Dlaczego zaufaliśmy szczepieniom?

Injection-of-a-vaccine.jpg

Szczepienia są skuteczne i bezpieczne” – powiedziała miła pani w telewizji

Zwracając uwagę na niebezpieczeństwa związane z masową immunizacją, zdaję sobie sprawę, iż jest to temat niewygodny, a do tego niemal całkowicie pomijany w przestrzeni informacyjnej. Szczepienia zostały nam tak zręcznie i agresywnie sprzedane, że większość rodziców uważa je za cud nauki, który wyeliminował wiele niegdyś budzących lęk chorób. Tak przynajmniej powtarza nam miła spikerka w popołudniowych wiadomościach, powołując się na opinię utytułowanych immunologów. W konsekwencji każdy, kto sprzeciwia się szczepieniom swoich dzieci, może zostać uznany za szalonego. Analogicznie, kwestionowanie przez lekarza pediatrę szczepień, które stały się chlebem powszednim praktyki pediatrycznej, jest równoznaczne z sytuacją, w której kapłan podważa dogmat o nieomylności papieża.

Czy w takim razie szczepienia są skuteczne i bezpieczne?

Jeśli chodzi o skuteczność, to nie ma przekonujących naukowych dowodów na to, że masowym szczepieniom można zawdzięczać eliminację jakiejkolwiek tzw. choroby zakaźnej. Chociaż prawdą jest, że niektóre niegdyś powszechne choroby zniknęły dziś niemal całkowicie, to nikt tak naprawdę nie wie dlaczego. Przyczyna leży najprawdopodobniej w poprawie jakości życia (brak wojen, higiena, jakość pożywienia, dostęp do czystej wody, kanalizacja, warunki pracy), ponieważ zachorowalność zmniejszała się i zanikała wraz z postępującym rozwojem cywilizacyjnym, do tego symultanicznie w krajach z wysoką wyszczepialnością wśród dzieci, jak i w tych, w których szczepień nie stosowano.

A oto przykład z rodzimego podwórka. Zacytuję wypowiedź dyrektora Instytutu Gruźlicy i Chorób Płuc w Warszawie w trakcie posiedzenia Komisji Zdrowia Sejmu RP z dnia 15-01-2015:

prof. Kazimierz Roszkowski-Śliż – „I jeszcze kwestia szczepień, które oczywiście nie mają żadnego znaczenia ochronnego dla zapadalności () Dlatego że średni spadek zapadalności na gruźlicę w Polsce jest dokładnie taki sam jak we Francji, chociaż we Francji nie szczepi się w ogóle ()

Poseł Krystyna Kłosin (PO) – „Pan profesor był uprzejmy powiedzieć, że szczepienia nie mają żadnego wpływu na zapadalność. Czy pan profesor byłby uprzejmy rozwinąć tę myśl, bo ja cały czas żyłam w przekonaniu, że szczepienia są głównym czynnikiem ograniczającym zapadalność na chorobę, przeciwko której się szczepimy, a tu okazuje się, że tak nie jest (…)”

prof. Kazimierz Roszkowski-Śliż – „Przez długi okres były prowadzone badania nad skutecznością szczepionki, ale wątpliwości odnośnie do skuteczności szczepień przeciwprątkowych były od bardzo dawna. Są kraje w Europie Zachodniej, w których nigdy nie zostały wprowadzone szczepionki, dlatego że nigdy nie było dowodu na to, że szczepionki ochronne gruźlicy mają wpływ na zapadalność.

Polska w minionej epoce, w poprzednim systemie, należała do takich krajów jak Kazachstan, w którym były szczepienia u noworodków, potem były rewakcynacje w piątym roku, w siódmym roku, w dwunastym – do osiemnastego roku życia. Ten archaiczny system był utrzymywany do czasu, kiedy to zmodyfikowaliśmy na podstawie medycyny faktów, zgodnie z którą wiemy, że szczepionki nie mają żadnego wpływu na zapadalność i to również na zapadalność u dzieci. Dowód jest prosty. Mianowicie, jeżeli zbadamy tempo spadku zapadalności w krajach o najlepszych wskaźnikach epidemiologicznych i w Polsce, to tempo spadku jest dokładnie takie samo. Niezależnie od tego, że w tamtych krajach się nie szczepi, a w Polsce się szczepi, tempo spadku wynosi około 2,5% rocznie…”

Źródło: http://www.sejm.gov.pl/Sejm7.nsf/biuletyn.xsp?skrnr=ZDR-172

 

Mit skuteczności szczepień nie jest wspierany nawet przez najzagorzalsze badania proszczepienne. Poza tym dane statystyczne jasno wskazują, że zapadalność, a przy tym śmiertelność dotycząca tzw. chorób zakaźnych zaczęła się obniżać na długo przed wprowadzeniem szczepień. Ospa była już rzadko spotykana, a epidemie zniknęły dziesiątki lat wcześniej, zanim WHO zdecydowała się przeprowadzić ostateczną kampanię „eradykacyjną”.

G11.2-UK-Deaths-1838-1978.png

 

G17.10-Leicester-Age-1838-1888.png

http://www.dissolvingillusions.com/graphs/

Należy przy tym dodać, że równocześnie obniżała się też zapadalność na choroby, na które nie wprowadzono szczepień, bądź nie były one rozpowszechnione.

Dobrze udokumentowany jest też fakt, iż największe epidemie występowały zawsze w najbardziej zaszczepionych populacjach, podczas gdy inne nieszczepione nie miały takich epidemii.

measles.gif

typhoidfever.gif

scarletfever.gif

Innym problemem jest proceder redefiniowania chorób równolegle z wprowadzeniem powszechnych szczepień przeciw danemu „zarazkowi”. Na ten przykład polio (choroba Heinego-Medina) nie zostało wykorzenione przez szczepienia.

Kryje się zwyczajnie za redefinicją i nowymi nazwami, takimi jak wirusowe lub aseptyczne zapalenie opon mózgowych. Zgodnie z jednym z wydań MMWR (Morbidity and Mortality Weekly Report) z 1997 r. w samych Stanach Zjednoczonych rejestruje się rocznie około 30.000 do 50.000 przypadków wirusowego zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych. To tam właśnie zniknęły wszystkie te 30.000 – 50.000 przypadków polio po wprowadzeniu masowych szczepień.

Trzeba też zdawać sobie sprawę, że polio jest chorobą wywoływaną przez człowieka, a te mocno nagłaśniane wybuchy epidemii w połowie XX w. są dziś fałszywie przedstawiane. Ich prawdziwą przyczyną były wzmożone szczepienia przeciw błonicy oraz inne szczepienia poprzedzające daną epidemię polio. Schorzenie takie ma nawet odpowiednią nazwę: polio sprowokowane.

Źródło: „Hepatitis B Vaccine: Helping or Hurting Public Health”, The Subcommittee on Criminal Justice, Drug Policy and Human Resources, 16.06.1999

http://www.thinktwice.com/Hep_Hear.pdf

Jak wspominał George Bernard Shaw: Podczas ostatniej znacznej epidemii na przełomie wieków byłem członkiem Komisji Zdrowia w London Borough Council i dowiedziałem się, jak wiarę w skuteczność szczepień podtrzymuje się za pomocą statystyk, poprzez diagnozowanie wszystkich uprzednio zaszczepionych przypadków (ospy) jako egzemę krostkową, ospę varioloid lub cokolwiek – z wyjątkiem ospy prawdziwej.

Natomiast w kwestii bezpieczeństwa należy zaznaczyć, że każde szczepienie wiąże się ze znacznym ryzykiem niepożądanych odczynów poszczepiennych (NOP), a także z wieloma przeciwwskazaniami, które mogą sprawiać, że dziecko będzie narażone na niebezpieczne powikłania. Jednak lekarze szczepią rutynowo, zazwyczaj bez ostrzeżenia rodziców o zagrożeniach i bez sprawdzenia, czy istnieje przeciwwskazanie do szczepienia dziecka. Mimo, że nie powinno się stosować szczepień bez ustalenia przeciwwskazań, to całe rzesze dzieci są rutynowo ustawiane w kolejce na zastrzyk w ramię bez przeprowadzenia wywiadu z rodzicami.

Pomimo, że znane są nam tysiące przypadków powikłań poszczepiennych (rzadko zgłaszanych przez lekarzy i wyjaśnianych), nikt nie zna długoterminowych konsekwencji wstrzykiwania obcych białek do organizmu dziecka. Jeszcze bardziej szokujące jest to, że nikt nie podejmuje żadnych usystematyzowanych wysiłków, aby się tego dowiedzieć.

Istnieje również rosnące podejrzenie, że masowe szczepienia przeciwko stosunkowo niegroźnym chorym dziecięcym mogą być odpowiedzialne za dramatyczny wzrost chorób autoimmunologicznych. Podobnie przedstawia się sprawa z popularyzowaną ostatnio tzw. szczepionką antyrakową, tj. przeciw HPV.

Jak czytamy w publikacji prestiżowego Nordic Cochrane Centre: „Możliwe poważne uszkodzenia neurologiczne obserwowane po szczepieniu przeciw HPV mogą być spowodowane reakcją autoimmunologiczną.”

nordic_cochrane_views_on_the_ombudsmans_decision_2_nov_2017

sheep5.jpg

Odporność stadna (tzw. herd immunity)

Sformułowanie „odporność stadna„ nieodparcie kojarzy mi się z bezrozumnym stadem owiec. Być może takim właśnie wyobrażeniem kierowali się pomysłodawcy tej koncepcji. Dzięki niej elita (pasterze) jest w stanie manipulować „stadem”.

Teoria „odporności stadnej” zakłada, że przedmiotem etyki nie jest pojedynczy człowiek, ale bliżej niezidentyfikowany organizm zbiorowy, tzw. „ciało ludu” i jego dobro, co wprost wywodzi się z etyki faszystowskich Niemiec.

Źródło: https://szczepienia.wybudzeni.com/odpornosc-stada/

Teoria ta stosowana jest dziś przez propagatorów szczepień jako skuteczne narzędzie promowania wysokiego poziomu wyszczepialności, celem zwiększenia „ochrony” przed „zarazkiem”.

Jednakże prawdziwym powodem używania tej koncepcji jest, po pierwsze, chęć uniknięcia sytuacji, w której będzie można pokazać wiele przykładów zdrowych, nieszczepionych dzieci.

Po drugie, medyczni biurokraci tłumacząc, że szczepienia zadziałają dopiero wtedy, gdy niemal każdy się zaszczepi, w rzeczywistości starają się ukryć fakt, że drogie programy szczepień zawodzą. Przecież choćby ze względu na różne przeciwwskazania nie da się zaszczepić 100% populacji. Z resztą, jak donoszą raporty, które możemy znaleźć m.in. w bibliotece PubMed, lokalne epidemie wybuchały pomimo (a może w wyniku?) pełnej zaszczepialności wśród danej społeczności.

Po trzecie, im więcej zaszczepionych, tym większe zyski dla koncernów farmaceutycznych, żyjących w swoistej symbiozie z medycznym aparatem biurokratycznym, dla którego też coś skapnie przy okazji do kieszeni.

Teoria “odporności stadnej” jest przykładem na to, że dzisiejsze tzw. nauki medyczne, a w szczególności nauka w zakresie biologii molekularnej oraz genetyki, stały się nauką bez dowodów.

W nauce tej nie ma miejsca na pojedyncze dowody, na weryfikacje pojedynczych hipotez. Brak dowodów na dane twierdzenie jest bez znaczenia. Teorie buduje się wprost poprzez połączenie hipotez na prawach logiki.

W tym miejscu chciałbym zwrócić uwagę czytelnika, jak niebezpieczną w swym założeniu jest koncepcja odporności stadnej. Może stać się ona w każdej chwili, o ile już nie jest, przykrywką dla totalitarnych zapędów władzy. Zmusza bowiem każdego z osobna do podporządkowania się idei wyższości dobra “stada” nad dobrem i wolnością jednostki. Jesteśmy wówczas skazani na dyktaturę biurokratów wspartych autorytetem niekontrolowanej (pseudo? -) nauki, która pozbawiona jest wszelkiej kontroli społecznej. Pisałem o tym w poniższym artykule przy okazji wydarzeń we Wrocławiu w 1963 r.:

https://pubmedinfo.wordpress.com/2016/04/14/akcja-vv-kolejna-zaraza-czy-mistyfikacja-i-prowokacja-wladz-kulisy-epidemii-ospy-prawdziwej-we-wroclawiu-w-1963-r-prawda-mity-niewygodne-fakty/

Ponadto, jeśli tzw. odporność po zaszczepieniu, co udowodniono, nie działa nawet wobec konkretnego immunizowanego osobnika https://pubmedinfo.wordpress.com/2015/12/25/nieskutecznosc-szczepien-i-procedur-przeciwtezcowych/ , to w jaki sposób przyjęcie przez niego szczepionki miałoby chronić całe “stado”?

Teorię odporności stadnej należy zatem uznać za paranaukowy bełkot, dzięki któremu władzę nad społeczeństwem sprawują międzynarodowe kartele farmaceutyczne za pomocą totalitarnego aparatu biurokratycznego.

 

2000px-Star_of_life2.svg.png

 

Kult szczepień w świątyni Kościoła Współczesnej Medycyny

Dlaczego pomimo tak oczywistych argumentów przemawiających przeciwko masowym szczepieniom, stały się one powszechną praktyką wspartą autorytetem nauki, a do tego usankcjonowaną przymusem urzędniczym?

Tu pojawia się dodatkowe pytanie: skoro szczepienia są takim skarbem, to dlaczego należy do nich przymuszać?

Odpowiedź jest następująca: szczepienia stały się centralnym dogmatem nowoczesnej medycyny, która nie jest w stanie przetrwać bez naszej wiary, ponieważ przestała być ona sztuką, a jednocześnie nie udało jej się sprostać kryteriom naukowym. Współczesna medycyna stała się mniej lub bardziej zakamuflowaną formą religii, która w kwestiach związanych choćby z immunizacją społeczeństwa wykorzystuje aparat ucisku celem dyscyplinowania wyznawców oraz nawracania niewiernych. Innymi słowy – inkwizytorzy zamienili sutannę na kitel.

Szpitale i przychodnie są świątyniami nowoczesnej medycyny.

Kiedy wchodzisz do świątyni każdej innej religii, stajesz przed obliczem bogów tej religii. Żadni bogowie nie pozwolą ci przyprowadzić konkurencyjnych bogów do ich domu, więc zostawiasz swoich starych bogów i wszystko, czego cię nauczyli, zanim przestąpisz próg ich świątyni. Ponieważ Kościół [Nowoczesnej Medycyny] postrzega wszystkie aspekty życia, które przyczyniają się do zdrowia jako konkurencyjnych bogów, musisz pozostawić swoją tożsamość, swoją rodzinę, swoją pewność siebie i swoją godność przed drzwiami tej świątyni. Dopiero po oczyszczeniu się z realnego życia możesz kwalifikować się do przyjęcia złowieszczych sakramentów Kościoła Śmierci.”

Robert S. Mendelsohn, MD – The Temples of Doom, Confessions of a Medical Heretic, 1991.

Jednym z owych sakramentów są właśnie szczepienia, które przyjęły charakter rytualnych obrzędów plemiennych, niczym obrzezanie.

Należy tutaj spojrzeć na ogólny wzorzec, według którego od wieków odnoszą sukces zorganizowane religie – ponieważ szczepienia zajmują tę samą platformę, wdrażając te same podstawowe strategie. Jeśli coś działa w sferze religijnej, może działać na świeckim gruncie, stymulując popędy i lęki zaprogramowanych ludzi.

Po pierwsze, odbywa się ceremonia namaszczenia – szczepienia, które przyznaje odbiorcy uprzywilejowany status i co najważniejsze, ochronę przed złem i niebezpieczeństwem.

Wodą święconą jest szczepionka. Odeprze ona wroga – zarazka, który jest szczególnie promowany w Najświętszym Kościele Medycyny. Całe zło pochodzi od zarazków. Zarazek jest przedstawiany jako diabeł. Jest źródłem lęku, będącego w jurysdykcji kapłana – lekarza, który wykonuje zastrzyk.

Tylko lekarz (i jego przełożeni, badacze) może ocenić efektywność świętej szczepionki. Kapłan (lekarz) jest obdarzony tą szczególną i tajemną wiedzą. Tylko on oferuje osobie przyjmującej sakrament immunitet od zła.

Ci, którzy twierdzą, że nie boją się zarazków, to negacjoniści, zdrajcy. Zaprzeczają istnieniu szatana. W ten sposób stali się agentami i sprzymierzeńcami szatana (zarazka), który stara się zamaskować swoją obecność we współczesnym świecie. Muszą zostać rozpoznani, kim naprawdę są i wyrzuceni z grona wyznawców.

– Tak więc nie zaszczepiłeś swojego małego synka? Cóż za nieodpowiedzialny rodzic! – Nie pozwólmy mu więcej bawić się z naszą błogosławioną i chronioną córką. Nosi znak szatana, który jest niezneutralizowanym zarazkiem. Poinformujemy innych sąsiadów i zgłosimy się do Świętej Inkwizycji (Sanepidu albo opieki społecznej). – Jesteś nieczysty!

Jeśli w publicznym miejscu Wasze niezaszczepione dziecko kichnie, kaszlnie lub wytrze nos, zademonstruje obecność szatana jako zarazka. Jesteście podejrzani o spotykanie się z innymi nieodpowiedzialnymi rodzicami – heretykami, którzy nie są szczepieni i hartują swój sprzeciw wobec Świętego Słowa (kalendarza szczepień). Co gorsza, wciąż kultywują swoje pogańskie rytuały, umawiając swoje dzieci na „ospa party”.

Najbardziej zapalczywi wojownicy Świętego Kościoła Medycyny, to tzw. blogerzy naukowi. Nie mając możliwości wejścia do stanu kapłańskiego (nigdy nie dostali się do uczelni medycznej), rzucają klątwę na nieszczepionych rodziców, aby osiągnąć miarę wartości w oczach swego Kościoła.

Poprzez niestrudzone wysiłki Kościoła oraz jego sojuszników (ustawodawców i urzędników), walka o ustanowienie Świętego Słowa (kalendarza szczepień) jako obowiązkowego prawa zyskuje na popularności.

Ostatnia uwaga ze strony hierarchów Kościoła Medycyny:

Niektórzy z odstępców argumentują, że jeśli chronione (zaszczepione) dziecko rzeczywiście uzyskało odporność, jego kontakt z niezaszczepionym dzieckiem nie powinien stanowić problemu. Kwestionują tym samym katechizm Kościoła oraz jego najświętszy dogmat, o odporności stadnej.

– Nie słuchaj tej logiki Belzebuba. Jest fałszywy, zwodniczy i zaprogramowany na oszukiwanie. To zarazek przemawia! On wplata swoją szatańską polemikę, szepcze przebiegłe sofizmaty do uszu niewinnych!

goldencalf1.jpg

 

Złoty Cielec

A wziąwszy je z ich rąk nakazał je przetopić i uczynić z tego posąg cielca ulany z metalu. I powiedzieli: «Izraelu, oto bóg twój, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej». (Wj 32,4)

I rzeczywiście naukowcy stworzyli swojego złotego cielca i złożyli mu ofiarę, a ofiarami stały się całe rzesze okaleczonych i zabitych przez szczepienia. Poniższe fotografie przedstawiają przykłady powikłań po szczepieniach przeciwospowych.

 

 

ryc-1-a-b-ospa-400.jpg

ryc-1-c-d-ospa-300.jpg

Ryc.1. Fotografie dzieci z odczynami poszczepiennymi, zrobione w czasie ogłoszonej epidemii ospy we Wrocławiu w 1963r. (vaccinia inoculata, vaccinia generalisata) – archiwum własne prof. Zbigniewa Rudkowskiego z Kliniki Chorób Zakaźnych Wieku Dziecięcego Akademii Medycznej we Wrocławiu

goldencalf8.jpg

goldencalf7.jpg

Ryc.2. Powikłania po szczepieniach przeciwospowych: The Golden Calf – An Exposure of Vaccine Therapy, Charles W. Forward, London, 1933

I poszedł pierwszy,
i wylał swą czaszę na ziemię.
A wrzód złośliwy, bolesny, wystąpił na ludziach,
co mają znamię Bestii,
i na tych, co wielbią jej obraz. (Ap 16,2)

Dla racjonalnego umysłu wydaje się niewyobrażalne, że można pobrać fragment tkanki, pochodzący z owrzodzonych wymion krowy, a następnie kultywować hodowlę (tzw. wirusa ospy krowianki) w strupiejących ropniach na podbrzuszu cielęcia i że zaszczepienie tego materiału w ludzkim ciele nie wywoła katastrofalnych konsekwencji (tak właśnie z grubsza wyglądała produkcja szczepionek przeciw ospie).

Dzisiejszy kult szczepień bierze przecież swój początek w (tragicznej w skutkach) kampanii przeciwospowej, tj. inokulacją materiałem biologicznym, pochodzącym z krowich wymion.

A tak wyglądały „fabryki” tych szczepionek:

 

6211ggggg3.jpg

05-0277-F1.jpg

 

scientist-scraping-skin-of-a-calf-for-use-in-production-of-smallpox-vaccine.jpg

scientist-scraping-skin-of-calf-for-use-in-production-of-smallpox-vaccine.jpg

scientist-scraping-skin-of-calf-for-use-in-production-of-smallpox-vaccine_i-G-60-6046-MVBD100Z.jpg

C0075004-Cultivating_vaccinia_virus_on_calf-SPL.jpg

12.jpg

SS2492595.jpg

smallpox-vaccine-1883-granger.jpg

smallpox.jpg

Production-of-Vaccine1.jpg

Reklamy

O negatywnych skutkach profilaktyki nowotworowej

shutterstock_291767978.jpg

Media często przypominają nam o potrzebie poddawania się regularnym badaniom profilaktycznym, które umożliwiają wczesne wykrycie zmian nowotworowych, zwiększając tym samym szanse na wyleczenie albo przynajmniej na przedłużenie życia. Współczesna onkologiczna dogmatyka mówi nam, że nowotwory są „niezwykle podstępne” i rozwijają się przez długie lata, często nie dając o sobie znać. Ale nawet wtedy jesteśmy w stanie je „przechytrzyć”, korzystając z nowoczesnych metod diagnostycznych.

Tak więc nie dziwi fakt, że tuż za rogiem ulicy czyhają na nas wszechobecne cytomammobusy, a miła Pani w trakcie rozmowy telefonicznej zaprasza nas na badania przesiewowe. Przy czym regularne poddawanie się takim badaniom ma być dowodem naszej odwagi i odpowiedzialności. Promowane są także badania stężenia antygenu gruczołu krokowego (PSA), testy na nosicielstwo wirusów mających powodować nowotwory (HPV) oraz badania pod kątem obciążeń genetycznych.

Widząc w reklamach twarze celebrytów propagujących rozmaite akcje antynowotworowe, uznałem, że za tak sprawnie przygotowaną kampanią musi stać machina urzędnicza, sztab ludzi i spory budżet.

Pytanie zasadnicze brzmi: kto stanie się faktycznym beneficjentem tego rodzaju działań i czy efektem takiego zaangażowania środków publicznych będzie poprawa stanu zdrowia polskiego społeczeństwa?  Zajrzałem więc na stronę Ministerstwa Zdrowia, żeby dowiedzieć czegoś o tzw. profilaktyce onkologicznej w naszym kraju. I oto, co znalazłem:

Narodowy Program Zwalczania Chorób Nowotworowych na lata 2016-2024

 

 chorobowość.jpg

Wykres: Chorobowość 5-letnia, źródło: European Cancer Observatory 2012,

Z powyższego wykresu wynika, że zachorowalność na nowotwory w porównaniu do średniej unijnej i ogólnoeuropejskiej była dotąd stosunkowo niska. Jak piszą autorzy tzw. Narodowego Programu Zwalczania Chorób Nowotworowych: „ Wskaźnik ten jest niższy, niż w większości krajów europejskich. (…) Jest pochodną struktury nowotworów złośliwych w danym kraju, częstości zachorowań, wczesnej diagnozy i skuteczności leczenia.”

Do tej pory żyłem w błogiej nieświadomości, że im niższa chorobowość na 100 tys. populacji, tym lepiej. Tak więc skoro w krajach bardziej rozwiniętych dostęp do badań, a przez to wcześniejszego diagnozowania i skuteczniejszego leczenia, jest większy, a mimo to chorobowość jest tam dużo wyższa, niż w Polsce, to jak rozumiem, zdaniem autorów powinniśmy gonić zachodnią czołówkę Europy celem zwiększenia współczynnika chorobowości, tj. zdiagnozowania jak największej liczby pacjentów pod kątem nowotworów.

Potem zaś czytamy: „Ponadto zapadalność na nowotwory można obniżyć i kontrolować poprzez wdrożenie opartych na dowodach strategii wczesnego wykrywania choroby i opieki nad pacjentami chorymi na raka.” Niech ktoś mi wytłumaczy, w jaki sposób można obniżyć zapadalność poprzez wczesne wykrywanie, skoro samo wykrycie, nawet we wczesnym stadium choroby, rozumie się już jako rozpoznanie nowotworu, a tym samym dołączenie do statystyk zapadalności. I takie złapanie pacjenta w sieci polujących na nowotwory nazywa się eufemistycznie „profilaktyką”.

Na stronach Ministerstwa Zdrowia zamieszczone są też dane za poprzedni cykl tzw. Narodowego Programu Zwalczania Chorób Nowotworowych na lata 2006-2015. W sprawozdaniach z jego realizacji czytamy o pięknych ideach edukacji społeczeństwa, takich jak: wdrożenie projektu „Szkoła promująca zalecenia Kodeksu Walki z Rakiem”, działania medialne i informacyjne oraz wydawnicze, organizacja kampanii społecznych oraz szkoleń i warsztatów.

Efekty realizacji programu to m.in. audyt wysyłanych zaproszeń na badania mammograficzne, wdrażanie badań pod kątem nosicielstwa HPV, monitoring statystyki wykonywania badań cytologicznych oraz liczby wykonywanych mammogramów, program badań przesiewowych dla wczesnego wykrywania raka jelita grubego, program doskonalenia diagnostyki i leczenia białaczek, itp.

W wyniku wdrażania tych programów zanotowano m.in.: „W Polsce w wyniku dotychczasowej realizacji Narodowego programu zwalczania chorób nowotworowych w zakresie programów profilaktycznych uzyskano zwiększającą się zgłaszalność: na badania mammograficzne z 23,37% w 2006 r. zgłaszalność wzrosła do 48,05% w 2014 r., natomiast na badania cytologiczne z 12,7% w 2006 r. do 44,40% w 2014 r.”

Mnie interesuje przede wszystkim, czy dzięki tym górnolotnie brzmiącym i kosztownym programom zmniejszył się znacząco odsetek zachorowań oraz zgonów na nowotwory, a także czy spadła liczba zgonów w wyniku powikłań spowodowanych leczeniem w porównaniu do lat poprzednich. Czy nie tego oczekiwałby każdy rozsądnie myślący Polak?

Tymczasem w uchwale Rady Ministrów z dnia 3 listopada 2015 r. w sprawie ustanowienia programu wieloletniego na lata 2016–2024 pod nazwą „Narodowy Program
Zwalczania Chorób Nowotworowych” wyraźnie czytamy:
Do przyczyn wzrostu śmiertelności można także zaliczyć (…) brak świadomości zagrożenia chorobami nowotworowymi, a w konsekwencji niechęć społeczeństwa do wykonywania badań przesiewowych (…)”. Ale przecież ci sami eksperci z dumą raportowali znaczącą poprawę statystyk zgłaszalności na badania mammograficzne z 23,37% w 2006 r. do 48,05% w 2014 r., natomiast na badania cytologiczne z 12,7% w 2006 r. do 44,40% w 2014 r. Tak więc sami sobie zaprzeczają. Natomiast fakty mówią jasno: pomimo stale zwiększającej się zgłaszalności na badania profilaktyczne, śmiertelność nowotworów w Polsce wciąż wzrasta.


A oto dotychczasowe efekty narodowego programu profilaktyki nowotworów:

 


 

stat

Wykres 1. Standaryzowane współczynniki zachorowań i liczba zachorowań na nowotwory złośliwe w Polsce w latach 1980–2012

 

 

 

 

stat2.jpg

 

Wykres 2. Umieralność na najczęstsze nowotwory złośliwe u kobiet w Polsce w latach 1965–2012

 

 

 

stat3.jpg

Wykres 3. Standaryzowane współczynniki umieralności oraz liczby zgonów z powodu nowotworów w Polsce w latach 1965–2012

 

Powyższe dane epidemiologiczne wyraźnie wskazują, że tendencje zachorowań i umieralności utrzymują się na podobnym poziomie na przestrzeni lat pomimo wdrażania programów ochronnych.

 

Francja proponuje radykalne zmiany w krajowym programie badań przesiewowych piersi w oparciu o dowody Nordic Cochrane Centre

Niedawno Francja przeprowadziła niezależny przegląd programu badań przesiewowych piersi, a Komitet Kierujący stwierdził, że program powinien zostać zakończony lub silnie zreformowany. 30 października 2017 r. trójka czołowych ekspertów badań mammograficznych, Karsten Juhl Jørgensen – wicedyrektor ośrodka Nordic Cochrane Centre, profesor Alexandra Barratt z Uniwersytetu w Sydney i profesor Philippe Autier z francuskiego International Prevention Research Institute, opublikowali na łamach Jama Internal Medicine artykuł na temat reformy badań profilaktycznych raka piersi. Publikacja ta podsumowuje proces reform we Francji, a także daje pewien wgląd w to, w jaki sposób zalecenia dotyczące mammografii różnią się w poszczególnych krajach.

http://nordic.cochrane.org/news/france-proposes-radical-changes-their-national-breast-screening-programme-based-cochrane

Co mówi materiał dowodowy? Kwestia nadrozpoznawalności w badaniach mammograficznych jest dobrze udokumentowana od wielu lat. Nordic Cochrane Centre opublikowało badanie kohortowe w 2016 roku, analizujące konsekwencje screeningu mammograficznego u duńskich kobiet. W badaniu stwierdzono, że istnieje znaczne ryzyko naddiagnozy, co uzasadnia konieczność ponownej oceny duńskiego programu badań przesiewowych piersi.

W 2013 r. zaktualizowana została również recenzja Cochrane, uwzględniona we francuskim przeglądzie, w którym ryzyko selekcji kobiet w programie badań przesiewowych było takie samo.

Ponowna ocena francuskiego krajowego programu mammograficznego jest trzecim niezależnym przeglądem badań przesiewowych piersi w Europie, a inne kraje europejskie również przeprowadzają przeglądy, w których stwierdza się, że badania przesiewowe piersi prowadzą do znacznej nadrozpoznawalności oraz że informacje dotyczące pacjentek związane z badaniami przesiewowymi piersi powinny być bardziej przejrzyste i neutralne.

Brak korzyści z badań mammograficznych

Na temat nieskuteczności badań przesiewowych pod kątem raka piersi, to tylko przypomnę, jakie są wyniki raportu z 25 lat obserwacji zachorowalności i śmiertelności raka piersi pt: „Canadian National Breast Screening Study: randomizowane badanie przesiewowe”, opublikowanego na łamach British Medical Journal w 2014 r. https://pubmedinfo.files.wordpress.com/2016/02/miller-201411.pdf

Autorzy piszą w niej m.in.: „Pod koniec okresu badań przesiewowych u kobiet wykonujących mammografię piersi było o 142 przypadków nowotworów piersi więcej, niż w grupie kontrolnej, a w piętnastym roku nadmiar wynosił 106 nowotworów. Z tego wynika, że mammografia nadmiernie zdiagnozowała 22% (106 z 484) inwazyjnych nowotworów.”

Podobne wnioski wysunął duński Nordic Cochrane Centre: http://nordic.cochrane.org/przesiewowe-badania-mammograficzne-w-kierunku-raka-piersi

Biorąc pod uwagę powyższe, nasuwa się podstawowy wniosek, iż badania diagnostyczne nowotworów nie zostały jeszcze do końca przetestowane i nie znamy sposobów ich udoskonalenia, a jednak wiele z nich stosuje się właściwie na porządku dziennym. Dodaliśmy mammograf do medycznego instrumentarium wiele lat temu, choć nie mieliśmy żadnych dowodów na jego skuteczność. Dziś już wiemy, że to kosztowny i szkodliwy fakt dokonany, który jest już głęboko zakorzeniony i za który płacimy wysoką cenę.

Pisałem o tym już jakiś czas temu:

https://pubmedinfo.wordpress.com/2016/02/14/dwadziescia-piec-lat-obserwacji-zachorowalnosci-i-smiertelnosci-raka-piersi-canadian-national-breast-screening-study-randomizowane-badania-przesiewowe/

Testy na nosicielstwo HPV

 Czy badania przesiewowe pod kątem nosicielstwa HPV są choć trochę bardziej wartościowe? Pisałem na ten temat tutaj: https://pubmedinfo.wordpress.com/2015/12/25/wirusy-jako-przyczyny-nowotworow/ . Przytoczę tylko fragment pracy prof. Petera Duesberga z Berkeley University pt: Latent Viruses and Mutated Oncogenes: No Evidence for Pathogenicity”.

Autor przytacza kolejne argumenty burzące misternie budowaną teorię HPV = rak szyjki macicy, wyliczając, że:

1) Ponieważ nowotwory pojawiają się dopiero 20-50 lat po zakażeniu, współpraca między HPV i mutacjami nie może być wystarczająca do kancerogenezy.

2) Ponieważ HPV, tak jak wszystkie małe wirusy DNA potrzebuje wszystkie z 8 kb celem replikacji, stłumienie jednego lub więcej białek HPV przez normalne geny komórkowe skutecznie hamuje replikację wirusów w zdrowych komórkach. Odwrotnie, jeżeli proteiny wirusowej transformacji nie zostały stłumione przez normalne komórki, to komórki brodawkowe replikujące wirus powinny stać się onkogenne, ponieważ wszystkie geny wirusowe są wysoko ekspresyjne w replikacji wirusa

3) Klonalność przypadków raka szyjki macicy wyklucza hipotezę, iż białka HPV neutralizują białka i geny supresorowe nowotworu i neutralizacja ta ma powodować kancerogenezę

4) Brak spójnych sekwencji DNA HPV oraz konsekwentnej ekspresji genu HPV w guzach HPV DNA -pozytywnych jest niezgodne z hipotezą HPV zur Hausena i Howleya i wskazuje, iż HPV nie jest konieczne dla podtrzymania raka szyjki macicy.

5) Obecność HPV u nie więcej, niż 67% u kobiet w dopasowanej grupie wiekowej z rakiem szyjki macicy wskazuje, iż obecność HPV nie jest potrzebna do wystąpienia raka szyjki macicy

6) Hipoteza HPV = rak również nie wyjaśnia obecności klonalnych anomalii chromosomowych – chyba, że ktoś przedstawia dodatkowe dziwaczne założenie, iż tylko komórki z wcześniej istniejącymi zaburzeniami chromosomów ulegają transformacji przez HPV.

7) Brak jest wenerycznego odpowiednika nowotworu u mężczyzn

Z powyższych faktów wynika, iż HPV nie bierze udziału w kancerogenezie szyjki macicy i że test na HPV może być tak naprawdę szkodliwy, biorąc pod uwagę fakt, iż pozytywny jego wynik wywołuje niepokój u wierzących w hipotezę wirus-rak (schorzenia jatrogenne).

Źródło tu: http://www.duesberg.com/papers/ch5.html

 Nie wspomnę już o nasilonej kampanii marketingowej na rzecz wdrażania tzw. szczepień przeciwko HPV, określanych jako chroniące przed rakiem szyjki macicy. Cała ta historia ze szczepionkami przeciwnowotworowymi zakrawa moim zdaniem na oszustwo naukowe i powinna być rozpatrywana jedynie w kategoriach kryminalnych.

Problem z testami przesiewowymi prostaty, czyli czasem lepiej nie wiedzieć o raku

Jak pisze na łamach New York Times prof. Richard J. Ablin, odkrywca antygenu specyficznego prostaty – PSA: „Badanie pod kątem obecności antygenu jest obecnie najczęściej stosowanym narzędziem w badaniach przesiewowych prostaty. Pojawia się jednak coraz większa obawa, czy użycie testu PSA nie doprowadziło do nadinterpretacji i nadmiernego leczenia, z milionami niepotrzebnych operacji, powikłań i zgonów.”

Problem with prostate screening

W 2011 roku wpływowa grupa zadaniowa Stanów Zjednoczonych ds. prewencji stwierdziła, że szeroko stosowany badanie przesiewowe na antygen PSA (raka prostaty) nie ratuje życia i powoduje ogromne szkody. Stwierdzono również, że większość kobiet powinna wykonywać badania cytotoksyczne raka szyjki macicy nie częściej, niż co trzy lata, a nie jak do tej pory co roku.
Co się zmieniło?

Odpowiedź w przeważającej części jest taka, że mamy dużo więcej dostępnych danych. Zakończyły się nowe badania kliniczne, podobnie jak analizy innych rodzajów danych medycznych. Badacze bardziej rygorystycznie niż kiedykolwiek przeanalizowali ryzyko i koszty badań przesiewowych.

Dwie ostatnie próby kliniczne badań przesiewowych w kierunku raka gruczołu krokowego podają w wątpliwość, czy wiele istnień ludzkich – lub jakiekolwiek – zostało uratowanych. Dowiedzieliśmy się też, że badania przesiewowe [prostaty] często prowadzą do trwałego okaleczenia mężczyzn, u których nowotwór pozostałby nieszkodliwy.

Specjaliści od nowotworów twierdzą, że nie mogą zignorować rosnących lawinowo dowodów z ostatnich 10 lat, pokazujących w kółko, że chociaż wczesne wykrycie dzięki powszechnym badaniom może pomóc w niektórych przypadkach, liczba tych przypadków jest niewielka dla większości nowotworów. Jednocześnie badania w bardziej przejrzysty sposób definiują szkody wynikające z badań przesiewowych. „Badanie przesiewowe jest zawsze obosiecznym mieczem” – powiedział dr Otis Brawley, Chief Medical Officer American Cancer Society. „Musimy być bardziej ostrożni w naszym poparciu dla tych testów przesiewowych.”

Ale te pojęcia są dla wielu trudne do przełknięcia. Specjaliści, tacy jak urolodzy, radiolodzy i onkolodzy, którzy widzą pacjentów chorych i umierających na raka, często opierają się pomysłowi przeprowadzenia mniejszej liczby badań przesiewowych. Lekarze ogólni, którzy mogą zgodzić się z nowymi wytycznymi, martwią się o to, że spędzą długie godziny na rozmowach z pacjentami próbującymi wyjaśnić, dlaczego powinni ponownie rozważyć sens robienia badań mammograficznych każdego roku lub test PSA w ogóle.

Niektórzy lekarze obawiają się pozwów, jeśli nie zlecą badania przesiewowego, a u pacjenta rozwinie się śmiertelny rak. Pacjenci często mówią, że będą ryzykowali, jeśli test uratuje ich życie.

Dr H. Gilbert Welch z Dartmouth Medical School stwierdził wprost: „Baliśmy się powiedzieć dokładnie to, co myśleliśmy ze strachu, że wydamy się zbyt szaleni.” Łatwo było zdobyć finansowanie na badanie korzyści wynikających z badań przesiewowych, dodał, ale badanie, które dotyczyło szkód, „było zbyt odległe od naszej kultury.”

Ale nie tym razem, powiedział.

I wraz z tą zmianą pojawiło się nowe spojrzenie na badania przesiewowe.

„Już nie jest kwestia tego: czy możesz wykryć raka?” Powiedział dr Brawley. „Teraz zadajesz sobie pytanie, czy potrafisz wykryć nowotwór i czy znalezienie nowotworu prowadzi do spadku wskaźnika śmiertelności?”

Następnie pojawia się nowy nacisk na koszty.

Na przykład w bieżącym wydaniu The New England Journal of Medicine znalazł się artykuł dwóch specjalistów od raka gruczołu krokowego, którzy piszą, że wyniki jednego z ostatnich badań zakończyły się następującą konkluzją: wydano 5,2 mln dolarów na screening pacjentów, aby zapobiec jednej śmierci związanej z rakiem prostaty. Dodajmy do tej liczby pieniądze przeznaczone na autorów badania, dr. Allana S. Bretta z University of South Carolina School of Medicine i Richarda J. Ablin z University of Arizona. Prawdziwy koszt jest niewątpliwie jeszcze większy.

Jak zauważają eksperci medyczni, wiele osób, w tym lekarzy, jest zdezorientowanych zmieniającym się przekazem, co jest zrozumiałe.

Po części lekarze i pacjenci utknęli w pewnego rodzaju zakrzywieniu nowotworowej czasoprzestrzeni. Choroba została określona w 1845 roku przez niemieckiego lekarza Rudolfa Virchowa, który przyglądał się nowotworom pobranym podczas autopsji i stwierdził, że rak jest niekontrolowanym wzrostem, który rozprzestrzenia się i zabija. Ale oczywiście patrzył tylko na nowotwory, które prawdopodobnie były przyczyną śmierci. Nigdy nie widział innych.

„Masz te wszystkie korzyści [ze screeningu]. Wpojono Ci z mlekiem matki, że sposobem na radzenie sobie z rakiem jest wczesne odnalezienie go i wycięcie.” – mówi dr Brawley.

Teraz wycofujemy się z tego” . W ostatnich latach naukowcy odkryli, że wiele, jeśli nie większość, nowotworów jest niestabilnych. Rosną bardzo powoli lub przestają rosnąć w ogóle. Niektóre nawet cofają się i nie trzeba ich leczyć – są nieszkodliwe.

„Przechodzimy od definicji raka z 1845 r. Do definicji raka w XXI wieku” – powiedział dr Brawley. Zauważa też, że coraz więcej osób zaczyna rozumieć ograniczenia związane z badaniami przesiewowymi i związane z nimi ryzyko. Zmiana jest jednak powolna w obliczu intensywnej promocji takich badań przez praktyki medyczne, szpitale i lobbistów oraz lata nieporozumień dotyczących korzyści i związanego z nimi ryzyka.

Cancer Screening should be stopped

Demontaż wirusowej teorii chorób

F1.large.jpg

Wirusy – zabójcze mini-potwory?

Skrzywione pojmowanie bakterii i grzybów oraz ich funkcji przy nieprawidłowych procesach ukształtowało nastawienie wobec wirusów. Końcem XIX w., gdy teoria mikrobów urosła do rangi bezspornej medycznej wykładni, praktycznie nikt nie potrafił wykryć wirusów. Ich średnica, to zaledwie 20 – 450 nanometrów (miliardowych części metra) i w związku z tym są o wiele mniejsze, niż bakterie czy grzyby – tak maleńkie, że można je dostrzec jedynie pod mikroskopem elektronowym. A pierwsze takie urządzenie zbudowano dopiero w 1931 r. Z drugiej strony bakterie i grzyby można obserwować zwyczajnym mikroskopem świetlnym, którego pierwowzór już w XVII w. skonstruował holenderski uczony Antoni van Leeuwenhoek (1632 – 1723).

Pasterianie” już w XIX w używali określenia „wirus”, lecz odnosiło się ono do łacińskiego zwrotu „virus” (oznaczającego truciznę) dla opisywania organicznych struktur, których nie można było zaklasyfikować jako bakterii. Było to idealnym wpasowaniem się w koncepcję wroga: jeśli nie można znaleźć bakterii, wówczas jakaś inna pojedyncza przyczyna musi odpowiadać za chorobę.

Wiele sprzeczności narosło w związku z teorią o śmiertelnie groźnych wirusach, co zostało ukazane przy epidemii ospy prawdziwej, którą nawet dziś ludzie chętnie wykorzystują do wzniecania epidemicznej paniki. Lecz czy tzw. czarna ospa (ospa prawdziwa) rzeczywiście była epidemią wirusową, którą przezwyciężono dzięki szczepieniom? „Historycy medycyny wątpią w to,” pisze dziennikarz Neil Miller w swojej książce Vaccines: Are They Really Safe & Effective? (Szczepionki: Czy Rzeczywiście Są Bezpieczne i Skuteczne?) „Nie tylko nie było szczepionek na szkarlatynę ale i na czarną śmierć, a mimo to choroby te zaniknęły same.”

Na przykład w Anglii, przed wprowadzeniem obowiązkowych szczepień w 1953 r. dwoje ludzi na 10.000 mieszkańców umierało rocznie na ospę. Ale na początku lat 70. XIX w. niemal 20 lat po wprowadzeniu szczepień, dzięki którym osiągnięto 98% zaszczepialność, w Anglii odnotowywano rocznie 10 przypadków śmiertelnych na 10.000 mieszkańców; pięć razy więcej, niż przedtem. „Epidemia ospy prawdziwej osiągnęła szczyt po wprowadzeniu szczepień,” podsumowuje William Farr, który w Londynie odpowiedzialny był za sporządzanie statystyk.

Aby ukryć fakt nieskuteczności  szczepień, po ich wprowadzeniu uciekano się do procederu (który trwa do dziś) zmiany definicji choroby oraz manipulacji statystykami. Jak pisał George Bernard Shaw: „Podczas ostatniej znacznej epidemii na przełomie wieków byłem członkiem Komisji Zdrowia w London Borough Council i dowiedziałem się, jak wiarę w skuteczność szczepień podtrzymuje się za pomocą statystyk, poprzez diagnozowanie wszystkich uprzednio zaszczepionych przypadków (ospy) jako egzemę krostkową, ospę varioloid lub cokolwiek – z wyjątkiem ospy prawdziwej.”

Z ortodoksyjnego punktu widzenia, obraz Filipin był nie mniej kontrowersyjny: na początku XX wieku wyspy doświadczyły najgorszą epidemię czarnej ospy, pomimo że wyszczepialność była poziomie niemal 100%. Natomiast w 1928 r. w w British Medical Journal ostatecznie opublikowano dokument ujawniający, że ryzyko zgonu w ospę był pięć razy wyższy u uprzednio zaszczepionych, niż u niezaszczepionych.

W Niemczech statystyki śmiertelności na ospę prawdziwą zbierane są od 1816 r. Do końca lat 60. XIX w. notowano rocznie około 6.000 zgonów na ospę. W latach 1870 – 1871 liczba ofiar nagle skoczyła 14-krotnie do niemal 85.000. Co się wydarzyło? Szalała wojna francusko-pruska, a francuscy jeńcy wojenni przetrzymywani byli w niemieckich obozach w niezwykle nędznych warunkach, kiepsko odżywiani. Rezultatem tego liczba przypadków ospy w obozach rosła wykładniczo, pomimo iż wszyscy żołnierze Francji i Prus zostali zaszczepieni przeciwko ospie prawdziwej. Niemcy, którzy sami cierpieli w wyniku wojny, również zostali zaatakowani chorobą, choć część z nich również była wcześniej zaszczepiona.

Gdy bezpośrednio po wojnie rozwiązano obozy, liczba śmiertelnych przypadków ospy znacząco spadła. Trzy lata później, w 1874 r., w Prusach zanotowano jedynie 3.345 zgonów na ospę w ciągu roku. Obecnie panująca medycyna mówi, że spadek ten związany był z Reichsimpfgesetz, prawem, które pośród innych kwestii przewidywało, że każde dziecko musi zostać zaszczepione „przed końcem następnego kalendarzowego roku po urodzeniu.” Lecz faktycznie prawo to zaczęło funkcjonować w 1875 r., kiedy popłoch przed ospą już dawno minął. „Poprawił się wówczas stan higieny, wdrażano zdobycze cywilizacyjne i technologiczne, co spowodowało spadek zachorowań i zgonów” – pisał lekarz Gerhard Buchwald.

Gdyby rzeczywiście przyczyną tzw. epidemii były szalejące wirusy z ich możliwościami mutacji, przebiegłością i złośliwością, jak przedstawiają je media i ludowe przekazy, nikogo z nas nie byłoby już dawno na tym świecie.

Główny nurt badań nad wirusami i medycyna zakładają zwyczajnie, że wirusy są „zakaźnymi” patogenami, które aktywnie, niczym pasożyty rozprzestrzeniają się w komórkach (z pomocą enzymów i innych elementów komórek) oraz multiplikują się, ostatecznie atakując, a czasem zabijając komórki. Albo jak jedna z gazet przedstawia typowo sensacyjnym tonem: „Wirusy są najbardziej przebiegłymi na Ziemi czynnikami zakaźnymi; atakują zwierzęta i ludzi, opanowując ich komórki.”

Jak piszą autorzy książki „Virus Mania” – Torsten Engelbrecht i Claus Köhnlein: „Jakby przerażająco to nie brzmiało, brak jest naukowego poparcia dla takiego twierdzenia. Aby je zaakceptować, musi zostać udowodnione istnienie tych tzw. „wirusów zabójców”. I tu właśnie jest pies pogrzebany. Nigdy nie przedstawiono konsekwentnych, istotnych z punktu widzenia naukowego dowodów, pomimo że wystarczy wziąć próbkę krwi pacjenta i bezpośrednią z niej wyizolować jednego z tych wirusów w czystej formie z ich kompletnym materiałem genetycznym (genomem) oraz wirusową otoczką oraz sfotografowanie go pod mikroskopem elektronowym.”

Lecz tych krytycznych pierwszych kroków nigdy nie podjęto wobec H5N1, tzw. wirusa wzw (tzw. wirusowego zapalenia wątroby), HIV czy popularnych ostatnio: Ebola, MERS, Zika oraz wielu innych cząstek, które oficjalnie nazywa się wirusami i przedstawia jako atakujące nas szalone bestie.

W tym kontekście ważnym aspektem jest fakt, że jakiś czas temu nauka o wirusach głównego nurtu zeszła ze ścieżki bezpośredniej obserwacji natury, a zamiast tego zdecydowała się pójść drogą tzw. pośredniego „udowadniania” za pomocą procedur typu testy przeciwciał lub PCR.

Test przeciwciał dowodzi jedynie istnienie przeciwciał – a nie wirusa – czy też samych cząsteczek, na które ów test ma reagować. Oznacza to, że jeżeli wirus lub cząsteczka komórkowa (antygen) nie zostały jednoznacznie zdefiniowane, nikt nie może powiedzieć, na co te testy przeciwciał reagują. Tym samym, używając żargonu medycznego, są one „niespecyficzne”.

Nie inaczej jest z testami PCR (reakcji łańcuchowej polimerazy), których używa się do prześledzenia sekwencji genetycznych, małych fragmentów genetycznych, a następnie powielania ich w milionach razy. Tak, jak z testami przeciwciał, PCR prawdopodobnie ma znaczenie, ponieważ ukazuje pewien rodzaj reakcji immunologicznej (jak nazywa się to techniczną terminologią) w organizmie; albo, nazywając to bardziej neutralnie, pewien rodzaj zakłócenia albo aktywności na poziomie komórkowym. Ale za pomocą PCR nie można udowodnić istnienia wirusa (przy jego nieokreślonej charakterystyce) ani trochę bardziej, niż za pomocą prostego testu przeciwciał. I tu również dlatego, że nie przeprowadzono dokładnego opisu wirusa.

Pod kątem genetyki, te krótkie kawałki, które znajdujemy przy użyciu PCR nie są kompletne i nawet nie spełniają definicji genu (uważa się, że w ludzkim genomie jest 20 – 25 tys. genów kodujących białka). Pomimo tego, twierdzi się, że „sklejone razem” przedstawiają kompletny materiał genetyczny danego wirusa. Lecz nikt nie zaprezentował dokumentu pokazującego elektronowy mikrograf (EM) tego tzw. odtworzonego wirusa.

Nawet jeśli naukowcy zakładają, że cząsteczki odkryte w laboratorium (antygeny i fragmenty genów) są wspomnianymi wirusami, stąd jeszcze daleka droga do udowodnienia, że wirusy te są przyczyną danej choroby, zwłaszcza, gdy testowani pacjenci lub zwierzęta nie są nawet chorzy, co często ma miejsce. Postawić tu należy kolejne ważne pytanie: nawet jeśli domniemany wirus rzeczywiście zabija komórki w próbówce (in vitro) albo powoduje śmierć zarodka jaja kurzego w hodowli, czy możemy śmiało stwierdzić, że te wyniki można przenieść na żywy organizm (in vivo)? Wiele problemów stoi w sprzeczności z tą teorią, jak na przykład fakt, iż fragmenty cząsteczek nazywanych wirusami, pochodzącymi z hodowli komórkowych (in vitro), mogą być zdegenerowane genetycznie z powodu bombardowania ich przez dodatki chemiczne, jak czynniki wzrostu lub substancje będące silnymi utleniaczami. 

W 1995 r. niemiecki tygodnik Der Spiegel zagłębił się w ten problem (magazyn ten zazwyczaj przestawia jedynie ortodoksyjne relacje na temat wirusów), cytując badacza Martina Markovitza z Aaron Diamond AIDS Research Center z siedzibą w Nowym Jorku: „Naukowiec masakruje tymi truciznami swoje zainfekowane wirusami hodowle komórkowe na wszystkie możliwe do wyobrażenia kombinacje, aby przetestować, która z tych toksyn najefektywniej zabija wirusy. ‚Oczywiście nie wiemy, jak daleko zaprowadzi nas takie porównanie wyników z próbówek’, mówi Markovitz. ‚To co ma ostateczne znaczenie, to pacjent.’ Jego doświadczenie w pracy klinicznej nauczyło go rozróżniać próbówkę od łóżka chorego. Jest on bardziej świadom, niż większość badaczy AIDS, jak niewiele wspólnego ma zachowanie wirusowych hodowli komórek macierzystych w inkubatorach z tymi, które wzrastają naturalnie w sieci hormonów, przeciwciał, fagocytów i limfocytów T układu odpornościowego żyjącej osoby.” Andreas Meyerhans z Instytutu Pasteura w Paryżu używa zwrotu: „Hodować (komórki) znaczy zakłócać,” co w zasadzie oznacza, że wyniki otrzymane in vitro jedynie wprowadzają w błąd.

Medycyna głównego nurtu próbuje przedstawiać patogenność (zdolność do wywoływania chorób) cząstek określanych jako wirusy poprzez eksperymenty, które już bardziej tajemnicze być nie mogą. Na przykład podłoża testowe wstrzykiwano bezpośrednio do mózgu zwierząt laboratoryjnych. Taką procedurę stosowano na przykład przy BSE i polio; i nawet sławny Louis Pasteur używał tej metody w swych eksperymentach nad wścieklizną, w trakcie których wstrzykiwał chorą tkankę mózgową do mózgu psa.

https://pubmedinfo.wordpress.com/2017/09/17/wscieklizna-historia-naukowego-oszustwa/

Dlaczego nie założyć, że wirus lub to, co nazywamy wirusem, jest symptomem, tzn. rezultatem choroby? Nauczanie medyczne okopało się w stworzonym przez Pasteura i Kocha wizerunku wroga i zaniedbało kontynuację myśli, że komórki ludzkie mogą same inicjować wytwarzanie wirusa, na przykład w reakcji na czynniki stresogenne. Eksperci odkryli to dawno temu i mówią o „wirusach endogennych” – cząsteczkach, które formowane są wewnątrz organizmu przez same komórki.

Pod tym kontekstem praca badawcza genetyk Barbary McClintock jest kamieniem milowym. W swojej pracy z 1983 r., nagrodzonej Noblem, raportuje, że materiał genetyczny istot żywych potrafi się wciąż zmieniać, dotknięty „wstrząsami”. Owymi wstrząsami mogą być toksyny, ale też inne substancje, które generują stres w próbówce. To z kolei może prowadzić do formowania się nowych sekwencji genetycznych, których wcześniej nie można było zweryfikować (in vivo oraz in vitro).

Już wiele lat temu naukowcy zaobserwowali, że toksyny w organizmie mogą inicjować reakcje fizjologiczne, jednak dzisiejsza medycyna patrzy na to tylko z perspektywy egzogennych (zewnętrznych) wirusów. W 1954 r. naukowiec Ralph Scobey donosił w czasopiśmie Archives of Pediatrics (Archiwa Pediatrii), że opryszczka zwykła rozwijała się po podaniu szczepionki, piciu mleka, bądź spożyciu pewnych artykułów spożywczych; tymczasem półpasiec pojawiał się po spożyciu, bądź wstrzyknięciu metali ciężkich, jak arsen i bizmut albo alkoholu.

Można sobie także wyobrazić, jak toksyczne specyfiki takie, jak poppersy, narkotyki powszechnie używane przez homoseksualistów, bądź leki immunosupresyjne, jak antybiotyki i preparaty antywirusowe mogą wywoływać coś, co nazywamy stresem oksydacyjnym, co znaczy, że zdolność krwi do transportu tlenu, tak ważnego dla życia i przetrwania komórek jest zagrożona. W tym czasie, wytwarzane są tlenki azotu, które mogą poważnie uszkadzać komórki. Rezultatem tego „wzniecona zostaje” produkcja przeciwciał, czego konsekwencją z kolei jest pozytywny wynik testu przeciwciał. Powoduje to także wytwarzanie nowych sekwencji genetycznych, które są potem wykrywane testem PCR. I proszę zauważyć, iż wszystko to odbywa się bez udziału patogennego wirusa, który atakuje nas z zewnątrz.

Lecz uprzywilejowana medycyna potępia takie myślenie jako herezję. Dokładnie tak, jak ortodoksi od dekad zwalczali koncepcję „skaczących genów” Barbary McClintock, ponieważ nie chcieli wypuścić z rąk swojego modelu – dogmatu całkowicie stabilnej ramy genetycznej.

Demontaż wirusowej teorii chorób na przykładzie „wirusa odry”

Jak pisze biolog i wirusolog dr Stefan Lanka na łamach WissenschaftPlus, naukowcy muszą kwestionować wszystko, a zwłaszcza to, co kochają najbardziej, tj. własne odkrycia i idee. Ta podstawowa zasada badań naukowych pomaga uniknąć błędów i ujawnia te, które już istnieją. My wszyscy również powinniśmy kwestionować status quo, w przeciwnym razie żylibyśmy w dyktaturze. Ponadto nauka nie może być ograniczana do wybranej liczby instytucji i ekspertów. Nauka może i musi być uprawiana przez każdego, kto ma niezbędną wiedzę i odpowiednie metody.

Nauka może być uznana za naukę tylko wtedy, gdy jej twierdzenia są weryfikowalne, odtwarzalne i przewidywalne. Nauka potrzebuje zewnętrznej kontroli, ponieważ, jak zobaczymy, od jakiegoś czasu część nauk medycznych utraciła kontakt z rzeczywistością. 

Geneza pomysłu

Obecne pojęcie wirusa opiera się na starożytnych koncepcjach, że wszystkie choroby miały być wywoływane przez trucizny („toksyny”) i że ludzie mogą wrócić do zdrowia wytwarzając „antytoksyny” jako „antidotum”. W rzeczywistości niewiele chorób wywoływanych jest przez trucizny. Drugi pomysł, że organizm może wyzdrowieć poprzez wytworzenie lub dostarczenie „antidotum”, narodził się, gdy zaobserwowano, że ludzie mogą przeżyć większe dawki trucizny (jak choćby alkohol), gdy ich organizm wytrenuje się w neutralizacji danej toksyny poprzez spożywanie powoli rosnących jej ilości. Jednak w rzeczywistości nie ma czegoś takiego, jak antidotum. Zamiast tego organizm produkuje enzymy, które neutralizują i eliminują trucizny (np. alkohol).

W 1858 r. Rudof Virchow, twórca współczesnej medycyny, splagiatował wyniki prac innych naukowców, tłumiąc ich zasadnicze odkrycia. Tym samym narodziły się i zostały narzucone jako dogmat fałszywe poglądy na temat przyczyn chorób. W rzeczywistości poglądy te obowiązują do dziś. Zgodnie z tym dogmatem wszystkie choroby mają mieć swój początek w komórce. Patologia komórkowa Virchowa ponownie wprowadziła do medycyny starożytną i obaloną doktrynę humoralną i mówiła, że choroby rozwijają się z patogennych trucizn (w języku łacińskim: virus).

Poszukiwanie tych patogennych trucizn pozostaje po dziś dzień bezowocne, jednak kiedy odkryto bakterie, założono, że produkują one patogenne toksyny. To przypuszczenie, zwane „teorią zarazków”, zostało natychmiast zaakceptowane i wciąż jest bardzo skuteczne utrwalane. Teoria ta na tyle mocno zakorzeniła się w powszechnej świadomości, że większość ludzi wciąż nie jest świadoma faktu, iż tzw. toksyn bakteryjnych, które w rzeczywistości są zwyczajnymi enzymami, nie znajdziemy w organizmie człowieka, a jeśli nawet, to nigdy nie pojawiają się w takiej ilości, aby stać się niebezpiecznymi.

Następnie odkryto, że kiedy bakterie powoli zaczynają umierać, tworzą maleńkie, pozornie martwe formy przetrwania, tak zwane przetrwalniki. Podejrzewano wówczas, że są one toksyczne i uznano je za tak zwane patogeny chorobotwórcze. Koncepcja ta została potem odrzucona, ponieważ zarodniki szybko rozwijają się w bakterie, gdy przywracane są ich zasoby życiowe. Kiedy naukowcy z laboratorium zauważyli, że słabe, wysoce wsobne szczepy bakterii ginęły bardzo szybko, przechodząc w znacznie mniejsze struktury niż przetrwalniki, początkowo sądzono, że bakterie zostały zabite przez rzekome chorobotwórcze trucizny, zwane wirusami, i że wirusy w ten sposób replikowały się.

Ze względu na przekonanie, że te struktury, których w chwili odkrycia, wciąż nie udało się zaobserwować, zabijają bakterie, nazwano je fagami / bakteriofagami – „zjadaczami bakterii”. Dopiero później ustalono, że tylko bakterie z wysoce wsobnych hodowli i dlatego prawie niezdolne do życia albo bakterie, które giną na tyle szybko, że nie mają czasu na tworzenie przetrwalników mogą przekształcić się w fagi.

Wprowadzenie mikroskopii elektronowej doprowadziło do odkrycia struktur powstałych w wyniku transformacji bakterii, gdy te nagle umierały lub kiedy metabolizm wysoce wsobnych mikroorganizmów został przytłoczony przez procesy wywołane poprzez dodanie „fagów”. Odkryto również, że istnieją setki typów „fagów” o odmiennym wyglądzie. Stwierdzenie istnienia fagów, tzw. „wirusów” bakteryjnych, wzmocniło błędne założenie i przekonanie, że istnieją wirusy ludzkie i zwierzęce, które wyglądają tak samo i mają taką samą strukturę. Tak jednak nie jest i nie może być z kilku różnych powodów.

Po wprowadzeniu technik badań chemicznych w biologii odkryto, że istnieją tysiące rodzajów fagów i że fagi jednego rodzaju zawsze mają taką samą strukturę. Składają się z określonej cząsteczki zbudowanej z kwasu nukleinowego, która jest pokryta powłoką białek o danej liczbie i składzie. Dopiero później odkryto, że jedynie bakterie, które były wysoce wsobne w probówce, mogłyby same przekształcić się w fagi, przez kontakt z fagami, ale nigdy nie dotyczyły naturalnych bakterii, które właśnie zostały wyizolowane z ich naturalnego środowiska.
W procesie tym odkryto, że owe „wirusy bakteryjne” faktycznie służą dostarczaniu innym bakteriom ważnych molekuł i białek i że same bakterie powstały z takich struktur.

Zanim można było ustalić, że „wirusy bakteryjne” nie mogą zabijać naturalnych bakterii, ale zamiast tego pomagają im żyć i że same bakterie wyłaniają się z owych struktur, „fagi” te były już wykorzystywane jako modele rzekomych wirusów ludzkich i zwierzęcych. Założono, że wirusy ludzkie i zwierzęce wyglądają jak „fagi”, rzekomo zabijają komórki, a tym samym powodują choroby, a jednocześnie wytwarzają nowe toksyny chorobowe i w ten sposób przenoszą choroby. Do chwili obecnej wiele nowych lub pozornie nowych chorób przypisano wirusom, jeśli ich etiologia jest nieznana lub nie została potwierdzona. Odruch ten znalazł wyraźne potwierdzenie w odkryciu „wirusów bakteryjnych”.

Ważne jest, aby zauważyć, że teorie walki i infekcji zostały zaakceptowane i wysoko ocenione przez większość specjalistów tylko wtedy, gdy kraje lub regiony, w których oni żyli, również cierpiały z powodu wojny i przeciwności losu. W czasach pokoju w świecie nauki dominowały inne pojęcia. Bardzo ważne jest, aby zauważyć, że teoria infekcji – poczynając od Niemiec – została zglobalizowana jedynie przez III Rzeszę, kiedy żydowscy badacze, którzy w większości sprzeciwiali się politycznie eksploatowanym teoriom i odrzucili je, zostali usunięci ze swoich stanowisk.

Wykrywanie fagów

Istnienie fagów można szybko udowodnić.

Pierwszy krok: ich obecność potwierdzona jest przez efekt, czyli przekształcenie bakterii w fagi, a także obserwacji fagów za pomocą mikroskopu elektronowego. Eksperymenty kontrolne pokazują, że fagi nie pojawiają się, jeśli bakterie się nie zmieniają, bądź losowo zaczynają rozkładać się z powodu zewnętrznej nagłej anihilacji (bez tworzenia fagów).

Drugi krok: ciecz zawierająca fagi jest zagęszczana i dodawana do innej cieczy, która będzie mieć dużą gęstość na dnie probówki i niską u góry probówki. Następnie probówkę z fagami silnie wiruje się (odwirowuje) i wszystkie cząstki gromadzą się według masy do miejsca właściwego dla ich gęstości. Gęstość jest stosunkiem masy (masy) na jednostkę objętości, wyrażonej odpowiednio jako kg/l lub g/ml. Właśnie dlatego ten etap koncentracji i oczyszczania cząstek o tej samej gęstości nazywamy wirowaniem w gradiencie gęstości.

Warstwa, w której gromadzi się wiele cząstek o tej samej gęstości, staje się „mętna” i nazywa się ją „pasmem”. Ten etap jest dokumentowany, a następnie cząstki zagęszczane, oczyszczane i sedymentowane w „paśmie” pobierane są za pomocą igły ze strzykawką. Wyekstrahowana skoncentrowana ilość cząstek nazywana jest izolatem. Szybka i prosta mikrofotografia elektronowa potwierdza obecność fagów w izolacie, który jednocześnie będzie wskazywał na czystość izolatu, jeśli na mikrografie nie będą widoczne żadne inne cząstki oprócz fagów. Wygląd i średnica fagów również są ustalane za pomocą tej mikrofotografii. Eksperyment kontrolny przeprowadzony dla tego etapu polega na traktowaniu i odwirowaniu cieczy z bakterii, które nie wytworzyły żadnego faga, gdzie na końcu procedury nie pojawiają się fagi.

Po etapie skutecznego izolowania fagów następuje decydująca charakterystyka biochemiczna fagów. Charakterystyka ich składu jest niezbędna do identyfikacji określonego rodzaju faga, ponieważ różne typy fagów często wydają się podobne. Izolat uzyskany poprzez wirowanie w gradiencie gęstości dzieli się teraz na dwie części. Jedna część służy do określenia wielkości, rodzaju i składu kwasu nukleinowego; w oddzielnej procedurze druga część służy do określenia ilości, wielkości i morfologii białek fagów. Od lat 70. testy te są prostymi standardowymi technikami, których uczy się każdy student biologii na pierwszych semestrach.

Testy takie przedstawiają biochemiczną charakterystykę fagów. Niemal w każdym przypadku wyniki te były i są publikowane tylko w jednej publikacji, ponieważ fag ma bardzo prostą strukturę, która jest bardzo łatwa do analizy. Eksperymenty kontrolne do tych testów wykorzystują ciecz z bakterii, które nie tworzą fagów, a zatem nie mogą stanowić żadnego dowodu biochemicznego. W ten sposób wykazane zostało naukowo istnienie około dwóch tysięcy różnych rodzajów fagów.

O rzekomym dowodzie na patogenne wirusy

„Bakteriofagi”, prawidłowo zdefiniowane jako niekompletne mini przetrwalniki i bloki budulcowe bakterii, zostały naukowo wyizolowane, podczas gdy rzekome chorobotwórcze wirusy nigdy nie były obserwowane u ludzi lub zwierząt, bądź w ich płynach ustrojowych i nigdy nie zostały wyizolowane, a następnie analizowane biochemicznie. Do chwili obecnej żaden z naukowców zaangażowanych w tego rodzaju pracę nie zdawał sobie z tego sprawy.

Użycie mikroskopu elektronowego i biochemia powoli stawały się normą po 1945 r. I nikt nie zdawał sobie sprawy, że nigdy nie wyizolowano żadnego patogennego wirusa u ludzi lub zwierząt. Dlatego też od 1949 r. naukowcy zaczęli stosować tę samą koncepcję, co fagi (bakteryjne), aby replikować ludzkie i zwierzęce „wirusy”. John Franklin Enders, urodzony w 1897 r. w rodzinie bogatego finansisty, po ukończeniu studiów działał w różnych bractwach, następnie pracował jako agent nieruchomości i przez cztery lata uczył się języków obcych, po czym przeszedł do wirusologii bakteryjnej, która zafascynowała go.

Następnie zwyczajnie przetransferował pomysły i koncepcje, których nauczył się w tej dziedzinie badań na rzekome patogenne wirusy u ludzi. Swoimi nienaukowymi eksperymentami i interpretacjami, których nigdy nie potwierdził poprzez negatywne kontrole, Enders poprowadził całą „wirusową” medycynę zakaźną do ślepego zaułka. Ważne jest, aby zauważyć w tym miejscu, że Enders, podobnie jak wielu specjalistów w zakresie chorób zakaźnych, pracował dla amerykańskich sił zbrojnych, które zawsze były i nadal są głównym źródłem strachu przed zarażeniem. To przede wszystkim amerykańskie wojsko rozpowszechniało fałszywe przekonanie, że oprócz broni chemicznej istniała także broń biologiczna w postaci bakterii i wirusów.

W 1949 r. Enders ogłosił, że udało mu się hodować i rozmnażać rzekomego wirusa polio in vitro na różnych tkankach. Amerykańskie grono ekspertów natychmiast to zaakceptowało. Wszystko, co zrobił Enders, to dodanie płynów ustrojowych od pacjentów z chorobą Heinego-Medina do hodowli tkankowych, które, jak twierdził, poddane zostały sterylizacji. Utrzymywał, że komórki umierały w związku z działaniem wirusa, tzn. że w ten sposób wirus replikował się i że z odpowiedniej kultury można było pobrać materiał na szczepionkę. W tym czasie letnie epidemie polio (polio = porażenie wiotkie) były bardzo częste latem i uważano, że są spowodowane przez wirusy polio. Szczepionka miała pomóc w zwalczeniu rzekomego wirusa. Po wprowadzeniu szczepień przeciwko polio symptomy zostały ponownie zdiagnozowane między innymi jako stwardnienie rozsiane, ostre porażenie wiotkie, aseptyczne zapalenie opon mózgowych itp. Następnie polio zostało uznane za wytępione.

Podczas swoich eksperymentów Enders i in. wyjałowili kultury tkankowe, aby wykluczyć możliwość zabicia komórek przez bakterie. Nie wzięli pod uwagę faktu, że sterylizacja i obróbka kultury komórkowej podczas przygotowywania jej do rzekomej infekcji były dokładnie tym, co zabijało komórki. Zamiast tego zinterpretowali efekty cytopatyczne jako istnienie i działanie wirusów polio, nigdy nie izolując pojedynczego wirusa i nie opisując go biochemicznie. Nigdy nie wykonano niezbędnych eksperymentów z negatywną kontrolą, które mogłyby wykazać, że to sterylizacja i obróbka komórek przed „zakażeniem” w probówce w rzeczywistości zabijały komórki. Jednak w 1954 roku za to „osiągnięcie” Enders otrzymał nagrodę Nobla.

Rok 1954 jest również tym, w którym Enders zastosował i wprowadził tę samą technikę, aby rzekomo replikować wirusa odry. Ponieważ jednocześnie przyznano mu nagrodę Nobla za domniemanego wirusa polio, wszyscy naukowcy uznali jego technikę za naukową. Dlatego do dnia dzisiejszego cała koncepcja odry została oparta na tej technice. W rzeczywistości szczepionki przeciwko odrze nie zawierają wirusów, lecz cząstki martwej tkanki pochodzącej z nerki małpy albo z ludzkich komórek nowotworowych.

Do chwili obecnej nie przeprowadzono żadnych negatywnych doświadczeń kontrolnych w odniesieniu do tak zwanego wirusa odry, które wykazałyby, że jest to procedura laboratoryjna prowadząca do cytopatycznych efektów w komórkach. Ponadto wszystkie twierdzenia i eksperymenty wykonane przez Endersa i in. oraz kolejnych badaczy prowadzą do jedynego obiektywnego wniosku, że faktycznie obserwowali i analizowali umierające cząstki komórkowe i ich aktywność w probówce, błędnie interpretując je jako cząstki i cechy rzekomego wirusa odry.

Wirus odry jako przykład

Poniższe wyjaśnienia dotyczą wszystkich tzw. „patogennych wirusów” (ludzkich lub zwierzęcych).

Sześć prac przedstawionych przez dr. Bardensa w trakcie „procesu w sprawie odry”, o którym pisałem tu: https://pubmedinfo.wordpress.com/2017/01/30/czy-wirus-odry-istnieje-masern-prozess/ jako dowodu na istnienie wirusa odry opisuje w dydaktycznie idealny sposób poszczególne etapy łańcucha błędnych interpretacji, aż do wiary w istnienie tego wirusa.

Pierwszy artykuł został opublikowany w 1954 r. Przez Endersa i in .: „Propagation in tissue cultures of cytopathogenic agents from patients with measles” (Proc Soc Exp Biol Med. 1954 Jun; 86 (2): 277-286). 

W eksperymencie tym Enders i in. radykalnie obniżyli zawartość składników odżywczych i dodali niszczące komórki antybiotyki do hodowli komórkowej przed wprowadzeniem rzekomo zainfekowanego płynu. Późniejsze wymieranie komórek zostało następnie błędnie zinterpretowane jako obecność, a także izolacja wirusa odry. Nie przeprowadzono eksperymentów kontrolnych, aby wykluczyć możliwość, że zarówno pozbawienie hodowli składników odżywczych, jak i dodanie antybiotyków doprowadziły do efektów cytopatycznych. Ślepotę Endersa i jego współpracowników można wytłumaczyć faktem, że naprawdę chciał pomagać ludziom, wówczas gdy po II wojnie światowej i w trakcie zimnej wojny nasilała się wirusowa histeria. Można to również wytłumaczyć faktem, iż Enders i wielu jego kolegów nie mieli pojęcia o medycynie i zwyczajnie konkurowali ze Związkiem Radzieckim o opracowanie pierwszej szczepionki przeciw odrze.

Taka presja na sukces może również wyjaśnić, dlaczego Enders i jego współpracownicy zignorowali swoje własne zastrzeżenia i uwagi wyrażone w 1954 roku, kiedy zaobserwowali i zanotowali, że wiele komórek zmarło również po normalnym traktowaniu (tj. nie „zainfekowanych”), co ich zdaniem było spowodowane przez nieznane wirusy i czynniki. Wszystkie te fakty i uwagi zostały następnie zlekceważone.

Drugi dokument przedstawiony przez skarżącego w „procesie odry” opublikowano w 1959 r. – Bech V, Magnus Pv. „Studies on measles virus in monkey kidney tissue cultures.” (Acta Pathol Microbiol Scand. 1959; 42 (1): 75–85). Z powodów przedstawionych powyżej, autorzy pracy doszli do wniosku, że technika wprowadzona przez Endersa nie była odpowiednia do izolacji wirusa. Ich stanowcze wnioski nie tylko nie są omawiane przez pozostałych badaczy, ale są wręcz ignorowane.

W trzeciej pracy – Nakai M, Imagawa DT. „Electron microscopy of measels virus replication.” (J. Virol. 1969 Feb; 3v (2): 187–97.) autorzy sfotografowali typowe cząstki komórkowe wewnątrz komórek i błędnie zinterpretowali je jako wirusa odry. Nie wyizolowali żadnego wirusa. Z niewyjaśnionych przyczyn nie udało im się określić i opisać biochemicznej struktury tego, co prezentowali jako wirus w osobnym eksperymencie. W krótkim opisie stosowanych metod można przeczytać, że autorzy nie zastosowali standardowej techniki izolacji wirusów, tj. wirowania w gradiencie gęstości. Zwyczajnie odwirowali fragmenty martwych komórek na dnie probówki testowej, a następnie, nie opisując ich struktury biochemicznej, błędnie uznali szczątki komórek jako wirusy. Ze sposobu przeprowadzenia eksperymentów można wywnioskować, że cząsteczki komórkowe zostały źle zinterpretowane jako wirusy.

Taką samą sytuację znajdujemy w czwartej – Lund GA, Tyrell, DL, Bradley RD, Scraba DG. „The molecular length of measles virus RNA and the structural organization of measles nucleocapsids.” (J. Gen. Virol. 1984 Sep;65 (Pt 9): 1535–42) – i szóstej pracy – Daikoku E, Morita C, Kohno T, Sano K. „Analysis of Morphology and Infectivity of Measles Virus Particles.” (Bulletin of the Osaka Medical College. 2007; 53 (2): 107–14) – opublikowanej przez powoda jako dowód na istnienie wirusa odry.

Piąta publikacja – Horikami SM, Moyer SA. „Structure, Transcription, and Replication of Measles Virus.” (Curr Top Microbiol Immunol. 1995; 191: 35–50)jest przeglądem opisującym proces konsensusu dotyczący tego, które cząsteczki kwasu nukleinowego z martwych komórek reprezentowałyby tak zwany genom wirusa odry. W rezultacie dziesiątki zespołów badaczy pracują z krótkimi kawałkami cząsteczek specyficznych dla komórek, po czym – na podstawie danego modelu – układają wszystkie kawałki razem na papierze. Jednak taka układanka wykonana z tak wielu kawałków nigdy nie została udowodniona naukowo jako całość i nigdy nie została wyizolowana z wirusa, ponieważ wirus odry nigdy nie był widziany, ani u ludzi, ani w probówce.

Odnosząc się do tej publikacji, wyznaczony przez sąd ekspert stwierdził, że opisuje ona złoty standard, tj. cały genom wirusa. Oczywistym jest, że ekspert nie przeczytał tego artykułu, którego autorzy stwierdzili, że dokładny skład molekularny i funkcje genomu wirusa odry będą musiały być przedmiotem dalszych badań, dlatego musieli polegać na innych modelach wirusów w celu osiągnięcia konsensusu w sprawie struktury i funkcji genomu wirusa odry.

Najłatwiej zauważyć, że w każdej z podanych publikacji, a także we wszystkich tekstach dotyczących „wirusa odry” oraz innych patogennych wirusów, nie przeprowadzono żadnych eksperymentów kontrolnych. Żaden z badaczy nie stosował techniki wirowania w gradiencie gęstości; zamiast tego wirowane były resztki komórkowe na dnie probówki. Technika ta, służąca do zbierania wszystkich cząstek z płynu, nazywana jest wytrącaniem albo precypitacją. Z logicznego i naukowego punktu widzenia można powiedzieć, że we wszystkich publikacjach na temat tak zwanych „wirusów chorobotwórczych” badacze wykazali w rzeczywistości tylko cząstki i cechy komórek.

Godną polecenia jest także recenzja prof. Lüdtke (1999) – „Zur Geschichte der frühen Virusforschung. Übersichtsarbeit von Prof. Karlheinz Lüdtke.” Zauważył on, że u zarania wirusologii większość wirusologów za każdym razem dochodziła do wniosku, że struktury, które mylnie wstępnie uznali za wirusy, okazały się potem składnikami komórek, a zatem były jedynie wynikiem eksperymentu, a nie przyczyną zaobserwowanych zmian.

Zur Geschichte der frühen Virusforschung

Badania nad wścieklizną: historia naukowego oszustwa

Rabies_cartoon_circa_1826-Copy.jpg

Strach przed bestią

Wścieklizna jest dziś uznawana za niebezpieczną wirusową chorobę zakaźną niektórych ssaków, mogącą przenieść się na człowieka. Cechuje ją znaczne podniecenie i agresja („wściekłość”). Wściekliznę nazywa się też wodowstrętem lub hydrofobią (z łac.), co jest odbiciem jednego z objawów choroby, mianowicie mimowolnych skurczów mięśni na widok lub sam dźwięk wody.

Popularny w czasach Louisa Pasteura – odkrywcy szczepionki na tę chorobę – horror związany z wścieklizną nie miał żadnych podstaw w statystykach, ani znaczenia dla demografii, ponieważ hydrofobia była bardzo rzadka u ludzi. Tuż przed wynalezieniem tej „cudownej szczepionki” śmiertelność we Francji oficjalnie nie przekraczała 50 osób rocznie. Pomimo tak sporadycznego występowania, wścieklizna od dawna zajmowała szczególne miejsce w ludowych przekazach. Aż do czasów AIDS była ucieleśnieniem tajemniczej i przerażającej choroby, a jej typowym nosicielem miał być najlepszy przyjaciel człowieka. Hydrofobia od czasów średniowiecznych powiązana była z ludowym wyobrażeniem bestii, choroby związanej z demonami (teoria miazmatu).

W dawnych czasach, jak odnotowano w zapiskach dostępnych w starych bibliotekach, pocałunek króla miał leczyć wściekliznę. Później odkryto, że kawałek królewskiego ubrania może być równie skuteczny. Wierzono też, że „kamień szaleństwa”, stosowany w miejscu ugryzienia, „wyciągał szaleństwo”. Natomiast fragment „sierści psa, który nas ugryzł” powinien zostać przeżuty, połknięty lub zawiązany na ranie.

W 1881 r. chemik Louis Pasteur ogłosił, że odkrył metodę przenoszenia wścieklizny pomiędzy zwierzętami. Mianowicie w sterylnych warunkach pobrał zawartość czaszki zwierzęcia uznanego za chore na wściekliznę, a następnie wstrzykiwał ją przez dziurę wydrążoną w czaszce zdrowego psa bezpośrednio na powierzchnię mózgu. Przyznam, że to dość osobliwa metoda udowadniania zarażenia daną chorobą. W dodatku uciekająca się do okrutnej wiwisekcji, nie uwzględniającej traumy zwierzęcia, na którym przeprowadza się tortury. Takie zabijanie uznawane jest do dziś przez wirusologów jako bezpośredni dowód na istnienie danego wirusa, zdolności replikacji oraz jego izolacji. Gdyby Pasteur pobrał tkankę od każdego innego (zdrowego) zwierzęcia, efekt byłby zapewne ten sam. Nigdy jednak nie wydzielił w swoich badaniach nad „wirusem” odpowiednich grup kontrolnych, aby się o tym przekonać.

Inną techniką „zarażania” chorobą było dożylne wstrzyknięcie tego samego materiału. Jednak w przeciwieństwie do wyżej przedstawionej wewnątrzczaszkowej iniekcji, tutaj „wirus” wywoływał wściekliznę w formie „paraliżu”, a nie „szaleństwa”. Jak się to ma do 3 postulatu Kocha (drobnoustrój wyodrębniony od chorej osoby, po wprowadzeniu do ludzi lub zwierząt musi wywołać tę samą!! chorobę) nie mam pojęcia. Idźmy dalej.

 

14387440987.jpg

Prywatni pacjenci Pasteura

Jak czytamy w biografii Pasteura zatytułowanej: The Private Science of Louis Pasteur, opublikowanej na Princeton University przez prof. Geralda Geisona, na początku maja 1885 r. Paryżanin o nazwisku Girard zgłosił się do szpitala Necker w stanie ogromnego pobudzenia. Obawiał się, że jest chory na wściekliznę. Dwa miesiące wcześniej został ugryziony w kolano przez wałęsającego się psa. Jego rana została dokładnie skauteryzowana i wygoiła się bez powikłań. Aż do teraz. Pacjent skarżył się na silne bóle głowy i brzucha. Pił sporo mleka, ale nie mógł znieść widoku wody i wina. Jego nogi trzęsły się i nie mógł nic jeść. Louis Pasteur dostał pilny telegram i szybko zjawił się w szpitalu. Zlecił wstrzyknięcie cierpiącemu na bóle pacjentowi 1cm3 preparatu, który przyniósł ze sobą z laboratorium. Kolejną dawkę zaaplikowano mu o 22:00 tego samego dnia. Planowano sześć kolejnych zastrzyków w krótkich odstępach czasowych, ale na polecenie administracji szpitala Pasteur musiał zaniechać dalszych eksperymentów i wynieść się ze szpitala, ponieważ na miejscu nie był obecny lekarz prowadzący. Stan Girarda pogarszał się. Ręce zaczęły drżeć, męczyły go silne bóle i pytał czy jest chory na wściekliznę. Kolejny dzień upłynął na drgawkach, do tego doszło silne pocieranie się w szyję. Gdy następnego dnia stan jego uległ stopniowej poprawie, dziękował za zaaplikowaną kurację. Nie mógł wciąż jednak patrzeć ani na wodę, ani na wino.

Jednak już 6 maja powróciły drgawki i silnie drapał się po całym ciele. Wieczorem doszły do tego koszmary senne. Po kilku dniach objawy ustąpiły. Pacjent wciąż pił mleko i bulion, ale nie chciał słyszeć o wodzie, winie czy o jakimkolwiek pokarmie stałym. Wkrótce wypisano go ze szpitala. Lekarz prowadzący był od początku sceptyczny odnośnie pierwotnej diagnozy wścieklizny. Dr Georges Dujardin-Beaumetz, członek Akademii Medycznej i Rady Higieny i Zdrowia Publicznego, który był odpowiedzialny za śledzenie każdego przypadku wścieklizny w departamencie, zapytał Pasteura o naturę jego cudownych specyfików. Ten jedynie odparł, że wstrzykiwał pacjentowi „pełną strzykawkę Pravaza [1cm3] atenuowanego [odzjadliwionego] wirusa wścieklizny.” Nie sprecyzował jednak, w jaki sposób została osiągnięta owa „atenuacja”.

Następnego dnia wysłał do dr Dujardin-Beaumetza list z prośbą o przesunięcie terminu nadesłania raportu do Rady Higieny i Zdrowia Publicznego na temat pacjenta Girarda. Motywował to tym, że chciał mieć absolutną pewność, iż Girard nie cierpi już na wściekliznę.  Dziwnie to tłumaczył Pasteur, jakby z obawy czy czasem jego cudowny specyfik nie zaszkodzi ostatecznie pacjentowi. Wyjaśniał potem w napisanym liście, że jeśli pacjent zmarłby ostatecznie na wściekliznę, należałoby zbadać czy jego śmierć spowodowana była ugryzieniem psa czy też raczej w wyniku iniekcji otrzymanych w szpitalu Necker. Problem ten miał być wg Pasteura rozstrzygnięty w wyniku przeniesieniu tkanek z mózgu Girarda na zwierzęta i obserwacji, czy ich kliniczna odpowiedź była typowa dla zwykłej wścieklizny czy też raczej charakterystyczna dla zmodyfikowanego wirusa, który został wstrzyknięty pacjentowi przez Pasteura i jego współpracowników. Zastanawiające, jak chciał on ostatecznie rozstrzygnąć tę kwestię.

Co więcej. W przeciągu miesiąca Pasteur zmierzył się z kolejnym przypadkiem domniemanej wścieklizny. Tym razem była to jedenastoletnia Julie-Antoinette Poughon. Została ona miesiąc wcześniej ugryziona przez swojego pupila w górną wargę i przyjęta 22 czerwca 1885 r. do szpitala St. Denis po dwóch dniach silnego bólu głowy. Zarówno Pasteur jak i lekarz dyżurny zgodnie uznali, iż na pewno mają do czynienia z przypadkiem wścieklizny. Lekarz, idąc za sugestią Pasteura, wstrzyknął pacjentce całą zawartość strzykawki zawierającej substancję uprzednio przygotowaną w laboratorium chemika. O północy wstrzyknięto jej kolejną dawkę, różniącą się od poprzedniej w stopniu atenuacji. Następnego dnia Pasteur wrócił do szpitala o 10:00, kiedy zastał młodą Julie umierającą. Symptomy wścieklizny szybko ogarnęły jej organizm, pomimo (a może z powodu) dwóch iniekcji zastosowanych poprzedniego dnia.

Dramatyczne historie obu pacjentów: Girarda i Julie-Antoinette nie zostały odnotowane w żadnym oficjalnie opublikowanym dotąd tekście. Z wyjątkiem prywatnych zapisków Pasteura z jego korespondencji z dr Dujardin-Beaumetz. Pasteur nigdy oficjalnie nie wspomniał o nich. Odnośnie młodej pacjentki zapewne nie było się czym chwalić, wszak zmarła na drugi dzień po jego cudownej kuracji. Ale ciszę w eterze na temat Girarda ciężko zrozumieć, chyba że Pasteur sam nie wierzył w swoje lekarstwo. Gdyby było inaczej, z pewnością nie ukrywałby tak doniosłego osiągnięcia przed opinią publiczną. Czytaj dalej„Badania nad wścieklizną: historia naukowego oszustwa”

Czego nie dowiesz się o nowotworach od swojego lekarza

 

Mitologia nowotworowa na usługach farmakracji


1. Hipoteza: mutacje genetyczne powodują raka

Współczesna medycyna nie potrafi udzielić odpowiedzi na pytanie o przyczyny raka. Uznaje się, że w którymś momencie grupa komórek nagle przestaje współpracować z organizmem i rozpoczyna bunt.

Dominujący nurt nauki mówi, iż karcynogeneza (zmiany prowadzące do powstania nowotworu) jest procesem wieloletnim, a przeciętny okres rozwoju guza o średnicy 1 cm wynosi około 5 lat. Zależy to jednak od rodzaju nowotworu i tkanki w której zachodzi karcynogeneza. Dla niektórych nowotworów mogą to być miesiące, dla innych dziesiątki lat. Różny jest też czas trwania poszczególnych etapów i szybkość przechodzenia komórki z jednego etapu do kolejnego.

Na etapie inicjacji pojawia się spontanicznie, bądź pod wpływem karcynogenu pojedyncza mutacja DNA. Na etapie promocji aktywowane zostają onkogeny i zwiększa się produkcja czynników odpowiedzialnych za wzrost i namnażanie się komórek. Jednocześnie zachodzą dalsze mutacje, które nie są naprawiane. Następny etap, progresji albo uzłośliwienia nowotworu, polega na pojawianiu się kolejnych zaburzeń molekularnych, przede wszystkim zmian w kariotypie, kiedy powstają klony zdolne do naciekania i tworzenia przerzutów.

Tak więc podstawą terapii nowotworowej jest odpowiednio wczesne wykrycie i uderzenie (za pomocą chemioterapii, radioterapii, interwencji chirurgicznej) w te „złośliwe” komórki, aby zapobiec niekontrolowanemu ich rozrostowi, a przy tym w możliwie największym stopniu oszczędzenie pacjenta.

dna-strands.jpg

Tyle teoria.

Aby poradzić sobie z problemem wysokiej toksyczności środków stosowanych w chemioterapii, czyni się obecnie wysiłki celem wynalezienia leków, które będą wysoce specyficzne dla komórek rakowych. I właśnie tu napotykamy na trudności, ponieważ jak dotąd nie udało się zidentyfikować tych specyficznych nowotworowych celów ataku. Okazuje się bowiem, że w nowotworach nie zauważymy żadnych cech charakterystycznych, których nie posiadałaby komórka macierzysta.

http://cancerres.aacrjournals.org/content/4/2/181

Jedyną więc nadzieją w znalezieniu określonego celu uderzenia w raka przy opracowywaniu leków przeciwnowotworowych byłoby zbadanie, czy istnieją niezbędne geny wyrażane w nowotworach, które nie są tak istotne w normalnych tkankach. Jak dotąd nie zidentyfikowano ani jednego takiego genu. Nawet jeśliby został odkryty nowy lek kierowany, to w krótkim czasie straciłby swoją skuteczność poprzez nagłe pojawianie się opornych na lek komórek nowotworowych.
Hipotezę o mutacji genetycznej jako przyczynie raka trudno pogodzić z faktem istnienia oporności na lek, a zwłaszcza z pojawieniem się oporności wielolekowej po ekspozycji na chemioterapeutyki kierowane w konkretny produkt genu.

Czytaj dalej„Czego nie dowiesz się o nowotworach od swojego lekarza”

Wirus odry pilnie poszukiwany: „Masern-Virus-Prozess”

masern_blau_small.jpg

Dowody na istnienie wirusa odry. Nagroda i proces sądowy

Federalny Trybunał Sprawiedliwości (Bundesgerichtshof, BGH) – najwyższa instancja sądownictwa karnego i cywilnego w Republice Federalnej Niemiec, wydał właśnie ostateczny wyrok w sprawie wirusa odry.

Wszystko zaczęło się w 2011 r., kiedy to wirusolog dr Stefan Lanka zaoferował nagrodę w wysokości 100.000 euro za wykazanie dowodu na istnienie wirusa wywołującego odrę. Wyzwanie przyjął lekarz medycyny David Bardens, który przedstawił sześć publikacji rzekomo dowodzących odkrycie tego wirusa i zażądał od S. Lanka zapłaty obiecanej kwoty. Gdy ten odmówił, sprawa w 2013 r. została skierowana na drogę postępowania sądowego z powództwa cywilnego.

Rozprawy na posiedzeniu jawnym odbyły się trzykrotnie, w 2014, 2015 i 2016 r. przed sądami niemieckimi. Jako biegły sądowy został powołany mikrobiolog, prof. Andreas Podbielski.
W pierwszej instancji sprawa została wygrana przez D. Bardensa. Doktor S. Lanka nie pogodził się z wyrokiem i złożył apelację do sądu w Stuttgarcie, którą wygrał. Co ciekawe sąd oddalił powództwo D. Bardensa, ponieważ nie przedstawił on publikacji na istnienie wirusa odry według ustalonych przez naukowca kryteriów. Zamiast tego zaprezentował sześć różnych prac, z których żadna w opinii biegłego prof. A. Podbielskiego nie spełniała samodzielnie narzuconych kryteriów istnienia tego wirusa, a jedynie domniemania.

Ostatecznie Federalny Trybunał Sprawiedliwości w Karlsruhe oddalił powództwo i obciążył D. Bardensa kosztami procesowymi.

Okazuje się zatem, że miliony dzieci na całym świecie szczepi się przeciwko chorobie, a raczej objawom chorobowym, których przyczyna nie została do tej pory naukowo ustalona, bowiem D. Bardens przedłożył w sądzie najdokładniejsze jak dotąd prace związane z rzekomym odkryciem tego wirusa. Ponieważ na dzień dzisiejszy nauka nie jest w stanie dostarczyć lepszych argumentów za wirusową etiologią, dr Lanka za pośrednictwem mediów stwierdza wprost, że nie ma dowodów na istnienie wirusa odry, oraz że firmy farmaceutyczne bogacą się na szczepieniach przeciwko odrze, narażając miliony pacjentów na niepożądane odczyny poszczepienne.

Błędy metodologiczne w izolowaniu wirusów

Co prawda proces sądowy był prywatnym powództwem o zapłatę, a nie o stwierdzenie istnienia albo nieistnienia wirusa odry. W związku z tym nie powoduje żadnych skutków prawnych dla organów państwowych, a w szczególności nie zobowiązuje ich do zniesienia obowiązku szczepień, ani nawet do składania oświadczeń w tej sprawie. Niemniej powyższe fakty zmuszają świat nauki do rewizji dotychczasowych poglądów na temat istnienia i roli wirusów w patogenezie chorób takich, jak odra. Skłaniają one również do refleksji w kwestii nieprzestrzegania fundamentalnych reguł w badaniach naukowych oraz oczywistych błędów metodologicznych w odkrywaniu tzw. wirusów chorobotwórczych.

Szerzej dr Lanka przedstawił ten problem w niniejszym wywiadzie, przetłumaczonym na język polski:

Czytaj dalej„Wirus odry pilnie poszukiwany: „Masern-Virus-Prozess””

Rola gorączki i chorób infekcyjnych w spontanicznej remisji nowotworów

GetFile.jpg

Pozbyć się nowotworu na trwałe? Do tego spontanicznie, bez żadnych drogich cytostatyków, radioterapii, bez wycięcia guza? Tego raczej nie usłyszymy od lekarza onkologa. Z resztą trudno się dziwić, skoro nawet na uczelniach medycznych kwestia spontanicznej regresji (remisji) nowotworu traktowana jest w kategoriach niewyjaśnionych cudów medycznych. Również z innych pozamedycznych powodów nie możemy się spodziewać w najbliższym czasie rewolucji w tym zakresie. Szeroko rozumiany przemysł onkologiczny rozwinął się dziś do takich rozmiarów i przynosi takie dochody, że nawet wbrew faktom naukowym nikt z establishmentu medycznego nie wyjdzie przed szereg i nie odważy się kwestionować  przyjętych onkologicznych procedur. Nie spodziewamy się chyba, że onkolodzy mieliby podcinać gałąź, na której siedzą.

Terapie nowotworowe są dziś ustandaryzowane i wciąż doskonalone, ale zaskakuje fakt, iż według konkluzji zawartej przez naukowców w 1999 r. współcześnie chorzy na raka nie mają się lepiej, niż pacjenci leczeni 50 lub więcej lat temu. Tymczasem spontaniczne wyzdrowienie z nowotworu jest zjawiskiem, które obserwuje się od tysięcy lat. Do niedawna fenomen ten był przedmiotem wielu kontrowersji, jednak obecnie zaakceptowano go jako fakt bezsporny. Przegląd ostatnich doniesień pokazuje, że remisja i trwałe wyleczenie z nowotworu związane są zazwyczaj z ostrymi infekcjami, gorączką i immunostymulacją.

W naszych nieustających próbach pokonania raka wykraczamy poza naturę i często umykają nam okoliczności, które to właśnie natura dostarcza nam w leczeniu dolegliwości. W jednym z postów wspominałem, że gorączka związana z infekcją jest o wiele bardziej skuteczna w nowotworowej kuracji, niż jakakolwiek szerzej stosowana przez medycynę zachodnią metoda leczenia.

https://pubmedinfo.wordpress.com/2016/04/08/geneza-nowotworow-zaburzenia-chromosomalne-czyli-aneuploidalna-teoria-raka/

Tutaj fragment pracy naukowej, o której wspomniałem w artykule:

Pages from Chromosomal Imbalance Theory of Cancer

Już w 1899 roku brytyjski badacz nowotworów D’Arcy Power obserwował, cyt: „Gdzie malaria jest powszechna, rak jest rzadkością”. Od 1929 do 1991 r. przeprowadzono co najmniej 15 badań, w tym 8 kliniczno-kontrolnych, na temat związku pomiędzy infekcją a nowotworem i we wszystkich poza jednym stwierdzono, iż przebycie tzw. choroby zakaźnej zmniejsza ryzyko zachorowania na raka.

Można więc wnioskować, iż infekcje połączone z gorączką nie są jakimiś bezsensownymi przypadłościami i współczesne przekonanie o konieczności obniżania temperatury do 36,5°C za wszelką cenę, w imię komfortu pacjenta, jest działaniem wbrew naturze i zdrowemu rozsądkowi.

Dobrodziejstwa gorączki wykorzystuje się z resztą od jakiegoś czasu z powodzeniem w leczeniu nowotworów poprzez hipertermię ogólnoustrojową, gdzie dostarcza się pacjentowi energii cieplnej, sztucznie podwyższając temperaturę jego ciała do poziomu 38°C – 42°C, imitując tym samym naturalną eutermię. W Niemczech działa już co najmniej kilkadziesiąt ośrodków oferujących podobne zabiegi. Takie nowatorskie metody ewidentnie nie są na rękę organizacjom skupiającym onkologów, hojnie dotowanym przez koncerny farmaceutyczne, pomimo że są to jedynie terapie uzupełniające wobec standardowego leczenia. Być może chodzi o to, że część naukowców zorientuje się w końcu, iż chemioterapia nie przynosi pacjentom żadnych korzyści, natomiast radioterapia odznacza się niewielką skutecznością i zacznie się proces odchodzenia od nich na rzecz form terapii  wykorzystujących naturalne mechanizmy.

Czytaj dalej„Rola gorączki i chorób infekcyjnych w spontanicznej remisji nowotworów”