Czego nie dowiesz się o nowotworach od swojego lekarza

 

Mitologia nowotworowa na usługach farmakracji


1. Hipoteza: mutacje genetyczne powodują raka

Współczesna medycyna nie potrafi udzielić odpowiedzi na pytanie o przyczyny raka. Uznaje się, że w którymś momencie grupa komórek nagle przestaje współpracować z organizmem i rozpoczyna bunt.

Dominujący nurt nauki mówi, iż karcynogeneza (zmiany prowadzące do powstania nowotworu) jest procesem wieloletnim, a przeciętny okres rozwoju guza o średnicy 1 cm wynosi około 5 lat. Zależy to jednak od rodzaju nowotworu i tkanki w której zachodzi karcynogeneza. Dla niektórych nowotworów mogą to być miesiące, dla innych dziesiątki lat. Różny jest też czas trwania poszczególnych etapów i szybkość przechodzenia komórki z jednego etapu do kolejnego.

Na etapie inicjacji pojawia się spontanicznie, bądź pod wpływem karcynogenu pojedyncza mutacja DNA. Na etapie promocji aktywowane zostają onkogeny i zwiększa się produkcja czynników odpowiedzialnych za wzrost i namnażanie się komórek. Jednocześnie zachodzą dalsze mutacje, które nie są naprawiane. Następny etap, progresji albo uzłośliwienia nowotworu, polega na pojawianiu się kolejnych zaburzeń molekularnych, przede wszystkim zmian w kariotypie, kiedy powstają klony zdolne do naciekania i tworzenia przerzutów.

Tak więc podstawą terapii nowotworowej jest odpowiednio wczesne wykrycie i uderzenie (za pomocą chemioterapii, radioterapii, interwencji chirurgicznej) w te „złośliwe” komórki, aby zapobiec niekontrolowanemu ich rozrostowi, a przy tym w możliwie największym stopniu oszczędzenie pacjenta.

dna-strands.jpg

Tyle teoria.

Aby poradzić sobie z problemem wysokiej toksyczności środków stosowanych w chemioterapii, czyni się obecnie wysiłki celem wynalezienia leków, które będą wysoce specyficzne dla komórek rakowych. I właśnie tu napotykamy na trudności, ponieważ jak dotąd nie udało się zidentyfikować tych specyficznych nowotworowych celów ataku. Okazuje się bowiem, że w nowotworach nie zauważymy żadnych cech charakterystycznych, których nie posiadałaby komórka macierzysta.

http://cancerres.aacrjournals.org/content/4/2/181

Jedyną więc nadzieją w znalezieniu określonego celu uderzenia w raka przy opracowywaniu leków przeciwnowotworowych byłoby zbadanie, czy istnieją niezbędne geny wyrażane w nowotworach, które nie są tak istotne w normalnych tkankach. Jak dotąd nie zidentyfikowano ani jednego takiego genu. Nawet jeśliby został odkryty nowy lek kierowany, to w krótkim czasie straciłby swoją skuteczność poprzez nagłe pojawianie się opornych na lek komórek nowotworowych.
Hipotezę o mutacji genetycznej jako przyczynie raka trudno pogodzić z faktem istnienia oporności na lek, a zwłaszcza z pojawieniem się oporności wielolekowej po ekspozycji na chemioterapeutyki kierowane w konkretny produkt genu.

Continue reading „Czego nie dowiesz się o nowotworach od swojego lekarza”

Wirus odry pilnie poszukiwany: „Masern-Virus-Prozess”

masern_blau_small.jpg

Dowody na istnienie wirusa odry. Nagroda i proces sądowy

Federalny Trybunał Sprawiedliwości (Bundesgerichtshof, BGH) – najwyższa instancja sądownictwa karnego i cywilnego w Republice Federalnej Niemiec, wydał właśnie ostateczny wyrok w sprawie wirusa odry.

Wszystko zaczęło się w 2011 r., kiedy to wirusolog dr Stefan Lanka zaoferował nagrodę w wysokości 100.000 euro za wykazanie dowodu na istnienie wirusa wywołującego odrę. Wyzwanie przyjął lekarz medycyny David Bardens, który przedstawił sześć publikacji rzekomo dowodzących odkrycie tego wirusa i zażądał od S. Lanka zapłaty obiecanej kwoty. Gdy ten odmówił, sprawa w 2013 r. została skierowana na drogę postępowania sądowego z powództwa cywilnego.

Rozprawy na posiedzeniu jawnym odbyły się trzykrotnie, w 2014, 2015 i 2016 r. przed sądami niemieckimi. Jako biegły sądowy został powołany mikrobiolog, prof. Andreas Podbielski.
W pierwszej instancji sprawa została wygrana przez D. Bardensa. Doktor S. Lanka nie pogodził się z wyrokiem i złożył apelację do sądu w Stuttgarcie, którą wygrał. Co ciekawe sąd oddalił powództwo D. Bardensa, ponieważ nie przedstawił on publikacji na istnienie wirusa odry według ustalonych przez naukowca kryteriów. Zamiast tego zaprezentował sześć różnych prac, z których żadna w opinii biegłego prof. A. Podbielskiego nie spełniała samodzielnie narzuconych kryteriów istnienia tego wirusa, a jedynie domniemania.

Ostatecznie Federalny Trybunał Sprawiedliwości w Karlsruhe oddalił powództwo i obciążył D. Bardensa kosztami procesowymi.

Okazuje się zatem, że miliony dzieci na całym świecie szczepi się przeciwko chorobie, a raczej objawom chorobowym, których przyczyna nie została do tej pory naukowo ustalona, bowiem D. Bardens przedłożył w sądzie najdokładniejsze jak dotąd prace związane z rzekomym odkryciem tego wirusa. Ponieważ na dzień dzisiejszy nauka nie jest w stanie dostarczyć lepszych argumentów za wirusową etiologią, dr Lanka za pośrednictwem mediów stwierdza wprost, że nie ma dowodów na istnienie wirusa odry, oraz że firmy farmaceutyczne bogacą się na szczepieniach przeciwko odrze, narażając miliony pacjentów na niepożądane odczyny poszczepienne.

Błędy metodologiczne w izolowaniu wirusów

Co prawda proces sądowy był prywatnym powództwem o zapłatę, a nie o stwierdzenie istnienia albo nieistnienia wirusa odry. W związku z tym nie powoduje żadnych skutków prawnych dla organów państwowych, a w szczególności nie zobowiązuje ich do zniesienia obowiązku szczepień, ani nawet do składania oświadczeń w tej sprawie. Niemniej powyższe fakty zmuszają świat nauki do rewizji dotychczasowych poglądów na temat istnienia i roli wirusów w patogenezie chorób takich, jak odra. Skłaniają one również do refleksji w kwestii nieprzestrzegania fundamentalnych reguł w badaniach naukowych oraz możliwych błędów metodologicznych w odkrywaniu tzw. wirusów chorobotwórczych.

Szerzej dr Lanka przedstawił ten problem w niniejszym wywiadzie, przetłumaczonym na język polski:

Continue reading „Wirus odry pilnie poszukiwany: „Masern-Virus-Prozess””

Rola gorączki i chorób infekcyjnych w spontanicznej remisji nowotworów

GetFile.jpg

Pozbyć się nowotworu na trwałe? Do tego spontanicznie, bez żadnych drogich cytostatyków, radioterapii, bez wycięcia guza? Tego raczej nie usłyszymy od lekarza onkologa. Z resztą trudno się dziwić, skoro nawet na uczelniach medycznych kwestia spontanicznej regresji (remisji) nowotworu traktowana jest w kategoriach niewyjaśnionych cudów medycznych. Również z innych pozamedycznych powodów nie możemy się spodziewać w najbliższym czasie rewolucji w tym zakresie. Szeroko rozumiany przemysł onkologiczny rozwinął się dziś do takich rozmiarów i przynosi takie dochody, że nawet wbrew faktom naukowym nikt z establishmentu medycznego nie wyjdzie przed szereg i nie odważy się kwestionować  przyjętych onkologicznych procedur. Nie spodziewamy się chyba, że onkolodzy mieliby podcinać gałąź, na której siedzą.

Terapie nowotworowe są dziś ustandaryzowane i wciąż doskonalone, ale zaskakuje fakt, iż według konkluzji zawartej przez naukowców w 1999 r. współcześnie chorzy na raka nie mają się lepiej, niż pacjenci leczeni 50 lub więcej lat temu. Tymczasem spontaniczne wyzdrowienie z nowotworu jest zjawiskiem, które obserwuje się od tysięcy lat. Do niedawna fenomen ten był przedmiotem wielu kontrowersji, jednak obecnie zaakceptowano go jako fakt bezsporny. Przegląd ostatnich doniesień pokazuje, że remisja i trwałe wyleczenie z nowotworu związane są zazwyczaj z ostrymi infekcjami, gorączką i immunostymulacją.

W naszych nieustających próbach pokonania raka wykraczamy poza naturę i często umykają nam okoliczności, które to właśnie natura dostarcza nam w leczeniu dolegliwości. W jednym z postów wspominałem, że gorączka związana z infekcją jest o wiele bardziej skuteczna w nowotworowej kuracji, niż jakakolwiek szerzej stosowana przez medycynę zachodnią metoda leczenia.

https://pubmedinfo.wordpress.com/2016/04/08/geneza-nowotworow-zaburzenia-chromosomalne-czyli-aneuploidalna-teoria-raka/

Już w 1899 roku brytyjski badacz nowotworów D’Arcy Power obserwował, cyt: „Gdzie malaria jest powszechna, rak jest rzadkością”. Od 1929 do 1991 r. przeprowadzono co najmniej 15 badań, w tym 8 kliniczno-kontrolnych, na temat związku pomiędzy infekcją a nowotworem i we wszystkich poza jednym stwierdzono, iż przebycie tzw. choroby zakaźnej zmniejsza ryzyko zachorowania na raka.

Można więc wnioskować, iż infekcje połączone z gorączką nie są jakimiś bezsensownymi przypadłościami i współczesne przekonanie o konieczności obniżania temperatury do 36,5°C za wszelką cenę, w imię komfortu pacjenta, jest działaniem wbrew naturze i zdrowemu rozsądkowi.

Dobrodziejstwa gorączki wykorzystuje się z resztą od jakiegoś czasu z powodzeniem w leczeniu nowotworów poprzez hipertermię ogólnoustrojową, gdzie dostarcza się pacjentowi energii cieplnej, sztucznie podwyższając temperaturę jego ciała do poziomu 38°C – 42°C, imitując tym samym naturalną eutermię. W Niemczech działa już co najmniej kilkadziesiąt ośrodków oferujących podobne zabiegi. Takie nowatorskie metody ewidentnie nie są na rękę organizacjom skupiającym onkologów, hojnie dotowanym przez koncerny farmaceutyczne, pomimo że są to jedynie terapie uzupełniające wobec standardowego leczenia. Być może chodzi o to, że część naukowców zorientuje się w końcu, iż chemioterapia nie przynosi pacjentom żadnych korzyści, natomiast radioterapia odznacza się niewielką skutecznością i zacznie się proces odchodzenia od nich na rzecz form terapii  wykorzystujących naturalne mechanizmy.

Continue reading „Rola gorączki i chorób infekcyjnych w spontanicznej remisji nowotworów”

Chemioterapia czy chemio-tortury? „Wpływ Cytotoksycznej Chemioterapii na 5-letnią Przeżywalność Dorosłych z Chorobami Nowotworowymi”

chimioterapie.jpg

„…Nigdy nikomu, ani na żądanie, ani na prośby niczyje, nie podam trucizny…”

– Przysięga Hipokratesa

W periodyku medycznym Clinical Oncology (2004) opublikowano artykuł australijskich naukowców pt: „The Contribution of Cytotoxic Chemotherapy to 5-year Survival in Adult Malignancies” („Wpływ Cytotoksycznej Chemioterapii na 5-letnią Przeżywalność Dorosłych z Chorobami Nowotworowymi”) 

 

Poniżej link do tej publikacji:

http://www.burtongoldberg.com/home/burtongoldberg/contribution-of-chemotherapy-to-five-year-survival-rate-morgan.pdf

Autorzy przedstawiają w niej dane dotyczące skuteczności chemioterapii, zebrane na podstawie badań przeprowadzonych w Australii i USA na przestrzeni 20 lat. Efekty ich pracy są dla tego rodzaju terapii delikatnie rzecz ujmując druzgocące. Jest to o tyle istotne, iż w przypadku diagnozy tzw. nowotworu złośliwego, która w wielu przypadkach brzmi niczym wyrok śmierci, pacjenci za namową lekarza są skłonni poddać się każdej radykalnej metodzie „leczenia”, byleby tylko uniknąć najgorszego, albo choćby przedłużyć sobie nieco życie. Abstrahując od ogólnego dyskomfortu oraz skutków ubocznych związanych z przyjmowaniem chemioterapii, prowadzących często do zgonu, okazuje się, że jej skuteczność mieści się w zasadzie w granicach błędu statystycznego.

Czytamy m.in.:

Cytotoksyczną chemioterapię u dorosłych zapoczątkowano w 1970 roku jako leczenie przyczynowe w przypadku zaawansowanej choroby Hodgkina, chłoniaka nieziarniczego, potworniaka jąder oraz jako leczenie uzupełniające wczesnego stadium nowotworu piersi.

Wstępne wyniki sugerowały potencjalne zastosowanie chemioterapii cytotoksycznej jako ostatecznego leczenia lub jako leczenie uzupełniające u pacjentów bez objawów klinicznych celem poprawy przeżywalności. Jednak, jak stwierdził Braverman i inni, początkowych korzyści zaobserwowanych w kilku rodzajach nowotworów nie odnotowano w przypadku bardziej powszechnych odmian raka. Dla większości pacjentów leki cytotoksyczne stosuje się celem łagodzenia objawów i poprawy jakości życia. Przy czym wydłużenie życia ma tu mniejsze znaczenie.

Niektórzy praktycy wciąż pozostają optymistami ufając, że cytotoksyczna chemioterapia znacząco poprawia przeżywalność chorych na nowotwory. Jednak pomimo zastosowania nowych i drogich leków pojedynczych i kombinowanych celem poprawy odsetka [pozytywnej] odpowiedzi oraz innych środków umożliwiających zwiększanie dawki, nie nastąpiła żadna zmiana w niektórych używanych schematach leczenia i zanotowano niewielki wpływ z zastosowań nowszych schematów.

(…)

W tej analizie opartej na faktach, oszacowaliśmy, iż wkład leczniczej i adjuwantowej chemioterapii cytotoksycznej dla 5-letniej przeżywalności osób dorosłych wynosi 2,3% w Australii i 2,1% w USA.

Szacunki dotyczące tych korzyści należy traktować jako górną granicę skuteczności, gdyż niektórzy kwalifikujący się pacjenci nie otrzymują chemioterapii z powodu wieku, w złym stanie ogólnym lub w wyniku wyboru pacjenta. Ponadto, jak wspomniano w tekście, korzyści z chemioterapii cytotoksycznej mogły zostać przeszacowane wobec raka przełyku, żołądka, odbytnicy i mózgu.

(…)

Pomimo tego, każdy nowy lek w chemioterapii wciąż promuje się jako istotny przełom w walce z rakiem, tylko po to aby później odrzucono go z dala of fanfar towarzyszących wprowadzeniu na rynek.

W warunkach ograniczonych zasobów i cięcia kosztów, istnieje potrzeba oceny opartej na faktach, zanim jakiekolwiek nowe lub uprzednio zaakceptowane leczenie zostanie uznane za standardową praktykę. Aby uzasadnić dalsze finansowanie i dostępność leków stosowanych w chemioterapii cytotoksycznej, wymagana jest natychmiastowa rygorystyczna ocena efektywności kosztowej oraz jej wpływu na jakość życia.

Zasadnym wobec tego będzie postawienie pytania: Czy onkolodzy sugerujący chemioterapię są odpowiednio poinformowani, a jeśli tak, to czy mają tak naprawdę na względzie dobro pacjenta, czy też stają się de facto przedstawicielami handlowymi koncernów farmaceutycznych, produkujących niezwykle drogie, a przy tym nieskuteczne trujące substancje?

Continue reading „Chemioterapia czy chemio-tortury? „Wpływ Cytotoksycznej Chemioterapii na 5-letnią Przeżywalność Dorosłych z Chorobami Nowotworowymi””

Zika to Ebola w wersji 2.0. Kolejny serial z gatunku virus-fiction wyprodukowany przez CDC i WHO

00052DSV4XAOJOT4-C116-F4.jpg

Małogłowie – wirus czyli komar

„Przenoszony przez komary wirus Zika powoduje małogłowie u dzieci”. Tę frazę przemieloną na różne sposoby powtarzają dziś jak mantrę wszystkie media.

Jak się okazuje, dotychczas nie udowodniono żadnego związku pomiędzy wirusem Zika, a małogłowiem. Nie zanotowano też dotąd ani jednego przypadku „małogłowia skojarzonego z Zika” poza Brazylią. W samej Brazylii, ze zgłoszonych przypadków do Ministerstwa Zdrowia wynika, że spośród 404 potwierdzonych przypadków małogłowia było 17 dzieci, u których stwierdzono w badaniach nosicielstwo wirusa Zika, a więc tylko 4,2% przypadków.
I tylko na podstawie tych danych epidemiologicznych kobiety są ostrzegane, aby nie zachodziły w ciążę przez co najmniej dwa lata! Jeśli już spodziewają się dziecka, niektóre organizacje zachęcają je, aby wypłynęły specjalną łodzią aborcyjną na pełne morze, gdzie mogą spokojnie usunąć ciążę bez obaw o to, że urodzi im się dziecko z wadą wrodzoną ( w wielu krajach Ameryki Południowej aborcja jest wciąż nielegalna). Brzmi to niczym okrutny żart i zakrawa na wstęp do eugeniki. Zwłaszcza, gdy równocześnie rządy tych krajów, pod wpływem feministek oraz „międzynarodowej opinii publicznej” łagodzą swoje stanowisko wobec aborcji i promują antykoncepcję – oczywiście oficjalnie po to, aby ustrzec się zakażenia, ale de facto chodzi o kontrolę urodzeń.

Tak więc łączenie małogłowia u noworodków z fantomem „wirusa Zika” to czysta spekulacja. Celowo piszę tu „fantomem”, ponieważ w naukowych publikacjach nie znalazłem żadnych prac przedstawiających izolację, oczyszczenie i charakteryzację tego wirusa. Wszystko co można znaleźć, to eseje i literatura wtórna. Tzw. „zakażenie” wykrywa się za pomocą PCR, bądź testów przeciwciał. Pytanie w oparciu o co ustalono, że znalezione RNA to RNA wirusa, a przeciwciała mają być specyficzne dla antygenu wirusowego Zika, skoro nie udowodniono istnienia tego wirusa?

Zika, tak jak Ebola, MERS, SARS itp. to przykłady na to, że w dzisiejszej nauce nikt już nie pyta o dowody.

121.jpg

Moja ocena? To kolejny para-medyczny terror z politycznym i ekonomicznym tłem, wywołany przez łowców epidemii pod komendą EIS (Epidemic Intelligence Service), należącej do agencji CDC (Centers for Disease Control and Prevention), którą raczej wypadałoby dziś nazwać „Centers for Disease Creation”. Natomiast małogłowie oraz inne degeneracje u noworodków mogą być, poza kampanią szczepień DTP wśród kobiet w ciąży, wywołane działalnością takich oto szaleńców w skafandrach kosmicznych, jak na poniższej fotografii, rozsiewających trujące insektycydy.

1c488371-b791-4843-9e83-041c917c423e.jpg

Continue reading „Zika to Ebola w wersji 2.0. Kolejny serial z gatunku virus-fiction wyprodukowany przez CDC i WHO”

Ebola – brak dowodów na patogenność. Nauka w służbie polityki

a225.jpg Czy należy obawiać się wirusa Ebola, o którym jeszcze kilkanaście lat temu nikt nie słyszał, a który w ostatnim czasie zbiera podobno śmiertelne żniwo w środkowej Afryce i według „ekspertów” oraz usłużnych mediów lada moment rozniesie się na cały świat?

Uważna lektura poniższych publikacji rzuca nowe światło na nasze wyobrażenie o Eboli i każe się zastanowić nad tym, do jakiego stopnia władza i organizacje medyczne w perfidny sposób grają strachem przed epidemiami dla realizacji własnych celów. Okazuje się, że wywołujące medialną histerię filowirusy – Ebola i Marburg – zakładając, że naukowe kryteria ich odkrycia, izolacji i charakteryzacji zostały wypełnione (to akurat wzbudza moje poważne wątpliwości), są niezwykle rozpowszechnione w środkowej Afryce. Tak przynajmniej wskazują badania seroepidemiologiczne. Jak piszą autorzy jednej z publikacji z 1993 r.:

„Wirus Ebola wydaje się być najbardziej aktywnym filowirusem. 17,6% spośród badanej populacji Lobaye było seropozytywnych na reaktywne przeciwciała anty-Ebola, podczas gdy 1,2% sero-reaktywna z wirusowymi antygenami Marburg. (…) Wyniki naszych badań wskazują, że infekcje filowirusami są wśród mieszkańców gęstych tropikalnych lasów prowincji Lobaye, w Republice Środkowoafrykańskiej powszechne (…) Infekcje te wydają się przebiegać bez znaczących objawów chorobowych czy zwiększonej śmiertelności, co sugeruje, że afrykańskie filowirusy mogą być mniej patogenne w swoim naturalnym środowisku, niż sądzono lub że infekcje nimi nie są rozpoznawane, a więc mylone z niektórymi powszechnymi lokalnymi schorzeniami lub zdefiniowanymi kulturowo chorobami występującymi w lesie Lobaye.”

Link do tej pracy:  http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/8266403 i tu pełna wersja: https://www.dropbox.com/sh/cn7cb90c8y8rp56/AABHH-09srL5fG8zO7qUIUXsa/Johnson%201993-1.pdf?dl=0

W innej publikacji czytamy z kolei:
Biologiczne parametry [u chorych] nie są specyficzne dla zakażenia filowirusem, a większość danych pochodzi z eksperymentalnie zakażonych zwierząt (…) Tak wysokie seroczęstości wskazują na wysoki poziom cyrkulacji ZEBOV [specyficznych przeciwciał IgG wirusa Ebola] w środowisku tropikalnych lasów deszczowych i sugerują, że społeczności rolnicze są bardzo narażone na wirusa przy zupełnym braku, ewentualnie z łagodnymi objawami infekcji szczepami epidemicznymi…”

Link do tego artykułu na pubmed: http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/21722250 i pełna wersja: https://www.dropbox.com/sh/cn7cb90c8y8rp56/AABkXkFA61m-U5VbckrCi7fqa/Ebola%20antibody%20prevalence/Leroy%202011.pdf?dl=0

Udało mi się dotrzeć do jeszcze jednej ciekawej publikacji.

 Link: http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/2505350 i tutaj cała praca: https://www.dropbox.com/sh/cn7cb90c8y8rp56/AABtLdY_924fc4k-QGnmEXMAa/Ebola%20antibody%20prevalence/Gonzalez%201989.pdf?dl=0

Czytamy w niej m.in.:

W latach 1985 – 1987 wykonano badania serologiczne pod kątem gorączki krwotocznej na losowo dobranych 5070 mieszkańcach 6 krajów środkowej Afryki (Kamerunu, Republiki Środkowoafrykańskiej, Czadu, Konga, Gwinei Równikowej i Gabonu). Przeciwciała przeciw wirusowi Ebola znaleziono u 12.40% osobników!

Zaraz, zaraz, a gdzie wszystkie głodne sensacji media? Gdzie wirusowa histeria? Przecież informacje podane w powyższych publikacjach powinny stać się gorącym tematem medialnym! USA wysłały nawet w 2014 r. aż 3600 marines i spadochroniarzy  celem tłumienia „zarazy” w Liberii. W tym samym czasie do „walki z wirusem” Brytyjczycy wyekspediowali do Sierra Leone 750 komandosów z doborowych oddziałów specjalnych! Czy nie tak było? Przemilczam już kwestię, w jaki sposób biegający z karabinami żołnierze mieliby tłumić epidemię i pozostawiam to jedynie wyobraźni czytelnika. A może było inaczej i tak naprawdę Ebola stał się jedynie pretekstem do interwencji zbrojnej celem pacyfikacji tych obszarów? Państwa regionu posiadają m.in. największe na świecie zasoby złota i diamentów, a nie wgłębiając się zbytnio w ich sytuację społeczno-polityczną oraz w kwestię redystrybucji dochodów i administracji miejscowymi bogactwami naturalnymi, motywacja ekonomiczna mogłaby skłaniać światowe mocarstwa do przeróżnych, niekoniecznie chlubnych poczynań. Gdybym był rządowym doradcą któregoś z wielkich graczy na globalnej szachownicy i szukał pretekstu do zbrojnej interwencji w państwie afrykańskim, zasugerowałbym z całą pewnością szalejący wirus.

Aby czasem nikt nie zarzucił, iż cały ten trud polujących na wirusy poszedł na marne, autorzy ostatniej z wymienionych publikacji idąc w zaparte postanowili jakoś wybrnąć z całej sytuacji i wysunęli dość osobliwą tezę, która mogłaby wytłumaczyć powszechne występowanie przeciwciał przeciw wirusowi Ebola:

„Podsumowując, środowiska dalekie od tych, w których stwierdzono epidemie i wirusy, wysoka częstość występowania przeciwciał przy braku objawów klinicznych oraz nietypowy wzór odczynu serologicznego doprowadziły nas do postawienia hipotezy, iż w obiegu znajduje się wirus podobny do Ebola, występujący w centralnej Afryce, niemający właściwości patogennych wobec ludzi.”

Muszę przyznać, że jest to teza na miarę naszych czasów. Gdy czegoś nie jesteśmy w stanie wytłumaczyć, brak nam pomysłu, z pomocą zawsze przychodzą odpowiednie słowa – „wirus podobny do Ebola”. Ciśnie się na usta sentencja wypowiedziana przez Mefistofelesa w dramacie Faust:

Wszystko, co w ludzkim mózgu się nie mieści, co trochę mgliste, trochę osobliwe —

na wszystko znajdziesz nazwanie właściwe.”

Tak na marginesie. Nasuwa mi się na myśl kolejne pytanie, czy promowany ostatnio przez ratującą się przed zamknięciem rządową (wojskową) agencję CDC (Centers for Disease Control and Prevention) i spolegliwe media wirus Zika, to czasem nie Ebola w wersji 2.0, tyle że na innym kontynencie? Moim zdaniem cała historia z wybuchem epidemii Eboli została wymyślona w gabinetach chorych umysłowo urzędników i wsparta autorytetem nauki poprzez agencję propagandową – CDC. Żeby przekonać się, że to zwykłe oszustwo naukowe, na którym można świetnie zarobić, a przy okazji terroryzować opinię publiczną wystarczy sprawdzić, kto jest właścicielem patentu związanego z odkryciem tego wirusa. http://www.google.com/patents/CA2741523A1?cl=en

Wkręceni w boreliozę

2-lymska-borelioza-u-deti.jpg

Nie ukrywam, że jestem poirytowany, gdy w mediach głównego nurtu (dez-)informacji, tj. współczesnej broni masowego rażenia, słyszę lub czytam o nowej epidemii. Za każdym razem, gdy nieznana szerzej lub niezwykle rzadka choroba (zwłaszcza tzw. infekcyjna) nagle staje się wiodącym problemem, zapala mi się w głowie czerwona lampka, że jak zwykle musi chodzić o pieniądze. Od kilku dobrych lat palmę pierwszeństwa pod tym względem dzierży borelioza.

Wynajdźmy epidemię i wskażmy winnego

Jak niemal każda kolejna współczesna „epidemia”, ta jednostka chorobowa została opisana stosunkowo niedawno, bo dopiero w 1975 r., a siedem lat później amerykański naukowiec Willy Burgdorfer przedstawił światu czynnik patogenny, czyli krętki boreliozy, na jego cześć nazwane Borrelia burgdorferi, których nosicielami są powszechnie występujące w średnich szerokościach geograficznych kleszcze. Tak też brzmi dziś oficjalna nomenklatura.

Tu link do jego pracy naukowej:

http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC2590008/?page=1

Jednak po wnikliwym jej przeczytaniu wciąż nie mam przekonania co do tego, czy naukowiec wykazał, iż krętek jest przyczyną choroby. Natomiast przytoczone przez niego publikacje nie opisują bezpośredniej izolacji tego drobnoustroju z organizmu pacjentów, a jedynie pośrednie metody, jak np. mało precyzyjne testy serologiczne.

Jak sam Burgdorfer nadmienia, pierwsze hipotezy dotyczące etiologii rumienia wędrującego wskazywały na reakcję alergiczną po ukąszeniu przez kleszcza, na przykład w wyniku działania toksyny. Koncepcje te zarzucono, gdy Hollstroem wykazał skuteczność penicyliny w leczeniu rumienia. Jednak czy słusznie? Korzystne działanie penicyliny mogło w tym przypadku nie mieć nic wspólnego ze zwalczaniem infekcji bakteryjnej lecz z (pozytywnym) efektem ubocznym zażywania antybiotyku, tj. oddziaływaniem na układ współczulny, co przełożyło się na zmniejszenie obrzęku i bólu. Dokładnie tak samo, jak w przypadku steroidów czy cytostatyków. Ustępujący chwilowo objaw był wówczas fałszywie utożsamiany z przezwyciężeniem infekcji. Koncepcji takiej jednak nie podjęto i z góry założono, że tu musi chodzić o jakąś specyficzną bakterię.

Z kolei w 1955 r. cytowany przez Burgdorfera Binder rzekomo udowodnił czynnik infekcyjny dokonując u ochotników przeszczepienia materiału biologicznego pochodzącego z biopsji od pacjenta podejrzewanego o nosicielstwo owego czynnika. Trudno nazwać takie eksperymenty, nienaturalnie ingerujące w biologię człowieka, naukową metodą. Tym  bardziej, że nie zastosowano w nich odpowiednich procedur, jak wydzielenie grupy kontrolnej.

Burgdorfer wspomniał w swojej publikacji także doświadczenia Lennhoffa z 1948 r., który miał wykazać obecność „elementów wykazujących cechy morfologiczne bakterii krętka” – cokolwiek miałoby to oznaczać (wyniki tych badań nie są z resztą dostatecznie udokumentowane) – oraz o wskazanych przez tamtego „leczniczych właściwościach penicyliny” (reklama nowego wówczas leku?). Jak sam jednak stwierdził, decydującego dowodu wciąż brak, ponieważ nikt nie powtórzył tych eksperymentów i do dziś nie przedstawiono dowodów wskazujących na ten czynnik etiologiczny.
Najciekawsze w pracy Burgdorfera są wyniki jego badań nad kleszczami. Stwierdził on obecność pojedynczych krętków w jelitach kleszczy (w niektórych przypadkach ewentualnie w nabłonku jelit), jednak nie potrafił wykazać w jaki sposób bakterie te dostają się do organizmu człowieka, a wobec ich nietypowego zachowania (ograniczona liczba, brak infekcyjności u kleszczy) uznał, iż nie można wykluczyć, że to inne stawonogi, jak komary, bąki bydlęce, mogą mieć udział w przenoszeniu patogenu, będącego przyczyną boreliozy. Tak więc w świetle publikacji tego naukowca – przypomnijmy „odkrywcy czynnika etiologicznego boreliozy” – te wszystkie przerażające informacje medialne o zarażających krwiopijcach – kleszczach –  są póki co czystą spekulacją. Mamy w tym przypadku do czynienia z klasycznym mechanizmem w naukach medycznych, gdzie postawiona pojedyncza hipoteza, mimo braku wystarczających dowodów zamieniana jest wkrótce w dogmat i nikt nie pyta o co w tym wszystkim chodzi. Brzmi to jak pomysł, że na planecie X mieszkają zielone ludziki i proszę udowadniajcie nam teraz niedowiarki, że ich tam na pewno nie ma.

Continue reading „Wkręceni w boreliozę”