu zwierząt laboratoryjnych. Taką procedurę stosowano na przykład przy BSE i polio; i nawet sławny Louis Pasteur używał tej metody w swych eksperymentach nad wścieklizną, w trakcie których wstrzykiwał chorą tkankę mózgową do mózgu psa.

https://pubmedinfo.wordpress.com/2017/09/17/wscieklizna-historia-naukowego-oszustwa/

Dlaczego nie założyć, że wirus lub to, co nazywamy wirusem, jest symptomem, tzn. rezultatem choroby? Nauczanie medyczne okopało się w stworzonym przez Pasteura i Kocha wizerunku wroga i zaniedbało kontynuację myśli, że komórki ludzkie mogą same inicjować wytwarzanie wirusa, na przykład w reakcji na czynniki stresogenne. Eksperci odkryli to dawno temu i mówią o „wirusach endogennych” – cząsteczkach, które formowane są wewnątrz organizmu przez same komórki.

Pod tym kontekstem praca badawcza genetyk Barbary McClintock jest kamieniem milowym. W swojej pracy z 1983 r., nagrodzonej Noblem, raportuje, że materiał genetyczny istot żywych potrafi się wciąż zmieniać, dotknięty „wstrząsami”. Owymi wstrząsami mogą być toksyny, ale też inne substancje, które generują stres w próbówce. To z kolei może prowadzić do formowania się nowych sekwencji genetycznych, których wcześniej nie można było zweryfikować (in vivo oraz in vitro).

Już wiele lat temu naukowcy zaobserwowali, że toksyny w organizmie mogą inicjować reakcje fizjologiczne, jednak dzisiejsza medycyna patrzy na to tylko z perspektywy egzogennych (zewnętrznych) wirusów. W 1954 r. naukowiec Ralph Scobey donosił w czasopiśmie Archives of Pediatrics (Archiwa Pediatrii), że opryszczka zwykła rozwijała się po podaniu szczepionki, piciu mleka, bądź spożyciu pewnych artykułów spożywczych; tymczasem półpasiec pojawiał się po spożyciu, bądź wstrzyknięciu metali ciężkich, jak arsen i bizmut albo alkoholu.

Można sobie także wyobrazić, jak toksyczne specyfiki takie, jak poppersy, narkotyki powszechnie używane przez homoseksualistów, bądź leki immunosupresyjne, jak antybiotyki i preparaty antywirusowe mogą wywoływać coś, co nazywamy stresem oksydacyjnym, co znaczy, że zdolność krwi do transportu tlenu, tak ważnego dla życia i przetrwania komórek jest zagrożona. W tym czasie, wytwarzane są tlenki azotu, które mogą poważnie uszkadzać komórki. Rezultatem tego „wzniecona zostaje” produkcja przeciwciał, czego konsekwencją z kolei jest pozytywny wynik testu przeciwciał. Powoduje to także wytwarzanie nowych sekwencji genetycznych, które są potem wykrywane testem PCR. I proszę zauważyć, iż wszystko to odbywa się bez udziału patogennego wirusa, który atakuje nas z zewnątrz.

Lecz uprzywilejowana medycyna potępia takie myślenie jako herezję. Dokładnie tak, jak ortodoksi od dekad zwalczali koncepcję „skaczących genów” Barbary McClintock, ponieważ nie chcieli wypuścić z rąk swojego modelu – dogmatu całkowicie stabilnej ramy genetycznej.

Demontaż wirusowej teorii chorób na przykładzie „wirusa odry”

Jak pisze biolog i wirusolog dr Stefan Lanka na łamach WissenschaftPlus, naukowcy muszą kwestionować wszystko, a zwłaszcza to, co kochają najbardziej, tj. własne odkrycia i idee. Ta podstawowa zasada badań naukowych pomaga uniknąć błędów i ujawnia te, które już istnieją. My wszyscy również powinniśmy kwestionować status quo, w przeciwnym razie żylibyśmy w dyktaturze. Ponadto nauka nie może być ograniczana do wybranej liczby instytucji i ekspertów. Nauka może i musi być uprawiana przez każdego, kto ma niezbędną wiedzę i odpowiednie metody.

Nauka może być uznana za naukę tylko wtedy, gdy jej twierdzenia są weryfikowalne, odtwarzalne i przewidywalne. Nauka potrzebuje zewnętrznej kontroli, ponieważ, jak zobaczymy, od jakiegoś czasu część nauk medycznych utraciła kontakt z rzeczywistością. 

Geneza pomysłu

Obecne pojęcie wirusa opiera się na starożytnych koncepcjach, że wszystkie choroby miały być wywoływane przez trucizny („toksyny”) i że ludzie mogą wrócić do zdrowia wytwarzając „antytoksyny” jako „antidotum”. W rzeczywistości niewiele chorób wywoływanych jest przez trucizny. Drugi pomysł, że organizm może wyzdrowieć poprzez wytworzenie lub dostarczenie „antidotum”, narodził się, gdy zaobserwowano, że ludzie mogą przeżyć większe dawki trucizny (jak choćby alkohol), gdy ich organizm wytrenuje się w neutralizacji danej toksyny poprzez spożywanie powoli rosnących jej ilości. Jednak w rzeczywistości nie ma czegoś takiego, jak antidotum. Zamiast tego organizm produkuje enzymy, które neutralizują i eliminują trucizny (np. alkohol).

W 1858 r. Rudof Virchow, twórca współczesnej medycyny, splagiatował wyniki prac innych naukowców, tłumiąc ich zasadnicze odkrycia. Tym samym narodziły się i zostały narzucone jako dogmat fałszywe poglądy na temat przyczyn chorób. W rzeczywistości poglądy te obowiązują do dziś. Zgodnie z tym dogmatem wszystkie choroby mają mieć swój początek w komórce. Patologia komórkowa Virchowa ponownie wprowadziła do medycyny starożytną i obaloną doktrynę humoralną i mówiła, że choroby rozwijają się z patogennych trucizn (w języku łacińskim: virus).

Poszukiwanie tych patogennych trucizn pozostaje po dziś dzień bezowocne, jednak kiedy odkryto bakterie, założono, że produkują one patogenne toksyny. To przypuszczenie, zwane „teorią zarazków”, zostało natychmiast zaakceptowane i wciąż jest bardzo skuteczne utrwalane. Teoria ta na tyle mocno zakorzeniła się w powszechnej świadomości, że większość ludzi wciąż nie jest świadoma faktu, iż tzw. toksyn bakteryjnych, które w rzeczywistości są zwyczajnymi enzymami, nie znajdziemy w organizmie człowieka, a jeśli nawet, to nigdy nie pojawiają się w takiej ilości, aby stać się niebezpiecznymi.

Następnie odkryto, że kiedy bakterie powoli zaczynają umierać, tworzą maleńkie, pozornie martwe formy przetrwania, tak zwane przetrwalniki. Podejrzewano wówczas, że są one toksyczne i uznano je za tak zwane patogeny chorobotwórcze. Koncepcja ta została potem odrzucona, ponieważ zarodniki szybko rozwijają się w bakterie, gdy przywracane są ich zasoby życiowe. Kiedy naukowcy z laboratorium zauważyli, że słabe, wysoce wsobne szczepy bakterii ginęły bardzo szybko, przechodząc w znacznie mniejsze struktury niż przetrwalniki, początkowo sądzono, że bakterie zostały zabite przez rzekome chorobotwórcze trucizny, zwane wirusami, i że wirusy w ten sposób replikowały się.

Ze względu na przekonanie, że te struktury, których w chwili odkrycia, wciąż nie udało się zaobserwować, zabijają bakterie, nazwano je fagami / bakteriofagami – „zjadaczami bakterii”. Dopiero później ustalono, że tylko bakterie z wysoce wsobnych hodowli i dlatego prawie niezdolne do życia albo bakterie, które giną na tyle szybko, że nie mają czasu na tworzenie przetrwalników mogą przekształcić się w fagi.

Wprowadzenie mikroskopii elektronowej doprowadziło do odkrycia struktur powstałych w wyniku transformacji bakterii, gdy te nagle umierały lub kiedy metabolizm wysoce wsobnych mikroorganizmów został przytłoczony przez procesy wywołane poprzez dodanie „fagów”. Odkryto również, że istnieją setki typów „fagów” o odmiennym wyglądzie. Stwierdzenie istnienia fagów, tzw. „wirusów” bakteryjnych, wzmocniło błędne założenie i przekonanie, że istnieją wirusy ludzkie i zwierzęce, które wyglądają tak samo i mają taką samą strukturę. Tak jednak nie jest i nie może być z kilku różnych powodów.

Po wprowadzeniu technik badań chemicznych w biologii odkryto, że istnieją tysiące rodzajów fagów i że fagi jednego rodzaju zawsze mają taką samą strukturę. Składają się z określonej cząsteczki zbudowanej z kwasu nukleinowego, która jest pokryta powłoką białek o danej liczbie i składzie. Dopiero później odkryto, że jedynie bakterie, które były wysoce wsobne w probówce, mogłyby same przekształcić się w fagi, przez kontakt z fagami, ale nigdy nie dotyczyły naturalnych bakterii, które właśnie zostały wyizolowane z ich naturalnego środowiska.
W procesie tym odkryto, że owe „wirusy bakteryjne” faktycznie służą dostarczaniu innym bakteriom ważnych molekuł i białek i że same bakterie powstały z takich struktur.

Zanim można było ustalić, że „wirusy bakteryjne” nie mogą zabijać naturalnych bakterii, ale zamiast tego pomagają im żyć i że same bakterie wyłaniają się z owych struktur, „fagi” te były już wykorzystywane jako modele rzekomych wirusów ludzkich i zwierzęcych. Założono, że wirusy ludzkie i zwierzęce wyglądają jak „fagi”, rzekomo zabijają komórki, a tym samym powodują choroby, a jednocześnie wytwarzają nowe toksyny chorobowe i w ten sposób przenoszą choroby. Do chwili obecnej wiele nowych lub pozornie nowych chorób przypisano wirusom, jeśli ich etiologia jest nieznana lub nie została potwierdzona. Odruch ten znalazł wyraźne potwierdzenie w odkryciu „wirusów bakteryjnych”.

Ważne jest, aby zauważyć, że teorie walki i infekcji zostały zaakceptowane i wysoko ocenione przez większość specjalistów tylko wtedy, gdy kraje lub regiony, w których oni żyli, również cierpiały z powodu wojny i przeciwności losu. W czasach pokoju w świecie nauki dominowały inne pojęcia. Bardzo ważne jest, aby zauważyć, że teoria infekcji – poczynając od Niemiec – została zglobalizowana jedynie przez III Rzeszę, kiedy żydowscy badacze, którzy w większości sprzeciwiali się politycznie eksploatowanym teoriom i odrzucili je, zostali usunięci ze swoich stanowisk.

Wykrywanie fagów

Istnienie fagów można szybko udowodnić.

Pierwszy krok: ich obecność potwierdzona jest przez efekt, czyli przekształcenie bakterii w fagi, a także obserwacji fagów za pomocą mikroskopu elektronowego. Eksperymenty kontrolne pokazują, że fagi nie pojawiają się, jeśli bakterie się nie zmieniają, bądź losowo zaczynają rozkładać się z powodu zewnętrznej nagłej anihilacji (bez tworzenia fagów).

Drugi krok: ciecz zawierająca fagi jest zagęszczana i dodawana do innej cieczy, która będzie mieć dużą gęstość na dnie probówki i niską u góry probówki. Następnie probówkę z fagami silnie wiruje się (odwirowuje) i wszystkie cząstki gromadzą się według masy do miejsca właściwego dla ich gęstości. Gęstość jest stosunkiem masy (masy) na jednostkę objętości, wyrażonej odpowiednio jako kg/l lub g/ml. Właśnie dlatego ten etap koncentracji i oczyszczania cząstek o tej samej gęstości nazywamy wirowaniem w gradiencie gęstości.

Warstwa, w której gromadzi się wiele cząstek o tej samej gęstości, staje się „mętna” i nazywa się ją „pasmem”. Ten etap jest dokumentowany, a następnie cząstki zagęszczane, oczyszczane i sedymentowane w „paśmie” pobierane są za pomocą igły ze strzykawką. Wyekstrahowana skoncentrowana ilość cząstek nazywana jest izolatem. Szybka i prosta mikrofotografia elektronowa potwierdza obecność fagów w izolacie, który jednocześnie będzie wskazywał na czystość izolatu, jeśli na mikrografie nie będą widoczne żadne inne cząstki oprócz fagów. Wygląd i średnica fagów również są ustalane za pomocą tej mikrofotografii. Eksperyment kontrolny przeprowadzony dla tego etapu polega na traktowaniu i odwirowaniu cieczy z bakterii, które nie wytworzyły żadnego faga, gdzie na końcu procedury nie pojawiają się fagi.

Po etapie skutecznego izolowania fagów następuje decydująca charakterystyka biochemiczna fagów. Charakterystyka ich składu jest niezbędna do identyfikacji określonego rodzaju faga, ponieważ różne typy fagów często wydają się podobne. Izolat uzyskany poprzez wirowanie w gradiencie gęstości dzieli się teraz na dwie części. Jedna część służy do określenia wielkości, rodzaju i składu kwasu nukleinowego; w oddzielnej procedurze druga część służy do określenia ilości, wielkości i morfologii białek fagów. Od lat 70. testy te są prostymi standardowymi technikami, których uczy się każdy student biologii na pierwszych semestrach.

Testy takie przedstawiają biochemiczną charakterystykę fagów. Niemal w każdym przypadku wyniki te były i są publikowane tylko w jednej publikacji, ponieważ fag ma bardzo prostą strukturę, która jest bardzo łatwa do analizy. Eksperymenty kontrolne do tych testów wykorzystują ciecz z bakterii, które nie tworzą fagów, a zatem nie mogą stanowić żadnego dowodu biochemicznego. W ten sposób wykazane zostało naukowo istnienie około dwóch tysięcy różnych rodzajów fagów.

O rzekomym dowodzie na patogenne wirusy

„Bakteriofagi”, prawidłowo zdefiniowane jako niekompletne mini przetrwalniki i bloki budulcowe bakterii, zostały naukowo wyizolowane, podczas gdy rzekome chorobotwórcze wirusy nigdy nie były obserwowane u ludzi lub zwierząt, bądź w ich płynach ustrojowych i nigdy nie zostały wyizolowane, a następnie analizowane biochemicznie. Do chwili obecnej żaden z naukowców zaangażowanych w tego rodzaju pracę nie zdawał sobie z tego sprawy.

Użycie mikroskopu elektronowego i biochemia powoli stawały się normą po 1945 r. I nikt nie zdawał sobie sprawy, że nigdy nie wyizolowano żadnego patogennego wirusa u ludzi lub zwierząt. Dlatego też od 1949 r. naukowcy zaczęli stosować tę samą koncepcję, co fagi (bakteryjne), aby replikować ludzkie i zwierzęce „wirusy”. John Franklin Enders, urodzony w 1897 r. w rodzinie bogatego finansisty, po ukończeniu studiów działał w różnych bractwach, następnie pracował jako agent nieruchomości i przez cztery lata uczył się języków obcych, po czym przeszedł do wirusologii bakteryjnej, która zafascynowała go.

Następnie zwyczajnie przetransferował pomysły i koncepcje, których nauczył się w tej dziedzinie badań na rzekome patogenne wirusy u ludzi. Swoimi nienaukowymi eksperymentami i interpretacjami, których nigdy nie potwierdził poprzez negatywne kontrole, Enders poprowadził całą „wirusową” medycynę zakaźną do ślepego zaułka. Ważne jest, aby zauważyć w tym miejscu, że Enders, podobnie jak wielu specjalistów w zakresie chorób zakaźnych, pracował dla amerykańskich sił zbrojnych, które zawsze były i nadal są głównym źródłem strachu przed zarażeniem. To przede wszystkim amerykańskie wojsko rozpowszechniało fałszywe przekonanie, że oprócz broni chemicznej istniała także broń biologiczna w postaci bakterii i wirusów.

W 1949 r. Enders ogłosił, że udało mu się hodować i rozmnażać rzekomego wirusa polio in vitro na różnych tkankach. Amerykańskie grono ekspertów natychmiast to zaakceptowało. Wszystko, co zrobił Enders, to dodanie płynów ustrojowych od pacjentów z chorobą Heinego-Medina do hodowli tkankowych, które, jak twierdził, poddane zostały sterylizacji. Utrzymywał, że komórki umierały w związku z działaniem wirusa, tzn. że w ten sposób wirus replikował się i że z odpowiedniej kultury można było pobrać materiał na szczepionkę. W tym czasie letnie epidemie polio (polio = porażenie wiotkie) były bardzo częste latem i uważano, że są spowodowane przez wirusy polio. Szczepionka miała pomóc w zwalczeniu rzekomego wirusa. Po wprowadzeniu szczepień przeciwko polio symptomy zostały ponownie zdiagnozowane między innymi jako stwardnienie rozsiane, ostre porażenie wiotkie, aseptyczne zapalenie opon mózgowych itp. Następnie polio zostało uznane za wytępione.

Podczas swoich eksperymentów Enders i in. wyjałowili kultury tkankowe, aby wykluczyć możliwość zabicia komórek przez bakterie. Nie wzięli pod uwagę faktu, że sterylizacja i obróbka kultury komórkowej podczas przygotowywania jej do rzekomej infekcji były dokładnie tym, co zabijało komórki. Zamiast tego zinterpretowali efekty cytopatyczne jako istnienie i działanie wirusów polio, nigdy nie izolując pojedynczego wirusa i nie opisując go biochemicznie. Nigdy nie wykonano niezbędnych eksperymentów z negatywną kontrolą, które mogłyby wykazać, że to sterylizacja i obróbka komórek przed „zakażeniem” w probówce w rzeczywistości zabijały komórki. Jednak w 1954 roku za to „osiągnięcie” Enders otrzymał nagrodę Nobla.

Rok 1954 jest również tym, w którym Enders zastosował i wprowadził tę samą technikę, aby rzekomo replikować wirusa odry. Ponieważ jednocześnie przyznano mu nagrodę Nobla za domniemanego wirusa polio, wszyscy naukowcy uznali jego technikę za naukową. Dlatego do dnia dzisiejszego cała koncepcja odry została oparta na tej technice. W rzeczywistości szczepionki przeciwko odrze nie zawierają wirusów, lecz cząstki martwej tkanki pochodzącej z nerki małpy albo z ludzkich komórek nowotworowych.

Do chwili obecnej nie przeprowadzono żadnych negatywnych doświadczeń kontrolnych w odniesieniu do tak zwanego wirusa odry, które wykazałyby, że jest to procedura laboratoryjna prowadząca do cytopatycznych efektów w komórkach. Ponadto wszystkie twierdzenia i eksperymenty wykonane przez Endersa i in. oraz kolejnych badaczy prowadzą do jedynego obiektywnego wniosku, że faktycznie obserwowali i analizowali umierające cząstki komórkowe i ich aktywność w probówce, błędnie interpretując je jako cząstki i cechy rzekomego wirusa odry.

Wirus odry jako przykład

Poniższe wyjaśnienia dotyczą wszystkich tzw. „patogennych wirusów” (ludzkich lub zwierzęcych).

Sześć prac przedstawionych przez dr. Bardensa w trakcie „procesu w sprawie odry”, o którym pisałem tu: https://pubmedinfo.wordpress.com/2017/01/30/czy-wirus-odry-istnieje-masern-prozess/ jako dowodu na istnienie wirusa odry opisuje w dydaktycznie idealny sposób poszczególne etapy łańcucha błędnych interpretacji, aż do wiary w istnienie tego wirusa.

Pierwszy artykuł został opublikowany w 1954 r. Przez Endersa i in .: „Propagation in tissue cultures of cytopathogenic agents from patients with measles” (Proc Soc Exp Biol Med. 1954 Jun; 86 (2): 277-286). 

W eksperymencie tym Enders i in. radykalnie obniżyli zawartość składników odżywczych i dodali niszczące komórki antybiotyki do hodowli komórkowej przed wprowadzeniem rzekomo zainfekowanego płynu. Późniejsze wymieranie komórek zostało następnie błędnie zinterpretowane jako obecność, a także izolacja wirusa odry. Nie przeprowadzono eksperymentów kontrolnych, aby wykluczyć możliwość, że zarówno pozbawienie hodowli składników odżywczych, jak i dodanie antybiotyków doprowadziły do efektów cytopatycznych. Ślepotę Endersa i jego współpracowników można wytłumaczyć faktem, że naprawdę chciał pomagać ludziom, wówczas gdy po II wojnie światowej i w trakcie zimnej wojny nasilała się wirusowa histeria. Można to również wytłumaczyć faktem, iż Enders i wielu jego kolegów nie mieli pojęcia o medycynie i zwyczajnie konkurowali ze Związkiem Radzieckim o opracowanie pierwszej szczepionki przeciw odrze.

Taka presja na sukces może również wyjaśnić, dlaczego Enders i jego współpracownicy zignorowali swoje własne zastrzeżenia i uwagi wyrażone w 1954 roku, kiedy zaobserwowali i zanotowali, że wiele komórek zmarło również po normalnym traktowaniu (tj. nie „zainfekowanych”), co ich zdaniem było spowodowane przez nieznane wirusy i czynniki. Wszystkie te fakty i uwagi zostały następnie zlekceważone.

Drugi dokument przedstawiony przez skarżącego w „procesie odry” opublikowano w 1959 r. – Bech V, Magnus Pv. „Studies on measles virus in monkey kidney tissue cultures.” (Acta Pathol Microbiol Scand. 1959; 42 (1): 75–85). Z powodów przedstawionych powyżej, autorzy pracy doszli do wniosku, że technika wprowadzona przez Endersa nie była odpowiednia do izolacji wirusa. Ich stanowcze wnioski nie tylko nie są omawiane przez pozostałych badaczy, ale są wręcz ignorowane.

W trzeciej pracy – Nakai M, Imagawa DT. „Electron microscopy of measels virus replication.” (J. Virol. 1969 Feb; 3v (2): 187–97.) autorzy sfotografowali typowe cząstki komórkowe wewnątrz komórek i błędnie zinterpretowali je jako wirusa odry. Nie wyizolowali żadnego wirusa. Z niewyjaśnionych przyczyn nie udało im się określić i opisać biochemicznej struktury tego, co prezentowali jako wirus w osobnym eksperymencie. W krótkim opisie stosowanych metod można przeczytać, że autorzy nie zastosowali standardowej techniki izolacji wirusów, tj. wirowania w gradiencie gęstości. Zwyczajnie odwirowali fragmenty martwych komórek na dnie probówki testowej, a następnie, nie opisując ich struktury biochemicznej, błędnie uznali szczątki komórek jako wirusy. Ze sposobu przeprowadzenia eksperymentów można wywnioskować, że cząsteczki komórkowe zostały źle zinterpretowane jako wirusy.

Taką samą sytuację znajdujemy w czwartej – Lund GA, Tyrell, DL, Bradley RD, Scraba DG. „The molecular length of measles virus RNA and the structural organization of measles nucleocapsids.” (J. Gen. Virol. 1984 Sep;65 (Pt 9): 1535–42) – i szóstej pracy – Daikoku E, Morita C, Kohno T, Sano K. „Analysis of Morphology and Infectivity of Measles Virus Particles.” (Bulletin of the Osaka Medical College. 2007; 53 (2): 107–14) – opublikowanej przez powoda jako dowód na istnienie wirusa odry.

Piąta publikacja – Horikami SM, Moyer SA. „Structure, Transcription, and Replication of Measles Virus.” (Curr Top Microbiol Immunol. 1995; 191: 35–50)jest przeglądem opisującym proces konsensusu dotyczący tego, które cząsteczki kwasu nukleinowego z martwych komórek reprezentowałyby tak zwany genom wirusa odry. W rezultacie dziesiątki zespołów badaczy pracują z krótkimi kawałkami cząsteczek specyficznych dla komórek, po czym – na podstawie danego modelu – układają wszystkie kawałki razem na papierze. Jednak taka układanka wykonana z tak wielu kawałków nigdy nie została udowodniona naukowo jako całość i nigdy nie została wyizolowana z wirusa, ponieważ wirus odry nigdy nie był widziany, ani u ludzi, ani w probówce.

Odnosząc się do tej publikacji, wyznaczony przez sąd ekspert stwierdził, że opisuje ona złoty standard, tj. cały genom wirusa. Oczywistym jest, że ekspert nie przeczytał tego artykułu, którego autorzy stwierdzili, że dokładny skład molekularny i funkcje genomu wirusa odry będą musiały być przedmiotem dalszych badań, dlatego musieli polegać na innych modelach wirusów w celu osiągnięcia konsensusu w sprawie struktury i funkcji genomu wirusa odry.

Najłatwiej zauważyć, że w każdej z podanych publikacji, a także we wszystkich tekstach dotyczących „wirusa odry” oraz innych patogennych wirusów, nie przeprowadzono żadnych eksperymentów kontrolnych. Żaden z badaczy nie stosował techniki wirowania w gradiencie gęstości; zamiast tego wirowane były resztki komórkowe na dnie probówki. Technika ta, służąca do zbierania wszystkich cząstek z płynu, nazywana jest wytrącaniem albo precypitacją. Z logicznego i naukowego punktu widzenia można powiedzieć, że we wszystkich publikacjach na temat tak zwanych „wirusów chorobotwórczych” badacze wykazali w rzeczywistości tylko cząstki i cechy komórek.

Godną polecenia jest także recenzja prof. Lüdtke (1999) – „Zur Geschichte der frühen Virusforschung. Übersichtsarbeit von Prof. Karlheinz Lüdtke.” Zauważył on, że u zarania wirusologii większość wirusologów za każdym razem dochodziła do wniosku, że struktury, które mylnie wstępnie uznali za wirusy, okazały się potem składnikami komórek, a zatem były jedynie wynikiem eksperymentu, a nie przyczyną zaobserwowanych zmian.

Zur Geschichte der frühen Virusforschung

Badania nad wścieklizną: historia naukowego oszustwa

Rabies_cartoon_circa_1826-Copy.jpg

Strach przed bestią

Wścieklizna jest dziś uznawana za niebezpieczną wirusową chorobę zakaźną niektórych ssaków, mogącą przenieść się na człowieka. Cechuje ją znaczne podniecenie i agresja („wściekłość”). Wściekliznę nazywa się też wodowstrętem lub hydrofobią (z łac.), co jest odbiciem jednego z objawów choroby, mianowicie mimowolnych skurczów mięśni na widok lub sam dźwięk wody.

Popularny w czasach Louisa Pasteura – odkrywcy szczepionki na tę chorobę – horror związany z wścieklizną nie miał żadnych podstaw w statystykach, ani znaczenia dla demografii, ponieważ hydrofobia była bardzo rzadka u ludzi. Tuż przed wynalezieniem tej „cudownej szczepionki” śmiertelność we Francji oficjalnie nie przekraczała 50 osób rocznie. Pomimo tak sporadycznego występowania, wścieklizna od dawna zajmowała szczególne miejsce w ludowych przekazach. Aż do czasów AIDS była ucieleśnieniem tajemniczej i przerażającej choroby, a jej typowym nosicielem miał być najlepszy przyjaciel człowieka. Hydrofobia od czasów średniowiecznych powiązana była z ludowym wyobrażeniem bestii, choroby związanej z demonami (teoria miazmatu).

W dawnych czasach, jak odnotowano w zapiskach dostępnych w starych bibliotekach, pocałunek króla miał leczyć wściekliznę. Później odkryto, że kawałek królewskiego ubrania może być równie skuteczny. Wierzono też, że „kamień szaleństwa”, stosowany w miejscu ugryzienia, „wyciągał szaleństwo”. Natomiast fragment „sierści psa, który nas ugryzł” powinien zostać przeżuty, połknięty lub zawiązany na ranie.

W 1881 r. chemik Louis Pasteur ogłosił, że odkrył metodę przenoszenia wścieklizny pomiędzy zwierzętami. Mianowicie w sterylnych warunkach pobrał zawartość czaszki zwierzęcia uznanego za chore na wściekliznę, a następnie wstrzykiwał ją przez dziurę wydrążoną w czaszce zdrowego psa bezpośrednio na powierzchnię mózgu. Przyznam, że to dość osobliwa metoda udowadniania zarażenia daną chorobą. W dodatku uciekająca się do okrutnej wiwisekcji, nie uwzględniającej traumy zwierzęcia, na którym przeprowadza się tortury. Takie zabijanie uznawane jest do dziś przez wirusologów jako bezpośredni dowód na istnienie danego wirusa, zdolności replikacji oraz jego izolacji. Gdyby Pasteur pobrał tkankę od każdego innego (zdrowego) zwierzęcia, efekt byłby zapewne ten sam. Nigdy jednak nie wydzielił w swoich badaniach nad „wirusem” odpowiednich grup kontrolnych, aby się o tym przekonać.

Inną techniką „zarażania” chorobą było dożylne wstrzyknięcie tego samego materiału. Jednak w przeciwieństwie do wyżej przedstawionej wewnątrzczaszkowej iniekcji, tutaj „wirus” wywoływał wściekliznę w formie „paraliżu”, a nie „szaleństwa”. Jak się to ma do 3 postulatu Kocha (drobnoustrój wyodrębniony od chorej osoby, po wprowadzeniu do ludzi lub zwierząt musi wywołać tę samą!! chorobę) nie mam pojęcia. Idźmy dalej.

 

14387440987.jpg

Prywatni pacjenci Pasteura

Jak czytamy w biografii Pasteura zatytułowanej: The Private Science of Louis Pasteur, opublikowanej na Princeton University przez prof. Geralda Geisona, na początku maja 1885 r. Paryżanin o nazwisku Girard zgłosił się do szpitala Necker w stanie ogromnego pobudzenia. Obawiał się, że jest chory na wściekliznę. Dwa miesiące wcześniej został ugryziony w kolano przez wałęsającego się psa. Jego rana została dokładnie skauteryzowana i wygoiła się bez powikłań. Aż do teraz. Pacjent skarżył się na silne bóle głowy i brzucha. Pił sporo mleka, ale nie mógł znieść widoku wody i wina. Jego nogi trzęsły się i nie mógł nic jeść. Louis Pasteur dostał pilny telegram i szybko zjawił się w szpitalu. Zlecił wstrzyknięcie cierpiącemu na bóle pacjentowi 1cm3 preparatu, który przyniósł ze sobą z laboratorium. Kolejną dawkę zaaplikowano mu o 22:00 tego samego dnia. Planowano sześć kolejnych zastrzyków w krótkich odstępach czasowych, ale na polecenie administracji szpitala Pasteur musiał zaniechać dalszych eksperymentów i wynieść się ze szpitala, ponieważ na miejscu nie był obecny lekarz prowadzący. Stan Girarda pogarszał się. Ręce zaczęły drżeć, męczyły go silne bóle i pytał czy jest chory na wściekliznę. Kolejny dzień upłynął na drgawkach, do tego doszło silne pocieranie się w szyję. Gdy następnego dnia stan jego uległ stopniowej poprawie, dziękował za zaaplikowaną kurację. Nie mógł wciąż jednak patrzeć ani na wodę, ani na wino.

Jednak już 6 maja powróciły drgawki i silnie drapał się po całym ciele. Wieczorem doszły do tego koszmary senne. Po kilku dniach objawy ustąpiły. Pacjent wciąż pił mleko i bulion, ale nie chciał słyszeć o wodzie, winie czy o jakimkolwiek pokarmie stałym. Wkrótce wypisano go ze szpitala. Lekarz prowadzący był od początku sceptyczny odnośnie pierwotnej diagnozy wścieklizny. Dr Georges Dujardin-Beaumetz, członek Akademii Medycznej i Rady Higieny i Zdrowia Publicznego, który był odpowiedzialny za śledzenie każdego przypadku wścieklizny w departamencie, zapytał Pasteura o naturę jego cudownych specyfików. Ten jedynie odparł, że wstrzykiwał pacjentowi „pełną strzykawkę Pravaza [1cm3] atenuowanego [odzjadliwionego] wirusa wścieklizny.” Nie sprecyzował jednak, w jaki sposób została osiągnięta owa „atenuacja”.

Następnego dnia wysłał do dr Dujardin-Beaumetza list z prośbą o przesunięcie terminu nadesłania raportu do Rady Higieny i Zdrowia Publicznego na temat pacjenta Girarda. Motywował to tym, że chciał mieć absolutną pewność, iż Girard nie cierpi już na wściekliznę.  Dziwnie to tłumaczył Pasteur, jakby z obawy czy czasem jego cudowny specyfik nie zaszkodzi ostatecznie pacjentowi. Wyjaśniał potem w napisanym liście, że jeśli pacjent zmarłby ostatecznie na wściekliznę, należałoby zbadać czy jego śmierć spowodowana była ugryzieniem psa czy też raczej w wyniku iniekcji otrzymanych w szpitalu Necker. Problem ten miał być wg Pasteura rozstrzygnięty w wyniku przeniesieniu tkanek z mózgu Girarda na zwierzęta i obserwacji, czy ich kliniczna odpowiedź była typowa dla zwykłej wścieklizny czy też raczej charakterystyczna dla zmodyfikowanego wirusa, który został wstrzyknięty pacjentowi przez Pasteura i jego współpracowników. Zastanawiające, jak chciał on ostatecznie rozstrzygnąć tę kwestię.

Co więcej. W przeciągu miesiąca Pasteur zmierzył się z kolejnym przypadkiem domniemanej wścieklizny. Tym razem była to jedenastoletnia Julie-Antoinette Poughon. Została ona miesiąc wcześniej ugryziona przez swojego pupila w górną wargę i przyjęta 22 czerwca 1885 r. do szpitala St. Denis po dwóch dniach silnego bólu głowy. Zarówno Pasteur jak i lekarz dyżurny zgodnie uznali, iż na pewno mają do czynienia z przypadkiem wścieklizny. Lekarz, idąc za sugestią Pasteura, wstrzyknął pacjentce całą zawartość strzykawki zawierającej substancję uprzednio przygotowaną w laboratorium chemika. O północy wstrzyknięto jej kolejną dawkę, różniącą się od poprzedniej w stopniu atenuacji. Następnego dnia Pasteur wrócił do szpitala o 10:00, kiedy zastał młodą Julie umierającą. Symptomy wścieklizny szybko ogarnęły jej organizm, pomimo (a może z powodu) dwóch iniekcji zastosowanych poprzedniego dnia.

Dramatyczne historie obu pacjentów: Girarda i Julie-Antoinette nie zostały odnotowane w żadnym oficjalnie opublikowanym dotąd tekście. Z wyjątkiem prywatnych zapisków Pasteura z jego korespondencji z dr Dujardin-Beaumetz. Pasteur nigdy oficjalnie nie wspomniał o nich. Odnośnie młodej pacjentki zapewne nie było się czym chwalić, wszak zmarła na drugi dzień po jego cudownej kuracji. Ale ciszę w eterze na temat Girarda ciężko zrozumieć, chyba że Pasteur sam nie wierzył w swoje lekarstwo. Gdyby było inaczej, z pewnością nie ukrywałby tak doniosłego osiągnięcia przed opinią publiczną. Czytaj dalej„Badania nad wścieklizną: historia naukowego oszustwa”

„Wirus-Mania: Jak Branża Medyczna Nieustannie Wymyśla Epidemie, Generując Miliardowe Zyski Naszym Kosztem”

„Wirus-mania jest chorobą społeczną naszej wysoko rozwiniętej cywilizacji. Aby ją wyleczyć, niezbędne będzie pokonanie strachu. Strach jest najbardziej zabójczym, zakaźnym wirusem, najefektywniej przenoszonym przez media.” –  Etienne de Harven

Do nabycia jest książka w języku angielskim pt: „Virus Mania”, która może wstrząsnąć podstawami naszego pojmowania wirusów w kontekście etiologii tzw. chorób zakaźnych.

buch_viruswahn_big3.jpg

Codzienne śledzenie gazet, wiadomości telewizyjnych wywołuje wrażenie, iż cały świat jest nieustannie atakowany przez nowe i straszliwe epidemie wirusowe. Najnowsze doniesienia przedstawiają wirusa brodawczaka ludzkiego (HPV), rzekomo powodującego raka szyjki macicy czy wirusa ptasiej grypy – H5N1. Społeczeństwo jest również stale terroryzowane raportami o SARS, BSE, wzw-C, AIDS, Ebola i polio. Jednak ten wirusowy chaos ignoruje najbardziej podstawowe fakty naukowe: istnienie, chorobotwórczość i skutki śmiertelne działania tych patogenów nigdy nie zostały udowodnione. Establishment medyczny i jego wierni pomocnicy – media twierdzą, że dowody te zostały przedstawione. Lecz twierdzenia te są wysoce podejrzane, ponieważ współczesna medycyna odstawiła na bok metody bezpośrednich identyfikacji wirusów i wykorzystuje wątpliwe pośrednie narzędzia „udowadniające” istnienie wirusów, takie jak testy przeciwciał i reakcji łańcuchowej polimerazy (PCR).

Poniżej fragment przedmowy:

Zawartość tej książki powinna być przeczytana natychmiast i na całym świecie.

Książka „Virus Mania” autorstwa Torstena Engelbrechta i Clausa Köhnleina przedstawia tragiczną wiadomość, która, miejmy nadzieję, przyczyni się do ponownego wdrożenia wartości etycznych przy przeprowadzaniu badań nad wirusami, w polityce zdrowia publicznego, w komunikacji medialnej oraz w działalności koncernów farmaceutycznych. Najwyraźniej już od alarmująco długiego czasu na wielu tych płaszczyznach w bardzo niebezpiecznym stopniu zaniedbane zostały elementarne standardy etyczne.

Kiedy amerykańska dziennikarka Celia Farber opublikowała odważny artykuł w magazynie Harper (marzec 2006) „Poza kontrolą-AIDS i korupcja nauk medycznych”, niektórzy czytelnicy zapewne próbowali uspokoić się, iż „korupcja” ta była odosobnionym przypadkiem. Fakt, iż przekonanie to jest bardzo dalekie od prawdy, świetnie dokumentuje książka Engelbrechta i Köhnleina. To był tylko wierzchołek góry lodowej. Korupcja badań naukowych jest powszechnym zjawiskiem, które obecnie dotyczy wielu dużych, podobno zakaźnych problemów zdrowotnych, począwszy od AIDS poprzez wirusowe zapalenie wątroby typu C, gąbczastą encefalopatię bydła (BSE lub tzw. „chorobę szalonych krów”), SARS, ptasią grypę i obecną praktykę szczepień (przeciw wirusowi brodawczaka ludzkiego, inaczej HPV).

W przypadku wszystkich tych sześciu odrębnych problemów zdrowia publicznego badania nad wirusami (lub prionami w przypadku BSE) zeszły na niewłaściwe tory i konsekwentnie zabrnęły na tę samą ścieżkę. Wzorzec ten zawiera zawsze kilka kluczowych etapów: wynalezienie ryzyka katastrofalnej epidemii, obciążającego nieuchwytny czynnik chorobotwórczy, ignorując alternatywne toksyczne przyczyny; manipulowanie epidemiologią za pomocą nieweryfikowalnych danych, aby zmaksymalizować fałszywe postrzeganie nieuchronnej katastrofy oraz obietnica zbawienia za pomocą szczepionek.
To gwarantuje duże zyski finansowe. Lecz jak to możliwe, aby osiągnąć to wszystko? Najzwyczajniej w świecie bazując na najpotężniejszym aktywatorze procesu podejmowania decyzji u człowieka, czyli STRACHU!

Nie jesteśmy świadkami epidemii wirusowych; jesteśmy świadkami epidemii strachu. Zarówno media, jak i przemysł farmaceutyczny ponoszą większość odpowiedzialności za wzmacnianie lęków, które, zupełnie przypadkowo, gdy się pojawiają zawsze są zapłonem dla fantastycznie dochodowego biznesu. Naukowe hipotezy obejmujące te obszary badań nad wirusami nie są praktycznie nigdy naukowo weryfikowane z odpowiednią kontrolą. Zamiast tego, ustalane są na zasadzie „konsensusu”, a następnie błyskawicznie przekształcane w dogmaty, skutecznie utrwalane w quasi-religijny sposób w mediach, w tym poprzez upewnienie się, że finansowanie badań będzie ograniczone do projektów wspierających dogmat, z wyłączeniem badań alternatywnych hipotez. Ważnym narzędziem wyłączenia odrębnych głosów z debaty jest cenzura na różnych poziomach, począwszy od popularnych mediów aż po naukowe publikacje.

Niewiele nauczyliśmy się z doświadczeń z przeszłości. Istnieje jeszcze wiele pytań bez odpowiedzi na temat przyczyn hiszpańskiej epidemii grypy z 1918r. oraz roli wirusów w przypadku polio (choroby Heinego-Medina) po II wojnie światowej (neurotoksyczność DDT?). Te nowoczesne epidemie powinny otworzyć nasze umysły na bardziej krytyczną analizę. Pasteur i Koch mieli za sobą solidnie badania w zrozumieniu infekcji związanych z wieloma bakteryjnymi chorobami zakaźnymi. Ale było to w czasach zanim pierwsze wirusy zostały rzeczywiście odkryte. Transpozycja zasady zakażeń bakteryjnych na wirusy była oczywiście bardzo kusząca, lecz nie powinno się tego czynić nie zwracając równolegle uwagi na niezliczone czynniki ryzyka w naszym toksycznym środowisku, toksyczności wielu leków i do pewnego stopnia niedoborów żywieniowych.

Badania nad rakiem wiązały się z podobnymi problemami. Hipotezę, iż nowotwory mogą być wywoływane przez wirusy sformułowano w 1903r., ponad sto lat temu. Nawet dziś nie została ona w przekonujący sposób zademonstrowana. Większość eksperymentalnych badań laboratoryjnych prowadzonych przez łowców wirusów została oparta na wykorzystaniu wsobnych myszy. Chów wsobny oznacza zupełnie nienaturalne tło genetyczne. Czy myszy te były odpowiednimi modelami do badania raka u ludzi? (jesteśmy dalecy od chowu wsobnego!) Co prawda użycie tego rodzaju myszy umożliwiło izolację i oczyszczenie „nowotworowych wirusów RNA „, później przemianowanych na „retrowirusy”, dobrze scharakteryzowanych pod mikroskopem elektronowym.

Lecz czy te cząstki wirusowe są najzwyczajniej związane z mysimi nowotworami czy też są one rzeczywistym sprawcą transformacji nowotworowej? Czy owe molekuły są naprawdę egzogennymi (pochodzącymi z zewnątrz) zakaźnymi patogenami czy też są to endogenne (obecne w organizmie) wadliwe wirusy ukryte w naszych chromosomach? Pytanie jest wciąż dyskusyjne.

Pewne jest to, że cząstek wirusowych, podobnych do tych łatwo rozpoznawanych u myszy chorych na raka i białaczkę, nigdy nie widziano, ani nie wyizolowano z ludzkich nowotworów. Myszy i ludzie … Zanim jednak stało się to jasne, w latach 60-tych XX w. wirusowa onkologia osiągnęła dogmatyczny, quasi-religijny status. Jeśli wirusa nie można było zaobserwować w mikroskopie elektronowym w nowotworach u ludzi, to problem miał leżeć po stronie mikroskopu elektronowego, a nie dogmatu wirusowej onkologii! Był to okres, kiedy biologia molekularna przyjęła totalnie dominującą pozycję w badaniach nad wirusami. W związku z tym wynaleziono „markery molekularne” dla retrowirusów (np. odwrotnej transkryptazy), które to najwygodniej zastąpiły nieobecne cząstki wirusowe, mając nadzieję na uratowanie centralnego dogmatu wirusowej onkologii. Pozwoliło to, z pomocą coraz bardziej hojnego wsparcia agencji finansujących i firm farmaceutycznych, przetrwać wirusowej hipotezie przez kolejne dziesięć lat, aż do końca lat 70-tych. Jednak do 1980r. klęska tego typu badań okazywała się żenująco oczywista, a zamknięcie niektórych laboratoriów onkologii wirusowej byłoby nieuniknione, gdyby, nie…

Gdyby nie co? Badania wirusów nowotworowych roztrzaskałyby się i zatrzymały gdyby nie fakt, iż w 1981 roku lekarz w Los Angeles opisał pięć przypadków poważnych niedoborów immunologicznych. Wszystkie dotyczyły homoseksualnych mężczyzn, którzy jednocześnie wdychali azotyn amylu; wszyscy nadużywali inne narkotyki, antybiotyki i prawdopodobnie cierpieli z powodu niedożywienia oraz chorób przenoszonych drogą płciową. Logicznym byłoby postawienie hipotezy, że te ciężkie przypadki niedoborów immunologicznych miały znaczące toksyczne implikacje. Wiązałoby się to jednak z zakwestionowaniem stylu życia tych pacjentów

Niestety, taka dyskryminacja była politycznie całkowicie nie do przyjęcia. Dlatego należało znaleźć inną hipotezę, tj. chorzy cierpieli na chorobę zakaźną wywoływaną przez nowy… retrowirus! Danych naukowych na poparcie tej hipotezy brakowało i o dziwo wciąż całkowicie brakuje. Nie miało to znaczenia i natychmiast eksplodowało namiętne zainteresowanie tym tematem wśród instytucji i badaczy wirusów nowotworowych. Okazało się to zbawieniem dla laboratoriów wirusowych, gdzie AIDS stało się niemal z dnia na dzień głównym tematem badań. Generowało to ogromne wsparcie finansowe Big Pharmy, większy budżet z NIH (Narodowych Instytutów Zdrowia) oraz CDC (Centrum Zwalczania i Zapobiegania Chorobom) i nikt nie musiał martwić się o styl życia pacjentów, którzy od razu stali się niewinnymi ofiarami tego strasznego wirusa, szybko ochrzczonego mianem HIV.

Dwadzieścia pięć lat później hipotezie HIV / AIDS, mimo ogromnego finansowania badań skierowanych wyłącznie na projekty oparte o nią, zupełnie nie udało się osiągnąć trzech głównych celów: nigdy nie wynaleziono lekarstwa przeciw AIDS; nigdy nie przedstawiono weryfikowalnych prognoz epidemiologicznych; nie stworzono dotąd z powodzeniem szczepionki przeciw HIV. Zamiast tego skrajnie nieodpowiedzialnie przepisuje się bardzo toksyczne (ale nie lecznicze) farmaceutyki, z częstymi śmiertelnymi efektami ubocznymi. Jednak pod mikroskopem elektronowym nigdy nie obserwowano ani jednej cząstki HIV we krwi pobranej od pacjentów z rzekomo wysoką wiremią! I co z tego? Wszystkie najważniejsze gazety i czasopisma pokazują atrakcyjne, komputerowo stworzone, kolorowe obrazy HIV. Wszystkie pochodzące z laboratoryjnych hodowli komórkowych, ale nigdy ani jednego pochodzącego od chorego na AIDS. Pomimo tego zdumiewającego zaniechania dogmat HIV / AIDS jest nadal mocno zakorzeniony. Dziesiątki tysięcy naukowców i setki największych firm farmaceutycznych nadal generują ogromne zyski na podstawie hipotezy HIV. I nigdy nie wyleczono ani jednego pacjenta z AIDS…

Tak, HIV / AIDS jest symbolem korupcji badań nad wirusami, dobitnie i tragicznie udokumentowanej w tej książce.

Programy badań nad wirusowym zapaleniem wątroby typu C, BSE, SARS, ptasią grypą oraz obecna polityka szczepień, wszystko to razem rozwinięto w oparciu o tę samą logikę maksymalizacji zysków finansowych. Za każdym razem staramy się zrozumieć, jak niektóre bardzo wątpliwe doktryny terapeutyczne są zalecane na najwyższych szczeblach władz zdrowia publicznego (WHO, CDC, RKI, itp.); często przy tym odkrywając albo żenujący konflikt interesów albo brak istotnych eksperymentów kontrolnych i zawsze ścisłe odrzucenie jakiejkolwiek otwartej debaty z autorytetami naukowymi przedstawiającymi odmienne postrzeganie procesów patologicznych. Wielokrotnie udokumentowano manipulowanie statystykami, fałszowanie badań klinicznych oraz unikanie badań toksyczności leków. Wszystko to zostało skrzętnie ukryte i nikomu nie udało się, jak dotąd, zakłócić cynicznej logiki dominującej w dzisiejszym biznesie badań nad wirusami.

Ukrywanie neurotoksyczności rtęci zawartej w środku konserwującym, tiomersalu, będącej wysoce prawdopodobną przyczyną autyzmu wśród dzieci szczepionych, najwyraźniej osiągnęło najwyższe szczeble władzy w USA … (patrz artykuł „Deadly Immunity” napisany przez Roberta F. Kennedy’ego Jr. w rozdziale 8 )

Wirus-mania jest chorobą społeczną naszej wysoko rozwiniętej cywilizacji. Aby ją wyleczyć, niezbędne będzie pokonanie strachu. Strach jest najbardziej zabójczym, zakaźnym wirusem, najefektywniej przenoszonym przez media.

Błądzić jest rzeczą ludzką, ale dobrowolne trwanie w błędzie – diabelską.

Etienne de Harven, MD
Lekarz medycyny, były profesor biologii komórkowej na Uniwersytecie Cornell, emerytowany profesor patolog Uniwersytetu w Toronto, jeden z pionierów wirusologii i specjalista mikroskopii elektronowej. W latach 1956 – 1981 członek Sloan Kettering Institute for Cancer Research, New York.

„Béchamp czy Pasteur? Zaginiony Rozdział z Historii Biologii”

 

109990_max.jpg

Kto miał rację, prof. Antoine Béchamp ze swoją teorią pleomorfizmu (wielopostaciowości) mikroorganizmów czy też plagiator jego prac, zatrudniony przez francuski rząd chemik Louis Pasteur, zwolennik doktryny wojennej wobec bakterii?
bechamp.gif

Znany dziś jedynie garstce historyków Antoine Béchamp – magister farmacji, doktor nauk, lekarz medycyny, profesor chemii medycznej i farmacji w Montpellier, profesor fizyki i Toksykologii na Wyższej Szkole Farmacji w Strasburgu, profesor chemii w Strasburgu, profesor chemii biologicznej i dziekan Wydziału Lekarskiego w Lille, Kawaler Legii Honorowej, itd.

Nazwisko profesora Béchampa zostało potajemnie usunięte z podręczników historii medycyny.

Tutaj link do biografii w j. angielskim, napisanej przez Ethel Douglas Hume i wydanej w 1923 r., przybliżającej sylwetkę tego uczonego, a przy okazji obalającej mit Pasteura.

http://www.mnwelldir.org/docs/history/biographies/Bechamp-or-Pasteur.pdf