Wirus odry pilnie poszukiwany: „Masern-Virus-Prozess”

masern_blau_small.jpg

Dowody na istnienie wirusa odry. Nagroda i proces sądowy

Federalny Trybunał Sprawiedliwości (Bundesgerichtshof, BGH) – najwyższa instancja sądownictwa karnego i cywilnego w Republice Federalnej Niemiec, wydał właśnie ostateczny wyrok w sprawie wirusa odry.

Wszystko zaczęło się w 2011 r., kiedy to wirusolog dr Stefan Lanka zaoferował nagrodę w wysokości 100.000 euro za wykazanie dowodu na istnienie wirusa wywołującego odrę. Wyzwanie przyjął lekarz medycyny David Bardens, który przedstawił sześć publikacji rzekomo dowodzących odkrycie tego wirusa i zażądał od S. Lanka zapłaty obiecanej kwoty. Gdy ten odmówił, sprawa w 2013 r. została skierowana na drogę postępowania sądowego z powództwa cywilnego.

Rozprawy na posiedzeniu jawnym odbyły się trzykrotnie, w 2014, 2015 i 2016 r. przed sądami niemieckimi. Jako biegły sądowy został powołany mikrobiolog, prof. Andreas Podbielski.
W pierwszej instancji sprawa została wygrana przez D. Bardensa. Doktor S. Lanka nie pogodził się z wyrokiem i złożył apelację do sądu w Stuttgarcie, którą wygrał. Co ciekawe sąd oddalił powództwo D. Bardensa, ponieważ nie przedstawił on publikacji na istnienie wirusa odry według ustalonych przez naukowca kryteriów. Zamiast tego zaprezentował sześć różnych prac, z których żadna w opinii biegłego prof. A. Podbielskiego nie spełniała samodzielnie narzuconych kryteriów istnienia tego wirusa, a jedynie domniemania.

Ostatecznie Federalny Trybunał Sprawiedliwości w Karlsruhe oddalił powództwo i obciążył D. Bardensa kosztami procesowymi.

Okazuje się zatem, że miliony dzieci na całym świecie szczepi się przeciwko chorobie, a raczej objawom chorobowym, których przyczyna nie została do tej pory naukowo ustalona, bowiem D. Bardens przedłożył w sądzie najdokładniejsze jak dotąd prace związane z rzekomym odkryciem tego wirusa. Ponieważ na dzień dzisiejszy nauka nie jest w stanie dostarczyć lepszych argumentów za wirusową etiologią, dr Lanka za pośrednictwem mediów stwierdza wprost, że nie ma dowodów na istnienie wirusa odry, oraz że firmy farmaceutyczne bogacą się na szczepieniach przeciwko odrze, narażając miliony pacjentów na niepożądane odczyny poszczepienne.

Błędy metodologiczne w izolowaniu wirusów

Co prawda proces sądowy był prywatnym powództwem o zapłatę, a nie o stwierdzenie istnienia albo nieistnienia wirusa odry. W związku z tym nie powoduje żadnych skutków prawnych dla organów państwowych, a w szczególności nie zobowiązuje ich do zniesienia obowiązku szczepień, ani nawet do składania oświadczeń w tej sprawie. Niemniej powyższe fakty zmuszają świat nauki do rewizji dotychczasowych poglądów na temat istnienia i roli wirusów w patogenezie chorób takich, jak odra. Skłaniają one również do refleksji w kwestii nieprzestrzegania fundamentalnych reguł w badaniach naukowych oraz możliwych błędów metodologicznych w odkrywaniu tzw. wirusów chorobotwórczych.

Szerzej dr Lanka przedstawił ten problem w niniejszym wywiadzie, przetłumaczonym na język polski:

Continue reading „Wirus odry pilnie poszukiwany: „Masern-Virus-Prozess””

Zika to Ebola w wersji 2.0. Kolejny serial z gatunku virus-fiction wyprodukowany przez CDC i WHO

00052DSV4XAOJOT4-C116-F4.jpg

Małogłowie – wirus czyli komar

„Przenoszony przez komary wirus Zika powoduje małogłowie u dzieci”. Tę frazę przemieloną na różne sposoby powtarzają dziś jak mantrę wszystkie media.

Jak się okazuje, dotychczas nie udowodniono żadnego związku pomiędzy wirusem Zika, a małogłowiem. Nie zanotowano też dotąd ani jednego przypadku „małogłowia skojarzonego z Zika” poza Brazylią. W samej Brazylii, ze zgłoszonych przypadków do Ministerstwa Zdrowia wynika, że spośród 404 potwierdzonych przypadków małogłowia było 17 dzieci, u których stwierdzono w badaniach nosicielstwo wirusa Zika, a więc tylko 4,2% przypadków.
I tylko na podstawie tych danych epidemiologicznych kobiety są ostrzegane, aby nie zachodziły w ciążę przez co najmniej dwa lata! Jeśli już spodziewają się dziecka, niektóre organizacje zachęcają je, aby wypłynęły specjalną łodzią aborcyjną na pełne morze, gdzie mogą spokojnie usunąć ciążę bez obaw o to, że urodzi im się dziecko z wadą wrodzoną ( w wielu krajach Ameryki Południowej aborcja jest wciąż nielegalna). Brzmi to niczym okrutny żart i zakrawa na wstęp do eugeniki. Zwłaszcza, gdy równocześnie rządy tych krajów, pod wpływem feministek oraz „międzynarodowej opinii publicznej” łagodzą swoje stanowisko wobec aborcji i promują antykoncepcję – oczywiście oficjalnie po to, aby ustrzec się zakażenia, ale de facto chodzi o kontrolę urodzeń.

Tak więc łączenie małogłowia u noworodków z fantomem „wirusa Zika” to czysta spekulacja. Celowo piszę tu „fantomem”, ponieważ w naukowych publikacjach nie znalazłem żadnych prac przedstawiających izolację, oczyszczenie i charakteryzację tego wirusa. Wszystko co można znaleźć, to eseje i literatura wtórna. Tzw. „zakażenie” wykrywa się za pomocą PCR, bądź testów przeciwciał. Pytanie w oparciu o co ustalono, że znalezione RNA to RNA wirusa, a przeciwciała mają być specyficzne dla antygenu wirusowego Zika, skoro nie udowodniono istnienia tego wirusa?

Zika, tak jak Ebola, MERS, SARS itp. to przykłady na to, że w dzisiejszej nauce nikt już nie pyta o dowody.

121.jpg

Moja ocena? To kolejny para-medyczny terror z politycznym i ekonomicznym tłem, wywołany przez łowców epidemii pod komendą EIS (Epidemic Intelligence Service), należącej do agencji CDC (Centers for Disease Control and Prevention), którą raczej wypadałoby dziś nazwać „Centers for Disease Creation”. Natomiast małogłowie oraz inne degeneracje u noworodków mogą być, poza kampanią szczepień DTP wśród kobiet w ciąży, wywołane działalnością takich oto szaleńców w skafandrach kosmicznych, jak na poniższej fotografii, rozsiewających trujące insektycydy.

1c488371-b791-4843-9e83-041c917c423e.jpg

Continue reading „Zika to Ebola w wersji 2.0. Kolejny serial z gatunku virus-fiction wyprodukowany przez CDC i WHO”

Wirus Ebola (EBOV) – brak dowodów na patogenność. Nauka w służbie polityki

a225.jpg Czy należy obawiać się wirusa Ebola, o którym jeszcze kilkanaście lat temu nikt nie słyszał, a który w ostatnim czasie zbiera podobno śmiertelne żniwo w środkowej Afryce i według „ekspertów” oraz usłużnych mediów lada moment rozniesie się na cały świat?

Uważna lektura poniższych publikacji rzuca nowe światło na nasze wyobrażenie o Eboli i każe się zastanowić nad tym, do jakiego stopnia władza i organizacje medyczne w perfidny sposób grają strachem przed epidemiami dla realizacji własnych celów. Okazuje się, że wywołujące medialną histerię filowirusy – Ebola i Marburg – zakładając, że naukowe kryteria ich odkrycia, izolacji i charakteryzacji zostały wypełnione (to akurat wzbudza moje poważne wątpliwości), są niezwykle rozpowszechnione w środkowej Afryce. Tak przynajmniej wskazują badania seroepidemiologiczne. Jak piszą autorzy jednej z publikacji z 1993 r.:

„Wirus Ebola wydaje się być najbardziej aktywnym filowirusem. 17,6% spośród badanej populacji Lobaye było seropozytywnych na reaktywne przeciwciała anty-Ebola, podczas gdy 1,2% sero-reaktywna z wirusowymi antygenami Marburg. (…) Wyniki naszych badań wskazują, że infekcje filowirusami są wśród mieszkańców gęstych tropikalnych lasów prowincji Lobaye, w Republice Środkowoafrykańskiej powszechne (…) Infekcje te wydają się przebiegać bez znaczących objawów chorobowych czy zwiększonej śmiertelności, co sugeruje, że afrykańskie filowirusy mogą być mniej patogenne w swoim naturalnym środowisku, niż sądzono lub że infekcje nimi nie są rozpoznawane, a więc mylone z niektórymi powszechnymi lokalnymi schorzeniami lub zdefiniowanymi kulturowo chorobami występującymi w lesie Lobaye.”

Link do tej pracy:  http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/8266403 i tu pełna wersja: https://www.dropbox.com/sh/cn7cb90c8y8rp56/AABHH-09srL5fG8zO7qUIUXsa/Johnson%201993-1.pdf?dl=0

W innej publikacji czytamy z kolei:
Biologiczne parametry [u chorych] nie są specyficzne dla zakażenia filowirusem, a większość danych pochodzi z eksperymentalnie zakażonych zwierząt (…) Tak wysokie seroczęstości wskazują na wysoki poziom cyrkulacji ZEBOV [specyficznych przeciwciał IgG wirusa Ebola] w środowisku tropikalnych lasów deszczowych i sugerują, że społeczności rolnicze są bardzo narażone na wirusa przy zupełnym braku, ewentualnie z łagodnymi objawami infekcji szczepami epidemicznymi…”

Link do tego artykułu na pubmed: http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/21722250 i pełna wersja: https://www.dropbox.com/sh/cn7cb90c8y8rp56/AABkXkFA61m-U5VbckrCi7fqa/Ebola%20antibody%20prevalence/Leroy%202011.pdf?dl=0

Udało mi się dotrzeć do jeszcze jednej ciekawej publikacji.

 Link: http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/2505350 i tutaj cała praca: https://www.dropbox.com/sh/cn7cb90c8y8rp56/AABtLdY_924fc4k-QGnmEXMAa/Ebola%20antibody%20prevalence/Gonzalez%201989.pdf?dl=0

Czytamy w niej m.in.:

W latach 1985 – 1987 wykonano badania serologiczne pod kątem gorączki krwotocznej na losowo dobranych 5070 mieszkańcach 6 krajów środkowej Afryki (Kamerunu, Republiki Środkowoafrykańskiej, Czadu, Konga, Gwinei Równikowej i Gabonu). Przeciwciała przeciw wirusowi Ebola znaleziono u 12.40% osobników!

Zaraz, zaraz, a gdzie wszystkie głodne sensacji media? Gdzie wirusowa histeria? Przecież informacje podane w powyższych publikacjach powinny stać się gorącym tematem medialnym! USA wysłały nawet w 2014 r. aż 3600 marines i spadochroniarzy  celem tłumienia „zarazy” w Liberii. W tym samym czasie do „walki z wirusem” Brytyjczycy wyekspediowali do Sierra Leone 750 komandosów z doborowych oddziałów specjalnych! Czy nie tak było? Przemilczam już kwestię, w jaki sposób biegający z karabinami żołnierze mieliby tłumić epidemię i pozostawiam to jedynie wyobraźni czytelnika. A może było inaczej i tak naprawdę Ebola stał się jedynie pretekstem do interwencji zbrojnej celem pacyfikacji tych obszarów? Państwa regionu posiadają m.in. największe na świecie zasoby złota i diamentów, a nie wgłębiając się zbytnio w ich sytuację społeczno-polityczną oraz w kwestię redystrybucji dochodów i administracji miejscowymi bogactwami naturalnymi, motywacja ekonomiczna mogłaby skłaniać światowe mocarstwa do przeróżnych, niekoniecznie chlubnych poczynań. Gdybym był rządowym doradcą któregoś z wielkich graczy na globalnej szachownicy i szukał pretekstu do zbrojnej interwencji w państwie afrykańskim, zasugerowałbym z całą pewnością szalejący wirus.

Aby czasem nikt nie zarzucił, iż cały ten trud polujących na wirusy poszedł na marne, autorzy ostatniej z wymienionych publikacji idąc w zaparte postanowili jakoś wybrnąć z całej sytuacji i wysunęli dość osobliwą tezę, która mogłaby wytłumaczyć powszechne występowanie przeciwciał przeciw wirusowi Ebola:

„Podsumowując, środowiska dalekie od tych, w których stwierdzono epidemie i wirusy, wysoka częstość występowania przeciwciał przy braku objawów klinicznych oraz nietypowy wzór odczynu serologicznego doprowadziły nas do postawienia hipotezy, iż w obiegu znajduje się wirus podobny do Ebola, występujący w centralnej Afryce, niemający właściwości patogennych wobec ludzi.”

Muszę przyznać, że jest to teza na miarę naszych czasów. Gdy czegoś nie jesteśmy w stanie wytłumaczyć, brak nam pomysłu, z pomocą zawsze przychodzą odpowiednie słowa – „wirus podobny do Ebola”. Ciśnie się na usta sentencja wypowiedziana przez Mefistofelesa w dramacie Faust:

Wszystko, co w ludzkim mózgu się nie mieści, co trochę mgliste, trochę osobliwe —

na wszystko znajdziesz nazwanie właściwe.”

Tak na marginesie. Nasuwa mi się na myśl kolejne pytanie, czy promowany ostatnio przez ratującą się przed zamknięciem rządową (wojskową) agencję CDC (Centers for Disease Control and Prevention) i spolegliwe media wirus Zika, to czasem nie Ebola w wersji 2.0, tyle że na innym kontynencie? Moim zdaniem cała historia z wybuchem epidemii Ebola została wymyślona w gabinetach chorych umysłowo urzędników i wsparta autorytetem nauki poprzez agencję propagandową – CDC. Żeby przekonać się, że to zwykłe oszustwo naukowe, na którym można świetnie zarobić, a przy okazji terroryzować opinię publiczną wystarczy sprawdzić, kto jest właścicielem patentu związanego z odkryciem tego wirusa. http://www.google.com/patents/CA2741523A1?cl=en

Wkręceni w boreliozę

2-lymska-borelioza-u-deti.jpg

Nie ukrywam, że jestem poirytowany, gdy w mediach głównego nurtu (dez-)informacji, tj. współczesnej broni masowego rażenia, słyszę lub czytam o nowej epidemii. Za każdym razem, gdy nieznana szerzej lub niezwykle rzadka choroba (zwłaszcza tzw. infekcyjna) nagle staje się wiodącym problemem, zapala mi się w głowie czerwona lampka, że jak zwykle musi chodzić o pieniądze. Od kilku dobrych lat palmę pierwszeństwa pod tym względem dzierży borelioza.

Wynajdźmy epidemię i wskażmy winnego

Jak niemal każda kolejna współczesna „epidemia”, ta jednostka chorobowa została opisana stosunkowo niedawno, bo dopiero w 1975 r., a siedem lat później amerykański naukowiec Willy Burgdorfer przedstawił światu czynnik patogenny, czyli krętki boreliozy, na jego cześć nazwane Borrelia burgdorferi, których nosicielami są powszechnie występujące w średnich szerokościach geograficznych kleszcze. Tak też brzmi dziś oficjalna nomenklatura.

Tu link do jego pracy naukowej:

http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC2590008/?page=1

Jednak po wnikliwym jej przeczytaniu wciąż nie mam przekonania co do tego, czy naukowiec wykazał, iż krętek jest przyczyną choroby. Natomiast przytoczone przez niego publikacje nie opisują bezpośredniej izolacji tego drobnoustroju z organizmu pacjentów, a jedynie pośrednie metody, jak np. mało precyzyjne testy serologiczne.

Jak sam Burgdorfer nadmienia, pierwsze hipotezy dotyczące etiologii rumienia wędrującego wskazywały na reakcję alergiczną po ukąszeniu przez kleszcza, na przykład w wyniku działania toksyny. Koncepcje te zarzucono, gdy Hollstroem wykazał skuteczność penicyliny w leczeniu rumienia. Jednak czy słusznie? Korzystne działanie penicyliny mogło w tym przypadku nie mieć nic wspólnego ze zwalczaniem infekcji bakteryjnej lecz z (pozytywnym) efektem ubocznym zażywania antybiotyku, tj. oddziaływaniem na układ współczulny, co przełożyło się na zmniejszenie obrzęku i bólu. Dokładnie tak samo, jak w przypadku steroidów czy cytostatyków. Ustępujący chwilowo objaw był wówczas fałszywie utożsamiany z przezwyciężeniem infekcji. Koncepcji takiej jednak nie podjęto i z góry założono, że tu musi chodzić o jakąś specyficzną bakterię.

Z kolei w 1955 r. cytowany przez Burgdorfera Binder rzekomo udowodnił czynnik infekcyjny dokonując u ochotników przeszczepienia materiału biologicznego pochodzącego z biopsji od pacjenta podejrzewanego o nosicielstwo owego czynnika. Trudno nazwać takie eksperymenty, nienaturalnie ingerujące w biologię człowieka, naukową metodą. Tym  bardziej, że nie zastosowano w nich odpowiednich procedur, jak wydzielenie grupy kontrolnej.

Burgdorfer wspomniał w swojej publikacji także doświadczenia Lennhoffa z 1948 r., który miał wykazać obecność „elementów wykazujących cechy morfologiczne bakterii krętka” – cokolwiek miałoby to oznaczać (wyniki tych badań nie są z resztą dostatecznie udokumentowane) – oraz o wskazanych przez tamtego „leczniczych właściwościach penicyliny” (reklama nowego wówczas leku?). Jak sam jednak stwierdził, decydującego dowodu wciąż brak, ponieważ nikt nie powtórzył tych eksperymentów i do dziś nie przedstawiono dowodów wskazujących na ten czynnik etiologiczny.
Najciekawsze w pracy Burgdorfera są wyniki jego badań nad kleszczami. Stwierdził on obecność pojedynczych krętków w jelitach kleszczy (w niektórych przypadkach ewentualnie w nabłonku jelit), jednak nie potrafił wykazać w jaki sposób bakterie te dostają się do organizmu człowieka, a wobec ich nietypowego zachowania (ograniczona liczba, brak infekcyjności u kleszczy) uznał, iż nie można wykluczyć, że to inne stawonogi, jak komary, bąki bydlęce, mogą mieć udział w przenoszeniu patogenu, będącego przyczyną boreliozy. Tak więc w świetle publikacji tego naukowca – przypomnijmy „odkrywcy czynnika etiologicznego boreliozy” – te wszystkie przerażające informacje medialne o zarażających krwiopijcach – kleszczach –  są póki co czystą spekulacją. Mamy w tym przypadku do czynienia z klasycznym mechanizmem w naukach medycznych, gdzie postawiona pojedyncza hipoteza, mimo braku wystarczających dowodów zamieniana jest wkrótce w dogmat i nikt nie pyta o co w tym wszystkim chodzi. Brzmi to jak pomysł, że na planecie X mieszkają zielone ludziki i proszę udowadniajcie nam teraz niedowiarki, że ich tam na pewno nie ma.

Continue reading „Wkręceni w boreliozę”

„Wirus-Mania: Jak Branża Medyczna Nieustannie Wymyśla Epidemie, Generując Miliardowe Zyski Naszym Kosztem”

Wirus-mania jest chorobą społeczną naszej wysoko rozwiniętej cywilizacji. Aby ją wyleczyć, niezbędne będzie pokonanie strachu. Strach jest najbardziej zabójczym, zakaźnym wirusem, najefektywniej przenoszonym przez media.

Etienne de Harven

Na Amazon do nabycia jest książka w języku angielskim pt: „Virus Mania”, która może wstrząsnąć podstawami naszego pojmowania wirusów w kontekście etiologii wielu tzw. chorób zakaźnych.

buch_viruswahn_big3.jpg

Codzienne śledzenie gazet, wiadomości telewizyjnych wywołuje wrażenie, iż cały świat jest nieustannie atakowany przez nowe i straszliwe epidemie wirusowe. Najnowsze doniesienia przedstawiają wirusa brodawczaka ludzkiego (HPV), rzekomo powodującego raka szyjki macicy czy wirusa ptasiej grypy – H5N1. Społeczeństwo jest również stale terroryzowane raportami o SARS, BSE, wzw-C, AIDS, Eboli i polio. Jednak ten wirusowy chaos ignoruje najbardziej podstawowe fakty naukowe: istnienie, chorobotwórczość i skutki śmiertelne działania tych patogenów nigdy nie zostały udowodnione. Establishment medyczny i jego wierni pomocnicy – media twierdzą, że dowody te zostały przedstawione. Lecz twierdzenia te są wysoce podejrzane, ponieważ współczesna medycyna odstawiła na bok metody bezpośrednich identyfikacji wirusów i wykorzystuje wątpliwe pośrednie narzędzia, „udowadniające” istnienie wirusów, takie jak testy przeciwciał i reakcji łańcuchowej polimerazy (PCR).

Poniżej fragment przedmowy:

Zawartość tej książki powinna być przeczytana natychmiast i na całym świecie.

Książka „Virus Mania” autorstwa Torstena Engelbrechta i Clausa Köhnleina przedstawia tragiczną wiadomość, która, miejmy nadzieję, przyczyni się do ponownego wdrożenia wartości etycznych przy przeprowadzaniu badań nad wirusami, w polityce zdrowia publicznego, w komunikacji medialnej oraz w działalności koncernów farmaceutycznych. Najwyraźniej już od alarmująco długiego czasu na wielu tych płaszczyznach w bardzo niebezpiecznym stopniu zaniedbane zostały elementarne standardy etyczne.

Kiedy amerykańska dziennikarka Celia Farber opublikowała odważny artykuł w magazynie Harper (marzec 2006) „Poza kontrolą-AIDS i korupcja nauk medycznych”, niektórzy czytelnicy zapewne próbowali uspokoić się, iż „korupcja” ta była odosobnionym przypadkiem. Fakt, iż przekonanie to jest bardzo dalekie od prawdy, świetnie dokumentuje książka Engelbrechta i Köhnleina. To był tylko wierzchołek góry lodowej. Korupcja badań naukowych jest powszechnym zjawiskiem, które obecnie dotyczy wielu dużych, podobno zakaźnych problemów zdrowotnych, począwszy od AIDS poprzez wirusowe zapalenie wątroby typu C, gąbczastą encefalopatię bydła (BSE lub tzw. „chorobę szalonych krów”), SARS, ptasią grypę i obecną praktykę szczepień (przeciw wirusowi brodawczaka ludzkiego, inaczej HPV).

W przypadku wszystkich tych sześciu odrębnych problemów zdrowia publicznego badania nad wirusami (lub prionami w przypadku BSE) zeszły na niewłaściwe tory i konsekwentnie zabrnęły na tę samą ścieżkę. Wzorzec ten zawiera zawsze kilka kluczowych etapów: wynalezienie ryzyka katastrofalnej epidemii, obciążającego nieuchwytny czynnik chorobotwórczy, ignorując alternatywne toksyczne przyczyny; manipulowanie epidemiologią za pomocą nieweryfikowalnych danych, aby zmaksymalizować fałszywe postrzeganie nieuchronnej katastrofy oraz obietnica zbawienia za pomocą szczepionek.
To gwarantuje duże zyski finansowe. Lecz jak to możliwe, aby osiągnąć to wszystko? Najzwyczajniej w świecie bazując na najpotężniejszym aktywatorze procesu podejmowania decyzji u człowieka, czyli STRACHU!

Nie jesteśmy świadkami epidemii wirusowych; jesteśmy świadkami epidemii strachu. Zarówno media, jak i przemysł farmaceutyczny ponoszą większość odpowiedzialności za wzmacnianie lęków, które, zupełnie przypadkowo, gdy się pojawiają zawsze są zapłonem dla fantastycznie dochodowego biznesu. Naukowe hipotezy obejmujące te obszary badań nad wirusami nie są praktycznie nigdy naukowo weryfikowane z odpowiednią kontrolą. Zamiast tego, ustalane są na zasadzie „konsensusu”, a następnie błyskawicznie przekształcane w dogmaty, skutecznie utrwalane w quasi-religijny sposób w mediach, w tym poprzez upewnienie się, że finansowanie badań będzie ograniczone do projektów wspierających dogmat, z wyłączeniem badań alternatywnych hipotez. Ważnym narzędziem wyłączenia odrębnych głosów z debaty jest cenzura na różnych poziomach, począwszy od popularnych mediów aż po naukowe publikacje.

Niewiele nauczyliśmy się z doświadczeń z przeszłości. Istnieje jeszcze wiele pytań bez odpowiedzi na temat przyczyn hiszpańskiej epidemii grypy z 1918r. oraz roli wirusów w przypadku polio (choroby Heinego-Medina) po II wojnie światowej (neurotoksyczność DDT?). Te nowoczesne epidemie powinny otworzyć nasze umysły na bardziej krytyczną analizę. Pasteur i Koch mieli za sobą solidnie badania w zrozumieniu infekcji związanych z wieloma bakteryjnymi chorobami zakaźnymi. Ale było to w czasach zanim pierwsze wirusy zostały rzeczywiście odkryte. Transpozycja zasady zakażeń bakteryjnych na wirusy była oczywiście bardzo kusząca, lecz nie powinno się tego czynić nie zwracając równolegle uwagi na niezliczone czynniki ryzyka w naszym toksycznym środowisku, toksyczności wielu leków i do pewnego stopnia niedoborów żywieniowych.

Badania nad rakiem wiązały się z podobnymi problemami. Hipotezę, iż nowotwory mogą być wywoływane przez wirusy sformułowano w 1903r., ponad sto lat temu. Nawet dziś nie została ona w przekonujący sposób zademonstrowana. Większość eksperymentalnych badań laboratoryjnych prowadzonych przez łowców wirusów została oparta na wykorzystaniu wsobnych myszy. Chów wsobny oznacza zupełnie nienaturalne tło genetyczne. Czy myszy te były odpowiednimi modelami do badania raka u ludzi? (jesteśmy dalecy od chowu wsobnego!) Co prawda użycie tego rodzaju myszy umożliwiło izolację i oczyszczenie „nowotworowych wirusów RNA „, później przemianowanych na „retrowirusy”, dobrze scharakteryzowanych pod mikroskopem elektronowym.

Lecz czy te cząstki wirusowe są najzwyczajniej związane z mysimi nowotworami czy też są one rzeczywistym sprawcą transformacji nowotworowej? Czy owe molekuły są naprawdę egzogennymi (pochodzącymi z zewnątrz) zakaźnymi patogenami czy też są to endogenne (obecne w organizmie) wadliwe wirusy ukryte w naszych chromosomach? Pytanie jest wciąż dyskusyjne.

Pewne jest to, że cząstek wirusowych, podobnych do tych łatwo rozpoznawanych u myszy chorych na raka i białaczkę, nigdy nie widziano, ani nie wyizolowano z ludzkich nowotworów. Myszy i ludzie … Zanim jednak stało się to jasne, w latach 60-tych XX w. wirusowa onkologia osiągnęła dogmatyczny, quasi-religijny status. Jeśli wirusa nie można było zaobserwować w mikroskopie elektronowym w nowotworach u ludzi, to problem miał leżeć po stronie mikroskopu elektronowego, a nie dogmatu wirusowej onkologii! Był to okres, kiedy biologia molekularna przyjęła totalnie dominującą pozycję w badaniach nad wirusami. W związku z tym wynaleziono „markery molekularne” dla retrowirusów (np. odwrotnej transkryptazy), które to najwygodniej zastąpiły nieobecne cząstki wirusowe, mając nadzieję na uratowanie centralnego dogmatu wirusowej onkologii. Pozwoliło to, z pomocą coraz bardziej hojnego wsparcia agencji finansujących i firm farmaceutycznych, przetrwać wirusowej hipotezie przez kolejne dziesięć lat, aż do końca lat 70-tych. Jednak do 1980r. klęska tego typu badań okazywała się żenująco oczywista, a zamknięcie niektórych laboratoriów onkologii wirusowej byłoby nieuniknione, gdyby, nie…

Gdyby nie co? Badania wirusów nowotworowych roztrzaskałyby się i zatrzymały gdyby nie fakt, iż w 1981 roku lekarz w Los Angeles opisał pięć przypadków poważnych niedoborów immunologicznych. Wszystkie dotyczyły homoseksualnych mężczyzn, którzy jednocześnie wdychali azotyn amylu; wszyscy nadużywali inne narkotyki, antybiotyki i prawdopodobnie cierpieli z powodu niedożywienia oraz chorób przenoszonych drogą płciową. Logicznym byłoby postawienie hipotezy, że te ciężkie przypadki niedoborów immunologicznych miały znaczące toksyczne implikacje. Wiązałoby się to jednak z zakwestionowaniem stylu życia tych pacjentów

Niestety, taka dyskryminacja była politycznie całkowicie nie do przyjęcia. Dlatego należało znaleźć inną hipotezę, tj. chorzy cierpieli na chorobę zakaźną wywoływaną przez nowy… retrowirus! Danych naukowych na poparcie tej hipotezy brakowało i o dziwo wciąż całkowicie brakuje. Nie miało to znaczenia i natychmiast eksplodowało namiętne zainteresowanie tym tematem wśród instytucji i badaczy wirusów nowotworowych. Okazało się to zbawieniem dla laboratoriów wirusowych, gdzie AIDS stało się niemal z dnia na dzień głównym tematem badań. Generowało to ogromne wsparcie finansowe Big Pharmy, większy budżet z NIH (Narodowych Instytutów Zdrowia) oraz CDC (Centrum Zwalczania i Zapobiegania Chorobom) i nikt nie musiał martwić się o styl życia pacjentów, którzy od razu stali się niewinnymi ofiarami tego strasznego wirusa, szybko ochrzczonego mianem HIV.

Dwadzieścia pięć lat później hipotezie HIV / AIDS, mimo ogromnego finansowania badań skierowanych wyłącznie na projekty oparte o nią, zupełnie nie udało się osiągnąć trzech głównych celów: nigdy nie wynaleziono lekarstwa przeciw AIDS; nigdy nie przedstawiono weryfikowalnych prognoz epidemiologicznych; nie stworzono dotąd z powodzeniem szczepionki przeciw HIV. Zamiast tego skrajnie nieodpowiedzialnie przepisuje się bardzo toksyczne (ale nie lecznicze) farmaceutyki, z częstymi śmiertelnymi efektami ubocznymi. Jednak pod mikroskopem elektronowym nigdy nie obserwowano ani jednej cząstki HIV we krwi pobranej od pacjentów z rzekomo wysoką wiremią! I co z tego? Wszystkie najważniejsze gazety i czasopisma pokazują atrakcyjne, komputerowo stworzone, kolorowe obrazy HIV. Wszystkie pochodzące z laboratoryjnych hodowli komórkowych, ale nigdy ani jednego pochodzącego od chorego na AIDS. Pomimo tego zdumiewającego zaniechania dogmat HIV / AIDS jest nadal mocno zakorzeniony. Dziesiątki tysięcy naukowców i setki największych firm farmaceutycznych nadal generują ogromne zyski na podstawie hipotezy HIV. I nigdy nie wyleczono ani jednego pacjenta z AIDS…

Tak, HIV / AIDS jest symbolem korupcji badań nad wirusami, dobitnie i tragicznie udokumentowanej w tej książce.

Programy badań nad wirusowym zapaleniem wątroby typu C, BSE, SARS, ptasią grypą oraz obecna polityka szczepień, wszystko to razem rozwinięto w oparciu o tę samą logikę maksymalizacji zysków finansowych. Za każdym razem staramy się zrozumieć, jak niektóre bardzo wątpliwe doktryny terapeutyczne są zalecane na najwyższych szczeblach władz zdrowia publicznego (WHO, CDC, RKI, itp.); często przy tym odkrywając albo żenujący konflikt interesów albo brak istotnych eksperymentów kontrolnych i zawsze ścisłe odrzucenie jakiejkolwiek otwartej debaty z autorytetami naukowymi przedstawiającymi odmienne postrzeganie procesów patologicznych. Wielokrotnie udokumentowano manipulowanie statystykami, fałszowanie badań klinicznych oraz unikanie badań toksyczności leków. Wszystko to zostało skrzętnie ukryte i nikomu nie udało się, jak dotąd, zakłócić cynicznej logiki dominującej w dzisiejszym biznesie badań nad wirusami.

Ukrywanie neurotoksyczności rtęci zawartej w środku konserwującym, tiomersalu, będącej wysoce prawdopodobną przyczyną autyzmu wśród dzieci szczepionych, najwyraźniej osiągnęło najwyższe szczeble władzy w USA … (patrz artykuł „Deadly Immunity” napisany przez Roberta F. Kennedy’ego Jr. w rozdziale 8 )

Wirus-mania jest chorobą społeczną naszej wysoko rozwiniętej cywilizacji. Aby ją wyleczyć, niezbędne będzie pokonanie strachu. Strach jest najbardziej zabójczym, zakaźnym wirusem, najefektywniej przenoszonym przez media.

Błądzić jest rzeczą ludzką, ale dobrowolne trwanie w błędzie – diabelską.

Etienne de Harven, MD
Lekarz medycyny, były profesor biologii komórkowej na Uniwersytecie Cornell, emerytowany profesor patolog Uniwersytetu w Toronto, jeden z pionierów wirusologii i specjalista mikroskopii elektronowej. W latach 1956 – 1981 członek Sloan Kettering Institute for Cancer Research, New York.

P.S. Wersja w PDF m.in. tutaj:

https://pl.scribd.com/doc/112444916/Virus-Mania

Czy akcja „V V” była mistyfikacją komunistycznych władz? Kulisy epidemii ospy prawdziwej we Wrocławiu w 1963 r.

 

z14308529Q,--Gdy-15-lipca-wladze-przyznaly-oficjalnie--ze-we-.jpg

„W czasie trwania ostatniej większej epidemii [ospy prawdziwej] na przełomie wieków, będąc członkiem Komisji Zdrowia Rady Miejskiej w Londynie dowiedziałem się, jak zaufanie do szczepień podtrzymuje się za pomocą statystyk poprzez diagnozowanie wszystkich uprzednio zaszczepionych pacjentów jako przypadki egzemy krostkowej, ospy varioloid lub czegokolwiek — z wyjątkiem ospy prawdziwej.”— George Bernard Shaw

Epidemie Strachu

Świadomość zagrożenia zarazą ma charakter irracjonalny, wywołuje w społeczeństwie panikę i powoduje, że ludzie przestają myśleć i zachowywać się logicznie. Tak więc nie dziwi fakt, iż strach przed straszliwym pomorem był przynajmniej od czasów średniowiecznych wykorzystywany przez rządzących jako potężne narzędzie do kontroli społecznej oraz jako oręże w kampaniach wojennych. Według obowiązującej nomenklatury bezpośrednią przyczyną upadku państwa Azteków miała być ospa. Zapominamy przy tym o okrutnych wyprawach wojennych chciwych i pomysłowych konkwistadorów, mających przewagę nad Indianami dzięki konnicy i broni palnej. Epidemiczna panika stała się elementem wielu wojen psychologicznych, jak choćby Polski z Rosją w XVIII w. Polacy zwykli podsycać epidemiczną psychozę, aby przegrupować wojska, zorganizować zaopatrzenie pogranicznych twierdz czy podjąć działania wywiadowcze. „Epidemie” miały swój znaczący epizod również w wojnie północnej (1700-1721) czy w wojnie o sukcesję polską (1733-1735). Końcem XVIII w. Prusy i Austria wykorzystały dżumę jako pretekst do dokonania aneksji terytoriów pogranicznych Rzeczypospolitej, rzekomo pod pozorem tworzenia tzw. kordonów sanitarnych. Jak się później okazało, działania te były wstępem do I rozbioru. Wraz z początkiem 1831 roku, tj. tuż po wybuchu powstania listopadowego w Królestwie Polskim miała wybuchnąć rzekomo przywleczona przez wojska carskie epidemia cholery.

Im bardziej wgłębiamy się w anatomię kolejnych epidemii, tym bardziej staje się oczywisty ich związek z rozruchami społecznymi czy konfliktami zbrojnymi. Ogłoszenie stanu epidemii w kraju sąsiedzkim ułatwiało rządzącym wytyczanie kordonów sanitarnych dla ochrony własnego terytorium przed rozprzestrzenianiem się ruchów rewolucyjnych lub dokonywania aneksji (rozbiory Rzeczypospolitej). Podejrzanie wygląda także mit ospy z okresu wojny francusko – pruskiej w latach 1870 – 1871, za czym może stać próba usprawiedliwienia wysokiej liczby ofiar walk po własnej stronie (oddziały francuskie miały stracić w wyniku zachorowań na ospę 23.000 żołnierzy!) i obwinianie o przywleczenie zarazy pruskich żołnierzy. Ci z kolei, pomimo znacznie mniejszych strat, winili o to samo oddziały francuskie.

Dziś niewiele jednak nauczyliśmy się z doświadczeń z przeszłości. Istnieje jeszcze wiele pytań bez odpowiedzi na temat przyczyn grypy „hiszpanki” z 1918r. (masowe akcje szczepień żołnierzy i toksyczne dawki salicylanów) oraz roli wirusów w przypadku polio – choroby Heinego-Medina – po II wojnie światowej (m.in. neurotoksyczność masowo używanych trujących insektycydów DDT).

Wątpliwa wydaje się być próba wyjaśnienia występowania epidemii od strony naukowej, ponieważ nie dotykają one całych populacji. Oficjalna nomenklatura mówi jedynie o „ogniskach epidemii”, tj. pojedyncze zachorowania o podobnych objawach łączy się ze sobą i tworzy wirtualne klastry. Epidemiolodzy nie potrafią na przykład wyjaśnić, dlaczego pomimo powszechnej medialnej histerii objawy „chorób zakaźnych” (no może poza zwykłym przeziębieniem) występują jedynie u niektórych i do tego nie są identyczne. Natomiast u przeważającej większości osób z bezpośredniego otoczenia, mimo długotrwałej ekspozycji, brak jakichkolwiek symptomów chorobowych. Czasem schorzenia uważane za zakaźne mają wyłącznie charakter endemiczny, a więc skupiają się na określonym obszarze, co może być związane np. z zanieczyszczeniem środowiska naturalnego, a zwłaszcza ujęć wody pitnej. Właśnie w zatruciach pokarmowych, spowodowanych piciem skażonej wody z miejskich ujęć upatrywałbym przyczyn masowych pomorów notowanych już od średniowiecza. Tymczasem mieszkańcy miast w starożytnym Cesarstwie Rzymskim, którym dostarczano czystą wodę akweduktami i którzy mogli korzystać z publicznych łaźni, nie doświadczali problemu epidemii.

Dogmat pojedynczych przyczyn chorób ostatecznie został ukształtowany przez mikrobiologię, dominującą końcem XIX w., głoszącą iż specyficzne mikroorganizmy (wirusy, bakterie, grzyby) są odpowiedzialne za konkretne choroby, włączając w to powszechne epidemie, jak ospa, cholera czy gruźlica. Takie proste wyjaśnienie ich genezy miało przede wszystkim służyć przyszłym zyskom rodzącego się wówczas przemysłu farmaceutycznego. Jednak po dziś dzień koncepcje te są jedynie zbiorami hipotez nieudowodnionych naukowo.

Wracając do ospy, już od czasów starożytnych źródła wspominają o tej dziesiątkującej ludzkość chorobie. Niewiele jednak o niej wiemy ze względu na to, że pod definicję ospy mogły być podciągane rozmaite zróżnicowane schorzenia.

Trudno też jednoznacznie stwierdzić z czym tak naprawdę mieliśmy do czynienia w przypadku ogłoszonej przez komunistyczne władze epidemii ospy prawdziwej w lipcu 1963 r. Jak wspomina lekarz uczestniczący w wydarzeniach wrocławskich lato owego roku było latem stulecia. Temperatura sprzyjała rozkładowi resztek organicznych, które mogły zanieczyścić sieci wodociągowe. Również niski poziom higieny mógł sprzyjać zatruciom pokarmowym, które, objawiały się np. gorączką, biegunką i wysypką, natomiast u osób w silnym stresie oksydacyjnym, tj. skrajnie przemęczonych, niedożywionych, o obniżonej odporności i chorych na przewlekłe schorzenia mogły kończyć się groźnymi powikłaniami. Innym istotnym czynnikiem, który należy brać pod uwagę jest fakt, iż w okresie powojennym wrocławski system  zaopatrzenia w wodę kształtował się w warunkach jej głębokiego niedoboru w mieście. Od 1871 roku działała wieża ciśnień na Grobli, która stała się jednym z głównych elementów centralnego systemu wodociągowego. Wodę czerpano z rzeki Oławy (awaryjnie z Odry). Natomiast od 1904 r. korzystano głównie z gruntowych ujęć na Świątnikach. Na ile proces uzdatniania wody przy stosowanych wówczas technologiach był stuprocentowo skuteczny i bezpieczny, trudno dziś stwierdzić. Faktem jest, że wraz z budową instalacji sanitarnych i poprawą metod uzdatniania wody pilnej, rugowano w ostatnim wieku wiele chorób, których źródłem były zanieczyszczenia organiczne. Jednocześnie pojawił się inny problem, wprowadzenie pestycydów w rolnictwie i zanieczyszczeń chemicznych z fabryk, które potem trafiały do obiegu wodnego. Okres kryzysu w dostępie Wrocławia do wody zakończył się dopiero w 1982 r. po zakończeniu budowy nowego zakładu uzdatniania.

W niemal wszystkich źródłach z tamtego okresu pomijany jest fakt, iż wzmożone zachorowania we Wrocławiu poprzedzone zostały zmasowaną akcją szczepień. Będę z resztą o tym szerzej pisał przy okazji warszawskiej akcji o kryptonimie „Internat”, skierowanej przeciwko środowisku pielęgniarek, kiedy to na polecenie kierownika Wydziału Zdrowia Stołecznej Rady Narodowej z dnia 17 kwietnia 1963 r., tj. na trzy miesiące przed wybuchem domniemanej epidemii, dyrektorzy placówek warszawskiej służby zdrowia oddelegowali pielęgniarki biorące czynny udział w protestach do Wojewódzkich Wydziałów Zdrowia m.in. we Wrocławiu do „ochotniczej akcji szczepień”. Niewykluczone więc, że mogliśmy mieć też do czynienia z powikłaniami poszczepiennymi.

 

Oficer SB kontaktem „0”

Ospowy dramat Wrocławia swój prolog miał w „ważnym” gabinecie. Andrzej Ochlewski, ginekolog, który później odegrał kluczową rolę w akcji „VV”, był wtedy kierownikiem Wydziału Zdrowia Miejskiej Rady Narodowej. – W kwietniu 1963 roku zostałem poproszony do Komitetu Wojewódzkiego PZPR. W gabinecie „pierwszego” siedziało dwóch oficerów służb specjalnych. Wyłuszczyli mu sprawę tonem nieznoszącym sprzeciwu: agent polskiego wywiadu musi wyruszyć z misją specjalną do Indochin. Nie może pojechać jako podpułkownik Bonifacy Jedynak, więc musi mieć dokumenty na inne nazwisko, w tym książeczkę szczepień. Andrzej Ochlewski nie zamierzał dyskutować z oficerami wywiadu, chodziło w końcu o sprawę wagi państwowej. – Wziąłem oryginalną książeczkę podpułkownika z potwierdzonym szczepieniem i na jej podstawie, wykorzystując swoje stanowisko, załatwiłem drugą w sanepidzie, ale na inne nazwisko. Dali mi na to dwie godziny.

Na czym polegała tajna misja? – Był oddelegowany do kontroli polskich placówek dyplomatycznych w Indiach, Birmie i chyba w północnym Wietnamie – opowiada doktor Tadeusz Hawling ze Szpitala MSW przy ul. Ołbińskiej, który leczył tajemniczego oficera. Inni podają jednak, że celem podróży był Pakistan. Tak więc nie jest ustalone do końca czy i gdzie w owym czasie agent Służby Bezpieczeństwa przebywał. Trzeba pamiętać, że Bonifacy Jedynak w interesującym nas okresie (1957-1964) był zastępcą komendanta wojewódzkiego Milicji Obywatelskiej ds. SB. Jak donosi IPN oficer ten brał w 1968 r. czynny udział w akcji „Dunaj” podczas interwencji w Czechosłowacji, co świadczy o jego kluczowej roli jako zaufanego agenta w polityce najwyższych władz PRL.

Continue reading „Czy akcja „V V” była mistyfikacją komunistycznych władz? Kulisy epidemii ospy prawdziwej we Wrocławiu w 1963 r.”