Rola gorączki i chorób infekcyjnych w spontanicznej remisji nowotworów

GetFile.jpg

Pozbyć się nowotworu na trwałe? Do tego spontanicznie, bez żadnych drogich cytostatyków, radioterapii, bez wycięcia guza? Tego raczej nie usłyszymy od lekarza onkologa. Z resztą trudno się dziwić, skoro nawet na uczelniach medycznych kwestia spontanicznej regresji (remisji) nowotworu traktowana jest w kategoriach niewyjaśnionych cudów medycznych. Również z innych pozamedycznych powodów nie możemy się spodziewać w najbliższym czasie rewolucji w tym zakresie. Szeroko rozumiany przemysł onkologiczny rozwinął się dziś do takich rozmiarów i przynosi takie dochody, że nawet wbrew faktom naukowym nikt z establishmentu medycznego nie wyjdzie przed szereg i nie odważy się kwestionować  przyjętych onkologicznych procedur. Nie spodziewamy się chyba, że onkolodzy mieliby podcinać gałąź, na której siedzą.

Terapie nowotworowe są dziś ustandaryzowane i wciąż doskonalone, ale zaskakuje fakt, iż według konkluzji zawartej przez naukowców w 1999 r. współcześnie chorzy na raka nie mają się lepiej, niż pacjenci leczeni 50 lub więcej lat temu. Tymczasem spontaniczne wyzdrowienie z nowotworu jest zjawiskiem, które obserwuje się od tysięcy lat. Do niedawna fenomen ten był przedmiotem wielu kontrowersji, jednak obecnie zaakceptowano go jako fakt bezsporny. Przegląd ostatnich doniesień pokazuje, że remisja i trwałe wyleczenie z nowotworu związane są zazwyczaj z ostrymi infekcjami, gorączką i immunostymulacją.

W naszych nieustających próbach pokonania raka wykraczamy poza naturę i często umykają nam okoliczności, które to właśnie natura dostarcza nam w leczeniu dolegliwości. W jednym z postów wspominałem, że gorączka związana z infekcją jest o wiele bardziej skuteczna w nowotworowej kuracji, niż jakakolwiek szerzej stosowana przez medycynę zachodnią metoda leczenia.

https://pubmedinfo.wordpress.com/2016/04/08/geneza-nowotworow-zaburzenia-chromosomalne-czyli-aneuploidalna-teoria-raka/

Już w 1899 roku brytyjski badacz nowotworów D’Arcy Power obserwował, cyt: „Gdzie malaria jest powszechna, rak jest rzadkością”. Od 1929 do 1991 r. przeprowadzono co najmniej 15 badań, w tym 8 kliniczno-kontrolnych, na temat związku pomiędzy infekcją a nowotworem i we wszystkich poza jednym stwierdzono, iż przebycie tzw. choroby zakaźnej zmniejsza ryzyko zachorowania na raka.

Można więc wnioskować, iż infekcje połączone z gorączką nie są jakimiś bezsensownymi przypadłościami i współczesne przekonanie o konieczności obniżania temperatury do 36,5°C za wszelką cenę, w imię komfortu pacjenta, jest działaniem wbrew naturze i zdrowemu rozsądkowi.

Dobrodziejstwa gorączki wykorzystuje się z resztą od jakiegoś czasu z powodzeniem w leczeniu nowotworów poprzez hipertermię ogólnoustrojową, gdzie dostarcza się pacjentowi energii cieplnej, sztucznie podwyższając temperaturę jego ciała do poziomu 38°C – 42°C, imitując tym samym naturalną eutermię. W Niemczech działa już co najmniej kilkadziesiąt ośrodków oferujących podobne zabiegi. Takie nowatorskie metody ewidentnie nie są na rękę organizacjom skupiającym onkologów, hojnie dotowanym przez koncerny farmaceutyczne, pomimo że są to jedynie terapie uzupełniające wobec standardowego leczenia. Być może chodzi o to, że część naukowców zorientuje się w końcu, iż chemioterapia nie przynosi pacjentom żadnych korzyści, natomiast radioterapia odznacza się niewielką skutecznością i zacznie się proces odchodzenia od nich na rzecz form terapii  wykorzystujących naturalne mechanizmy.

Tutaj mamy odpowiedź towarzystw onkologicznych w kwestii popularyzowanej ostatnio hipertermii:

http://www.rynekzdrowia.pl/Serwis-Onkologia/Stanowisko-srodowisk-onkologicznych-w-sprawie-hipertermii,152686,1013.html

Organizacje te, pomimo że ich członkowie nie mogą pochwalić się wynikami „tradycyjnych” inwazyjnych metod leczenia, to „z dużym zaniepokojeniem przyjmują działalność prowadzoną w kilku miastach w Polsce przez centra hipertermii(…) praktyki realizowane w wymienionych instytucjach nie znajdują oparcia w dowodach naukowych i mogą być potencjalnie szkodliwe”.

Pod stanowiskiem podpisały się m.in.: Polskie Towarzystwo Onkologiczne, którego partnerami (sponsorami) są m.in.: Roche, Novartis, Boehringer-Ingelheim, GSK, AstraZeneca; następnie Polskie Towarzystwo Onkologii Klinicznej – partnerem ich serwisu internetowego jest Novartis Oncology; dalej Polska Unia Onkologii – dotowana przez GSK. To tak na marginesie, gdyby czytelnik miał wątpliwości, w czyim imieniu działają te kółka wzajemnej adoracji i kto mógłby potencjalnie stracić na nieinwazyjnych, stosunkowo tanich terapiach.

Znaczenie gorączki

Zatrzymajmy się na chwilę przy gorączce. Jak w ogóle powstaje? Ośrodkiem regulującym temperaturę ciała, w tym również sterującym mechanizmami utrzymywania stanu gorączki, jest podwzgórze, które w razie potrzeby zmienia punkt nastawczy powyżej normy. Organizm zaczyna wówczas intensywnie produkować ciepło poprzez termogenezę, zapobiegając jednocześnie jego utracie. Trwa to do momentu osiągnięcia temperatury nowego punktu nastawczego, zupełnie tak, jak w przypadku termostatu w grzejniku. Przy tym mechanizmy chłodzenia są całkowicie sprawne. Można więc założyć, że gorączka spełnia sensowną rolę w naszym organizmie i jest zaprogramowanym ewolucyjnie działaniem.

Jak wykazał eksperymentalnie Botkin (1832-1889), gorączka (wbrew obowiązującej doktrynie) może być wywołana w przypadkach, gdy nie ma we krwi żadnych substancji powodujących podniesienie się ciepłoty ciała, np. pod wpływem neuropsychicznym lub po przecięciu odpowiedniej części mózgu. Udowodnił, że termoregulacja nie jest chemicznym procesem, lecz neurofizjologicznym i występuje na drodze odruchów. Podkreślał, że nie można zrozumieć istoty chorób przy uwzględnieniu etiologii czy zmian anatomicznych, a bez wyjaśnienia roli układu nerwowego w rozwoju procesu chorobowego.

Tak więc to nasz wewnętrzny komputer – mózg, decyduje o tym, że w danym momencie należy podnieść temperaturę ciała na inny, wymagany w danej sytuacji punkt nastawczy. Jest to działanie sensowne, zaplanowane i ściśle wg harmonogramu. Ingerowanie w ten proces za pomocą farmaceutyków może przynieść więcej szkód, niż korzyści.

Pamiętając, że komórki rakowe w związku z ich nierównowagą chromosomalną są niezwykle wrażliwe, to właśnie gorączka może spełniać rolę katalizatora procesów chemicznych, doprowadzając do regresji nowotworu poprzez apoptozę. Tkanka nowotworowa jest mniej stabilna od otaczającej ją zdrowej, a więc niższa jest też temperatura potrzebna do rozpadu komórek rakowych.

Home-Remedies-for-Common-Fever.jpg

Choroby infekcyjne

A jaka jest natura samej infekcji? Czy możliwe aby było to celowe działanie natury?

Na kluczowe pytanie, jakie są przyczyny zapalenia płuc czy ucha środkowego, nie można odpowiedzieć poprzez zwyczajne napiętnowanie mikrobów jako śmiertelnych wrogów i ich zgładzenie. Ludzie uczepili się, aby oczerniać mikroby, ponieważ są uwięzieni w swej koncepcji istnienia wroga, a ich tunelowe widzenie skupione jest tylko na drobnoustrojach. Jest to postrzeganie, które właściwie zaczęło się od Louisa Pasteura, który jako uznany badacz rozpowszechnił opinię, że bakterie występują wszędzie w powietrzu. Tak więc powstała koncepcja, że bakterie (jak grzyby i wirusy) mogą z fatalnym skutkiem zstępować na ludzi i zwierzęta, niczym roje szarańczy.

Jednak bliższe obserwacje ukazują, iż bakterie nie żyją wyizolowane w otwartym powietrzu. Przeciwnie, one istnieją zawsze razem z komórkami i częściami tkanek.

Przy wnikliwej obserwacji rozwoju chorób, szczególnie w procesach infekcyjnych, uszkodzenia organizmu następują na początku choroby i dopiero potem postępuje aktywność bakteryjna,”

mówi lekarz internista Johann Loibner.

Każdy może zaobserwować to u siebie. Jeśli umieścimy zanieczyszczenie w świeżej ranie, pojawią się też inne bakterie. Po penetracji ciała obcego, pojawiają się bardzo specyficzne drobnoustroje, które po jego usunięciu lub uwolnieniu od niego same odchodzą i już więcej nas nie zasiedlają. Jeśli uszkodzimy naszą błonę śluzową dróg oddechowych poprzez hipotermię (nadmierne schłodzenie), wówczas pojawiają się również owe bakterie, które, w zależności od ostrości i czasu przebiegu hipotermii oraz kondycji danej osoby, mogą zniszczyć dotknięte nią komórki i doprowadzić do ich wydalenia, kataru.”

Tak więc alternatywą dla dotychczasowej wizji drobnoustrojów jako patogenów jest postrzeganie ich przez pryzmat pozytywnej roli, jaką mają do spełnienia w naszych organizmach. Uważnie obserwując otaczające nas środowisko widzimy, że bakterie i grzyby biorą udział w obróbce i rozkładzie szczątek roślin i zwierząt do witamin i minerałów. Dokładnie takie samo zadanie wykonują w naszym przewodzie pokarmowym, gdzie z resztek żywności pobierają potrzebne substancje odżywcze i dostarczają je organizmowi. Dlaczego zatem mikroorganizmy nie miałyby odgrywać pożytecznej roli w przypadku np. gruczolakoraków? Być może zwyczajnie pomagają nam w pozbyciu się zbędnej tkanki narosłej w procesie nowotworzenia.

W kwestii wirusów pisałem już wielokrotnie w poprzednich artykułach. Przytoczę może kilka zdań z książki „Virus Mania” T. Engelbrechta i C. Köhnleina:

„Skrzywione pojmowanie bakterii i grzybów oraz ich funkcji przy nieprawidłowych procesach ukształtowało nastawienie wobec wirusów. Końcem XIX w., gdy teoria mikrobów urosła do rangi bezspornej medycznej wykładni, praktycznie nikt nie potrafił wykryć wirusów. Ich średnica, to zaledwie 20 – 450 nanometrów (miliardowych części metra) i w związku z tym są o wiele mniejsze, niż bakterie czy grzyby – tak maleńkie, że można je dostrzec jedynie pod mikroskopem elektronowym. A pierwsze takie urządzenie zbudowano dopiero w 1931 r. Pasterianie’ już w XIX w używali określenia ‚wirus’, lecz odnosiło się ono do łacińskiego zwrotu ‚virus’ (oznaczającego truciznę) dla opisywania organicznych struktur, których nie można było zaklasyfikować jako bakterii.  Było to idealnym wpasowaniem się w koncepcję wroga: jeśli nie można znaleźć bakterii, wówczas jakaś inna pojedyncza przyczyna musi odpowiadać za chorobę.”

Wiele sprzeczności narosło w związku z tą teorią o śmiertelnie groźnych wirusach, co zostało ukazane przy epidemii ospy prawdziwej, którą nawet dziś chętnie wykorzystuje się do wzniecania epidemicznej paniki. Główny nurt badań nad wirusami i medycyna zakładają, iż wirusy są „zakaźnymi” patogenami, które aktywnie, niczym pasożyty rozprzestrzeniają się w komórkach (z pomocą enzymów i innych elementów komórek) oraz multiplikują się, ostatecznie atakując, a czasem zabijając komórki.

Jak czytamy dalej – „Jakby przerażająco to nie brzmiało, brak jest naukowego poparcia dla takiego twierdzenia. Aby je zaakceptować, musi zostać udowodnione istnienie tych tzw. „wirusów zabójców”. I tu właśnie jest pies pogrzebany. Nigdy nie przedstawiono konsekwentnych, istotnych z punktu widzenia naukowego dowodów.”

Badania nad spontaniczną regresją nowotworów

W 2011 r. na łamach Journal of Natural Science, Biology and Medicine ukazała się praca dr Jessy Thomas pt: „Immunity over inability: The spontaneous regression of cancer” na temat roli odporności wrodzonej indukującej proces zdrowienia nawet w zaawansowanych stadiach nowotworów.

Tutaj link do publikacji:
https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC3312698/

Czytamy w niej:

Słowo spontaniczny oznacza „bez widocznej przyczyny”, a regresja definiowana jest jako zmniejszenie wielkości guza lub zasięgu nowotworu w organizmie zgodnie z National Cancer Institute (NCI). Spontaniczna regresja występuje w wielu rodzajach nowotworów i rejestrowana była w literaturze medycznej już w 1742 r. Dwaj lekarze, dr Tilden Everson i dr Warren Cole, przedstawili w 1960 roku standardową definicję spontanicznej regresji jako „częściowy lub całkowity zanik guza złośliwego przy zaniechaniu leczenia, bądź w obecności terapii uznanej za niewystarczającą do wywarcia znaczącego wpływu na przebieg choroby”. Definicja ta wymagała kolejnego założenia, iż pierwotna obecność raka została sprawdzona poprzez mikroskopowe badanie tkanek.
Spontaniczna regresja nowotworu nie jest rzadkim zjawiskiem, jak mogłoby się wydawać; w 2002 r. czasopisma medyczne publikowały co miesiąc średnio ponad cztery artykuły na ten temat. (…) Jest zjawiskiem obserwowanym od setek, jeśli nie tysięcy lat. Chociaż termin „spontaniczna” oznacza „bez żadnej widocznej przyczyny,” przegląd raportów pokazuje, iż regresje na ogół współwystępują z ostrymi infekcjami. Savarrio i inni mieli zgłosić pierwszy przypadek spontanicznej regresji nowotworu jamy ustnej z podzbioru-chłoniaków nieziarniczych. (…) King i in. odnotowali przypadek całkowitej spontanicznej regresji przerzutowego czerniaka skóry w przerzutach do węzłów chłonnych przyusznych i szyjnych.

(…) Zjawisko spontanicznej regresji znane jest także jako nowotwór św. Peregryna. Peregrine Laziozi (1265-1345), młody ksiądz, został dotknięty rakiem kości piszczelowej, wymagającej amputacji nogi; Zmiana patologiczna urosła do tego stopnia, że przebiła się przez skórę i została poważnie zainfekowana. Jakimś cudem, zanim nastąpił moment planowanej operacji jego lekarz zdumiony stwierdził, że nie ma żadnych oznak nowotworu. Nigdy więcej u św. Peregryna guz się nie pojawił. Chociaż w ciągu ostatnich kilkuset lat opublikowano liczne przypadki spontanicznej regresji guza, takie sprawozdania stały się rzadkością w obecnej literaturze medycznej. Praktycznie wszystkie z tych raportów odnotowują regresję raka i towarzyszące jej infekcje, jak: błonica, rzeżączka, zapalenie wątroby, grypa, malaria, odra, ospa, kiła, gruźlica, a także różne inne ropne i nieropne zapalenia. Obserwacja tego nieswoistego wpływu doprowadziła do powstania w XIX w. aktywnych form immunoterapii raka.

W 1891 roku William B.Coley, młody chirurg kości w nowojorskim Memorial Hospital  zaczął poszukiwać nowego podejścia do leczenia guzów, po stracie swojego pierwszego pacjenta z rakiem. Nieoczekiwanie natknął się na przypadek pacjenta spośród imigrantów z mięsakiem rozmiaru jaja na lewym policzku. Mięsak był operowany dwukrotnie ale wciąż następował jego nawrót w postaci 4,5 calowego, podobnego do winogrona klastra poniżej lewego ucha. Rozległa rana po operacji nie mogła zostać zamknięta i przeszczepy skóry były bezskuteczne. Paradoksalnie, ta niemożność zamknięcia rany odegrała kluczową rolę w wyleczeniu pacjenta. Guz postępował, a ostatnia operacja tylko częściowo doprowadziła do jego usunięcia; rana została poważnie zainfekowana różą przez Streptococcus pyogenes, a u pacjenta rozwinęła się wysoka gorączka. Niewiele można było zrobić, aby zapobiec zakażeniu, lecz co zaskakujące, po każdym ataku gorączki wrzód ulegał stopniowemu gojeniu; guz zmniejszył się, aby w końcu zniknąć całkowicie. Podczas kolejnego badania u pacjenta, który miał wciąż rozległą bliznę po poprzednich operacjach, nie było ani śladu po nowotworze i od momentu wypisania do domu cieszył się wówczas już 7 lat doskonałym zdrowiem.

p02ldclj.jpg

Coley podejrzewał, że w jakiś sposób infekcja była odpowiedzialna za cudowne ozdrowienie. Później uświadomił sobie, iż aktywowana odporność pacjenta w odpowiedzi na ostrą infekcję była czynnikiem kluczowym w regresji nowotworu. Postanowił wystawić swą teorię na próbę i zainfekować kolejnych swoich 10 pacjentów różą. Problem z tym podejściem szybko stał się oczywisty; czasem trudno było wywołać infekcję, w innych przypadkach nastąpiła zbyt silna reakcja i objawy choroby ustąpiły. Jednak od czasu do czasu, infekcja była śmiertelna.
Coley skupił się więc na produkcji szczepionki opartej na zabitych bakteriach, tj. na immunoterapii. Jednak, jak podkreślał, to indukcja gorączki była kluczowym aspektem leczenia, gdyż objawy ostrej reakcji gorączkowej związane były przeważnie z regresją nowotworu. W przeszłości przypadkowe infekcje w istocie zainspirowały wiele różnych prymitywnych rodzajów immunoterapii raka.

Jak czytamy w przytoczonej publikacji:

Stymulowana immunoterapia umarła śmiercią naturalną w drugiej połowie XX wieku z wielu powodów. Po pierwsze w wyniku pojawienia się nowszych koncepcji aseptyki, chirurgia raka, jak każda inna operacja stała się jałową procedurą wobec nielicznych pooperacyjnych infekcji, zwłaszcza od momentu aseptycznych technik Listera w XIX w. Po drugie, w chwili śmierci Coleya w 1936 r., radioterapia stała się uznanym sposobem leczenia raka, a chemioterapia powoli zyskiwała akceptację. Takie terapie choć bardzo immunosupresyjne, można było łatwiej standaryzować, niż w przypadku metod Coleya. Po trzecie, podawanie antybiotyków dodatkowo zmniejszało częstość występowania zakażeń pooperacyjnych, a leki przeciwgorączkowe zaczęto stosować rutynowo w celu wyeliminowania gorączki oraz nieprzyjemnych objawów reakcji immunologicznej, a w końcu wreszcie z powodu nieprzychylnego [wobec immunoterapii Coleya] podejścia kompleksu regulacji przemysłu medycznego lat 60-tych XX w.

Od czasów Coleya terapie nowotworowe poddano standaryzacji i stale udoskonalano, lecz te ulepszenia doprowadziły w przeważającej części bardziej do wydłużania czasu trwania choroby niż wyleczenia. Na przykład, gdy American Cancer Society twierdzi: „Dziś znacznie więcej niż połowa wszystkich nowotworów jest uleczalna”, to odnosi się do faktu, iż około 60% pacjentów z rozpoznaniem raka w okresie 1989/96 przeżyło co najmniej 5 lat. Według National Cancer Institute wskaźnik 5-letniego przeżycia obejmuje osoby, które przeżywają 5 lat od momentu postawienia diagnozy, zarówno w przypadkach remisji, wyleczonych pacjentów, jak i tych w trakcie leczenia. Koncepcja ta jest daleka od ideału osiągnięcia całkowitego wyleczenia. Po dziś dzień wcześniejsza diagnoza jest najważniejszym czynnikiem wpływającym na obserwowane wydłużenie 5-letniej przeżywalności. Obecnie w literaturze medycznej obniżono standard przeżywalności choroby nowotworowej z dawniejszych 5 lat do zaledwie 3 i stąd mamy wzrost odsetka wskaźnika przeżyć.

Podstawowe terapie nowotworowe, tj. chirurgia, radioterapia i chemioterapia, powszechnie akceptowane i praktykowane mają swoje pułapki. Ryzyko, defekty, koszty, specjalistyczne umiejętności i etyka lekarska są często związane z tymi procedurami. Nawet chirurgia, najbardziej akceptowalna z tych trzech w leczeniu większości nowotworów wywołuje etyczne dylematy.
(…)

Skutki napromieniowania często są tymczasowe i mają niewielki wpływ na wskaźniki przeżycia. W jednym z badań 3000 chorych na raka piersi stwierdzono, że wyniki u pacjentów, których poza zabiegiem poddano promieniowaniu nie były lepsze, niż u pacjentów, których jedynie zoperowano. Olbrzymią wadą radioterapii jest, tak jak w przypadku chirurgii, iż zwyczajnie nie jest skuteczna w kontrolowaniu przerzutów nowotworów. Chemioterapia i radioterapia do pewnego stopnia są wysoce immunosupresyjne, a więc infekcje u pacjentów, którzy zostają poddani takim zabiegom nie prowadzą do immunostymulacji. Dodatek antybiotyków dodatkowo pozbawia chorych korzyści płynących z odpowiedzi immunologicznej i ewentualnego późniejszego cofnięcia się nowotworu.

Chemioterapia w przypadku nowotworów głowy i szyi może spowodować czasowe zmniejszenie wielkości guza, ale nie przekłada się to na wydłużenie czasu przeżycia pacjentów, opanowanie guza pierwotnego lub zmniejszenie ryzyka występowania przerzutów. FDA zatwierdziła ponad 80 leków przeciwnowotworowych, z których 40 to chemioterapeutyki. Leki te hamują podział komórek, czyli zasadniczą aktywność układu immunologicznego, przez co bardziej tłumi stopień i efektywność odpowiedzi immunologicznej. W związku z tym osłabiona jest zdolność organizmu do obrony przed istniejącym nowotworem; są one również neo-karcynogenne, co może prowadzić do rozwoju kolejnych nowotworów, których jeszcze nie było przed podaniem chemioterapii.
(…)

Spontaniczna regresja jest dobrze udokumentowanym i naturalnym zjawiskiem. Badania tego fenomenu mogą doprowadzić nas do lepszego zrozumienia naturalnej historii choroby nowotworowej, która tak często rozwija się, ale rzadko ulega zmniejszeniu. Względna rzadkość występowania spontanicznej regresji obecnie może wynikać z immunosupresyjnego charakteru konwencjonalnych terapii nowotworów. Spontaniczne wyleczenie, po tym jak bywało przedmiotem wielu kontrowersji, jest obecnie uznany za fakt bezsporny.

Reklamy