Czy akcja „V V” była mistyfikacją komunistycznych władz? Kulisy epidemii ospy prawdziwej we Wrocławiu w 1963 r.

 

z14308529Q,--Gdy-15-lipca-wladze-przyznaly-oficjalnie--ze-we-.jpg

Socjalizm bohatersko walczy z problemami nieznanymi w żadnym innym ustroju.

Stefan Kisielewski (1911–1991)

Epidemie Strachu

Świadomość zagrożenia zarazą ma charakter irracjonalny, wywołuje w społeczeństwie panikę i powoduje, że ludzie przestają myśleć i zachowywać się logicznie. Tak więc nie dziwi fakt, iż strach przed straszliwym pomorem był przynajmniej od czasów średniowiecznych wykorzystywany przez rządzących jako potężne narzędzie do kontroli społecznej oraz jako oręże w kampaniach wojennych. Według obowiązującej nomenklatury bezpośrednią przyczyną upadku państwa Azteków miała być ospa. Zapominamy przy tym o okrutnych wyprawach wojennych chciwych i pomysłowych konkwistadorów, mających przewagę nad Indianami dzięki konnicy i broni palnej. Epidemiczna panika stała się elementem wielu wojen psychologicznych, jak choćby Polski z Rosją w XVIII w. Polacy zwykli podsycać epidemiczną psychozę, aby przegrupować wojska, zorganizować zaopatrzenie pogranicznych twierdz czy podjąć działania wywiadowcze. „Epidemie” miały swój znaczący epizod również w wojnie północnej (1700-1721) czy w wojnie o sukcesję polską (1733-1735). Końcem XVIII w. Prusy i Austria wykorzystały dżumę jako pretekst do dokonania aneksji terytoriów pogranicznych Rzeczypospolitej, rzekomo pod pozorem tworzenia tzw. kordonów sanitarnych. Jak się później okazało, działania te były wstępem do I rozbioru. Wraz z początkiem 1831 roku, tj. tuż po wybuchu powstania listopadowego w Królestwie Polskim miała wybuchnąć rzekomo przywleczona przez wojska carskie epidemia cholery.

Im bardziej wgłębiamy się w anatomię kolejnych epidemii, tym bardziej staje się oczywisty ich związek z rozruchami społecznymi czy konfliktami zbrojnymi. Ogłoszenie stanu epidemii w kraju sąsiedzkim ułatwiało rządzącym wytyczanie kordonów sanitarnych dla ochrony własnego terytorium przed rozprzestrzenianiem się ruchów rewolucyjnych lub dokonywania aneksji (rozbiory Rzeczypospolitej). Podejrzanie wygląda także mit ospy z okresu wojny francusko – pruskiej w latach 1870 – 1871, za czym może stać próba usprawiedliwienia wysokiej liczby ofiar walk po własnej stronie (oddziały francuskie miały stracić w wyniku zachorowań na ospę 23.000 żołnierzy!) i obwinianie o przywleczenie zarazy pruskich żołnierzy. Ci z kolei, pomimo znacznie mniejszych strat, winili o to samo oddziały francuskie.

Dziś niewiele jednak nauczyliśmy się z doświadczeń z przeszłości. Istnieje jeszcze wiele pytań bez odpowiedzi na temat przyczyn grypy „hiszpanki” z 1918r. (masowe akcje szczepień żołnierzy i toksyczne dawki salicylanów) oraz roli wirusów w przypadku polio – choroby Heinego-Medina – po II wojnie światowej (m.in. neurotoksyczność masowo używanych trujących insektycydów DDT).

Wątpliwa wydaje się być próba wyjaśnienia występowania epidemii od strony naukowej, ponieważ nie dotykają one całych populacji. Oficjalna nomenklatura mówi jedynie o „ogniskach epidemii”, tj. pojedyncze zachorowania o podobnych objawach łączy się ze sobą i tworzy wirtualne klastry. Epidemiolodzy nie potrafią na przykład wyjaśnić, dlaczego pomimo powszechnej medialnej histerii objawy „chorób zakaźnych” (no może poza zwykłym przeziębieniem) występują jedynie u niektórych i do tego nie są identyczne. Natomiast u przeważającej większości osób z bezpośredniego otoczenia, mimo długotrwałej ekspozycji, brak jakichkolwiek symptomów chorobowych. Czasem schorzenia uważane za zakaźne mają wyłącznie charakter endemiczny, a więc skupiają się na określonym obszarze, co może być związane np. z zanieczyszczeniem środowiska naturalnego, a zwłaszcza ujęć wody pitnej. Właśnie w zatruciach pokarmowych, spowodowanych piciem skażonej wody z miejskich ujęć upatrywałbym przyczyn masowych pomorów notowanych już od średniowiecza. Tymczasem mieszkańcy miast w starożytnym Cesarstwie Rzymskim, którym dostarczano czystą wodę akweduktami i którzy mogli korzystać z publicznych łaźni, nie doświadczali problemu epidemii.

Dogmat pojedynczych przyczyn chorób ostatecznie został ukształtowany przez mikrobiologię, dominującą końcem XIX w., głoszącą iż specyficzne mikroorganizmy (wirusy, bakterie, grzyby) są odpowiedzialne za konkretne choroby, włączając w to powszechne epidemie, jak ospa, cholera czy gruźlica. Takie proste wyjaśnienie ich genezy miało przede wszystkim służyć przyszłym zyskom rodzącego się wówczas przemysłu farmaceutycznego. Jednak po dziś dzień koncepcje te są jedynie zbiorami hipotez nieudowodnionych naukowo.

Wracając do ospy, już od czasów starożytnych źródła wspominają o tej dziesiątkującej ludzkość chorobie. Niewiele jednak o niej wiemy ze względu na to, że pod definicję ospy mogły być podciągane rozmaite zróżnicowane schorzenia.

Trudno też jednoznacznie stwierdzić z czym tak naprawdę mieliśmy do czynienia w przypadku ogłoszonej przez komunistyczne władze epidemii ospy prawdziwej w lipcu 1963 r. Jak wspomina lekarz uczestniczący w wydarzeniach wrocławskich lato owego roku było latem stulecia. Temperatura sprzyjała rozkładowi resztek organicznych, które mogły zanieczyścić sieci wodociągowe. Również niski poziom higieny mógł sprzyjać zatruciom pokarmowym, które, objawiały się np. gorączką, biegunką i wysypką, natomiast u osób w silnym stresie oksydacyjnym, tj. skrajnie przemęczonych, niedożywionych, o obniżonej odporności i chorych na przewlekłe schorzenia mogły kończyć się groźnymi powikłaniami. Innym istotnym czynnikiem, który należy brać pod uwagę jest fakt, iż w okresie powojennym wrocławski system  zaopatrzenia w wodę kształtował się w warunkach jej głębokiego niedoboru w mieście. Od 1871 roku działała wieża ciśnień na Grobli, która stała się jednym z głównych elementów centralnego systemu wodociągowego. Wodę czerpano z rzeki Oławy (awaryjnie z Odry). Natomiast od 1904 r. korzystano głównie z gruntowych ujęć na Świątnikach. Na ile proces uzdatniania wody przy stosowanych wówczas technologiach był stuprocentowo skuteczny i bezpieczny, trudno dziś stwierdzić. Faktem jest, że wraz z budową instalacji sanitarnych i poprawą metod uzdatniania wody pilnej, rugowano w ostatnim wieku wiele chorób, których źródłem były zanieczyszczenia organiczne. Jednocześnie pojawił się inny problem, wprowadzenie pestycydów w rolnictwie i zanieczyszczeń chemicznych z fabryk, które potem trafiały do obiegu wodnego. Okres kryzysu w dostępie Wrocławia do wody zakończył się dopiero w 1982 r. po zakończeniu budowy nowego zakładu uzdatniania.

Oficer SB kontaktem „0”

Ospowy dramat Wrocławia swój prolog miał w „ważnym” gabinecie. Andrzej Ochlewski, ginekolog, który później odegrał kluczową rolę w akcji „VV”, był wtedy kierownikiem Wydziału Zdrowia Miejskiej Rady Narodowej. – W kwietniu 1963 roku zostałem poproszony do Komitetu Wojewódzkiego PZPR. W gabinecie „pierwszego” siedziało dwóch oficerów służb specjalnych. Wyłuszczyli mu sprawę tonem nieznoszącym sprzeciwu: agent polskiego wywiadu musi wyruszyć z misją specjalną do Indochin. Nie może pojechać jako podpułkownik Bonifacy Jedynak, więc musi mieć dokumenty na inne nazwisko, w tym książeczkę szczepień. Andrzej Ochlewski nie zamierzał dyskutować z oficerami wywiadu, chodziło w końcu o sprawę wagi państwowej. – Wziąłem oryginalną książeczkę podpułkownika z potwierdzonym szczepieniem i na jej podstawie, wykorzystując swoje stanowisko, załatwiłem drugą w sanepidzie, ale na inne nazwisko. Dali mi na to dwie godziny.

Na czym polegała tajna misja? – Był oddelegowany do kontroli polskich placówek dyplomatycznych w Indiach, Birmie i chyba w północnym Wietnamie – opowiada doktor Tadeusz Hawling ze Szpitala MSW przy ul. Ołbińskiej, który leczył tajemniczego oficera. Inni podają jednak, że celem podróży był Pakistan. Tak więc nie jest ustalone do końca czy i gdzie w owym czasie agent Służby Bezpieczeństwa przebywał. Trzeba pamiętać, że Bonifacy Jedynak w interesującym nas okresie (1957-1964) był zastępcą komendanta wojewódzkiego Milicji Obywatelskiej ds. SB. Jak donosi IPN oficer ten brał w 1968 r. czynny udział w akcji „Dunaj” podczas interwencji w Czechosłowacji, co świadczy o jego kluczowej roli jako zaufanego agenta w polityce najwyższych władz PRL.

Pierwsze oznaki „epidemii”

15 VI 1963 r. zachorowała salowa Szpitala MSW, która miała wcześniej sprzątać izolatkę agenta SB B. Jedynaka. Wystąpiły u niej objawy ostrej wysypkowej choroby i w związku z tym zgłosiła się do lekarza. Została skierowana do Szpitala Zakaźnego przy ul. Piwnej we Wrocławiu, gdzie w dniach 22 VI – 3 VII 1963 r. przebywała z rozpoznaniem ospy wietrznej.

Mniej więcej w tym samym czasie, tj. ok 30 VI zachorowały jej dwoje dzieci, 14-letni syn, córka – pielęgniarka Szpitala im. Rydygiera przy ul. Rydygiera we Wrocławiu oraz lekarz, u którego podobno zasięgała porady. Podobno, bo dziś nie jesteśmy w stanie zweryfikować tych informacji, które mogły zostać wymyślone na poczekaniu przez usłużnego lekarza – epidemiologa „w kamaszach”. Zarówno syna salowej, jak i owego lekarza hospitalizowano w szpitalu przy ul. Piwnej, po stwierdzeniu u nich objawów ospy wietrznej. Z kolei córkę salowej, Leokadię Kowalow, od 3 lipca leczono w placówce przy ul. Rydygiera.

Jan Kowalczyk, był mężem Leokadii, pielęgniarki w Szpitalu Miejskim im. Rydygiera. Wiosną 1963 r. Leokadia zapisała się na kurs wyższego stopnia dla pielęgniarek. Któregoś dnia, w czerwcu, odwiedziła w mieszkaniu matkę – wspomnianą wyżej salową w szpitalu MSW – Janinę Powińską. Wróciła od niej zmartwiona. – Wiesz – opowiadała mężowi – matka jakoś źle wygląda, taka rozpalona. Powińską łamało w kościach, próbowała leczyć się sama, ale gdy na skórze zobaczyła dziwne wypryski, poleciała do lekarza. Badał ją doktor Stefan Zawada ze Szpitala MSW, kolega Hawlinga. Ze skierowaniem w ręku poszła do Miejskiego Szpitala Zakaźnego przy Piwnej. Tam powiedzieli: wiatrówka!!

Lusia (Leokadia) miała ciężkie dni: praca, dom, kurs, matka w szpitalu. Doktor Jerzy Wolański prowadził na kursie zajęcia z chorób wewnętrznych: – Wyglądała bardzo źle. Zapytałem nawet, jak się czuje. Tłumaczyła, że od ośmiu dni ma gorączkę, uczucie zimna i niepokój psychiczny, że chyba się przeziębiła. Nocami musiała się uczyć, aby zaliczyć jak najlepiej kurs. Do tego 9-miesięczny synek wymagał sporo matczynej troski. I jeszcze ten upalny lipiec 1963 r. Zaraz po egzaminie karetka zawiozła ją do szpitala im. Rydygiera. – Na początku lekarze podejrzewali jakieś”sprawy kobiece” – opowiada Jan. – Ale na ciele pojawiła się czarna wysypka, potem zbladła i powstały dziwne pęcherze i gwałtownie podniósł się u niej poziom leukocytów we krwi.

Z kolei Zbigniew Hora pisze w swej książce Variola Vera, iż stan chorej od początku był ciężki, a obfite krwawe wybroczyny na błonach śluzowych i spojówkach pokrywały całą gałkę oczną. Na skórze twarzy, rąk, klatki piersiowej i brzucha wystąpiła żywo czerwona wysypka, wybroczyny krwawe, nie ustępujące przy ucisku, zlewające się w jednolity rumień. Zmiany te przypominały wysypkę płoniczą. Wykwitów pęcherzykowych na skórze nie stwierdzono. Coraz częstsze krwawienia z nosa, odkrztuszanie krwawej plwociny, krwawienia z jamy ustnej, odbytu i pochwy znacznie osłabiały chorą. Pojawiły się objawy zapalenia płuc, węzły chłonne, śledziona i wątroba uległy znacznemu powiększeniu, tak iż były widoczne przez skórę, zapalenie żył dopełniało ciężki stan pacjentki. Sprowadzany dwukrotnie lekarz specjalista wykluczał możliwość choroby zakaźnej. Odstawiono wówczas sigmamycynę, ponieważ konsylium, na czele którego stał rektor uczelni medycznej, przypuszczało, iż wybroczyny i plamy krwotoczne są spowodowane uczuleniem na antybiotyk!!

Pacjenci lubili siostrę Lusię, więc ciągle ją ktoś odwiedzał. Przyjaciele z chirurgii dziecięcej przyjęli nawet Pawełka na swój oddział, żeby Jankowi było lżej. Koleżanki czasem przynosiły dziecko do pokoju Lusi. Syn siedział na łóżku, a ona podsuwała mu łakocie, patrząc na niego z czułością. Ten z dziecinną ufnością poddawał się pieszczotom matki. Gdy ta przestawała, sam tulił się do niej i przymilał o pocałunki i pieszczoty. Nie bała się o dziecko, przecież lekarze wykluczyli chorobę zakaźną. Gdyby to była śmiertelna, zakaźna choroba, jej synka nie byłoby już wśród żywych. Lusię badali najlepsi specjaliści we Wrocławiu, ale nie było poprawy. W końcu orzekli: białaczka o piorunującym przebiegu. Jan patrzył bezradny, jak gaśnie w oczach. – Ona też czuła, że nie pokona tej dziwnej choroby. Mówiła: tylko pamiętaj, masz mnie pochować w pielęgniarskim czepku. Umarła po pięciu dniach, 8 lipca. Oficjalnie stała się pierwszą ofiarą czarnej ospy we Wrocławiu, ale wtedy jeszcze nikt o ospie nie mówił. Zmarłą pochowano po kilku dniach. W trakcie pogrzebu po odsłonięciu wieka trumny widać było na skórze rąk krwawe czarne pęcherze przebijające spod warstwy mąki, którą ją przypudrowano.

Kolejne „ofiary zarazy”

Gdy Lusia walczyła o życie na Rydygiera, do Szpitala Zakaźnego przywieźli jej młodszego brata (5 lipca), a kilka dni później (10 lipca) doktora Stefana Zawadę, który podobno leczył jej matkę. I znów diagnoza: ospa wietrzna, zwana wiatrówką. Doktor Hawling pojechał na Piwną, żeby Stefanowi zawieźć lekarstwa. Na schodach spotkał dr Alicję Surowiec: – Tylko proszę nie dawać mu lusterka – przestrzegała. Dopiero gdy wszedł na salę i spojrzał na przyjaciela, zrozumiał jej słowa: – Wyglądał strasznie: twarz spuchnięta, pokryta ropiejącymi wykwitami, czarne wargi. Przerażenie nadrabiał dobrą miną: – Cześć, Stefciu. – Tadziu, popatrz, jak ja wyglądam. Daj mi lusterko, żebym mógł się zobaczyć. – Co ty, Stefciu, wiatrówki nie widziałeś? – dr Hawling pochylił się nad nim i obcałował z lwowską serdecznością. Zaczęło się niewinnie. Początkowo zdradzał symptomy grypy. Najpierw przez tydzień bezskutecznie leczyli go sigmamycyną (mieszanką antybiotyków wywołujących silne niepożądane reakcje) koledzy w macierzystym szpitalu, rozpoznając ospę wietrzną o ciężkim przebiegu. 10 lipca przekazano go do szpitala zakaźnego. Był już wówczas w złym stanie. Obrzęk twarzy, na skórze wielopostaciowa wysypka ze skazą krwotoczną, liczne wybroczyny i krwawe podbiegnięcia na spojówkach, chrypka, ataki kaszlu z odkrztuszaniem krwi. Następnie 17 lipca został przetransportowany do izolatorium w Szczodrem. Stan jego zaczął się poprawiać, ustąpiły krwawienia z nosa, krwioplucie, krwawe wymioty i smoliste stolce. Po kilku dniach poprawy, 28 lipca, stwierdzono u niego powiększenie wątroby i śledziony oraz objawy toksycznego uszkodzenia mięśnia sercowego z arytmią (czyżby znów skutki uboczne sigmamycyny?). Do tego zapalenie żył lewego podudzia. Na jego ciele pojawiły się głębokie nacieki ropne, które nacinano. Chory tracił przytomność i wśród drgawek, niewydolności krążenia i uogólnionej posocznicy nastąpił zgon. Był to dramat człowieka umierającego na powikłania związane z nieskutecznym leczeniem, a nie z powodu ospy.

Kto rozpoznał ospę?

Po tym, jak w Gdańsku w 1962 r. odnotowano przypadki ospy prawdziwej, władze wydały zarządzenie zobowiązujące pracowników służby zdrowia do szczepień przeciwospowych co trzy lata. Jednak tylko nieliczni podporządkowywali się tym dyrektywom. Wobec faktu, iż ospa nie była szerzej znana środowisku lekarskiemu, poza ośrodkiem gdańskim brakowało kadry lekarskiej, która potrafiłaby rozpoznać chorego na ospę. Jak się okazało, po ogłoszeniu we Wrocławiu w lipcu 1963 r. zagrożenia z powodu ospy prawdziwej, w mieście było trzech lekarzy znających podobno tę chorobę z własnego doświadczenia ale i tak ich wiedza nie została wykorzystana, co potwierdza informacja KW PZPR we Wrocławiu z grudnia 1963 r., w której czytamy: „Późne rozpoznanie ospy naturalnej było spowodowane w pierwszym rzędzie brakiem znajomości obrazu klinicznego ospy przez lekarzy we Wrocławiu, jak również brakiem znajomości, a nawet niedocenianiem zasad postępowania przeciwepidemicznego”. Nie wyciągnięto zatem wniosków z wypadków w Gdańsku, nie szkolono lekarzy i nie wysyłano ich na staże za granicę.

Ospę prawdziwą we Wrocławiu już około 20 czerwca 1963 r. po raz pierwszy miał rozpoznać lekarz z polikliniki MSW z oddziału skórnego dr Nikifirow (młody lekarz stażysta). Jednak dalsze konsultacje lekarzy specjalistów ze szpitali zakaźnych obaliły tę tezę.

Na ślad „Czarnej Pani” naprowadził lekarzy z Piwnej czteroletni chłopczyk, który miał leżeć na tej samej sali, co salowa Powińska. Już wracał do zdrowia po przebytej wiatrówce. – I nagle 9 lipca znów zagorączkował, a na skórze pojawiły się wykwity – opowiada dr Alicja Surowiec. To zaniepokoiło zakaźników, przecież na wiatrówkę można zachorować tylko raz w życiu! Co to za choroba? Doktor Surowiec była wtedy zastępcą ordynatora oddziału: – Ospy prawdziwej nikt z nas nie widział na oczy, poza wiedzą teoretyczną nie mieliśmy żadnego doświadczenia.

12 lipca zakaźnicy zlecili badania wirusologiczne. Dziwne „wiatrówki” postanowili skonsultować z epidemiologiem Miejskiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej.

Spostrzeżenie, że w mieście może rozprzestrzeniać się epidemia variola vera przypisuje się dziś wojskowemu lekarzowi doktorowi Bogumiłowi Arendzikowskiemu z Miejskiej Stacji Sanitarno- Epidemiologicznej, analizującemu pod względem epidemiologicznym wszystkie dotychczasowe trudne do wyjaśnienia przypadki. Gdy 15 lipca Arendzikowski stanął w gabinecie dyrektora Miejskiej Stacji Sanitarno – Epidemiologicznej, doktora Jerzy Rodziewicza i powiedział bez wstępów: „Mamy we Wrocławiu ospę”. Tamten spojrzał na niego spode łba i warknął: „Boguś, rozum ci się poplątał?” Wątpliwości były jeszcze 17 lipca, co uwidoczniało się w treści komunikatu Wydziału Zdrowia PRN m. Wrocławia.

Więcej jednak jest pytań, niż odpowiedzi. Dlaczego nie zachorowała żona i dzieci, krewni kontaktu „0” (płk Jedynaka), a także jego znajomi i ci wszyscy, którzy się z nim kontaktowali? Natomiast zachorowała salowa, która zmywała podłogę w jego pokoju? Dlaczego stwierdzono u niego malarię, potwierdzoną przez gdański Instytut Chorób Tropikalnych, a nie ospę? Nie wspominając już, o jaki rodzaj ospy chodzi. Dlaczego jego „ospa” była aż tak nietypowa, bez typowych objawów, z wysypką włącznie?

Zwiastunami choroby są bóle głowy i okolicy krzyżowo-lędźwiowej, objawy nieżytu górnych dróg oddechowych, wysoka temperatura ciała i wymioty. W tym też okresie pojawia się grudkowo-plamista wysypka, która jednak nie jest typowa dla ospy prawdziwej, ponieważ może wystąpić przy tzw. trzydniówce, a także odczynach polekowych, towarzyszącym antybiotykoterapii ampicyliną, tetracykliną lub sulfonamidami . Wysypka ospowa z czasem przechodzi w pęcherzykową, głównie na twarzy i kończynach. Podobna pojawia się także w przypadku uczulenia na promienie słoneczne, a także towarzyszy autoimmunologicznej chorobie zwanej pęcherzycą. Odnośnie reakcji fototoksycznej, tj. uczulenia na słońce, warto wspomnieć, że niektóre leki (np. tetracykliny, sulfonamidy) mogą uczulać skórę na światło słoneczne, co powoduje powstawanie silnie przebarwionych plam lub wysypki na skórze wystawionej na działanie słońca.

Z uwagi na bardzo duże trudności diagnostyczne, zwłaszcza tam, gdzie ospa nie występuje endemicznie, zasadnicze znaczenie mają badania laboratoryjne. Jednak analiza biochemiczna jest utrudniona, ponieważ według oficjalnej nomenklatury wirus nie daje się hodować na pożywkach, mnożąc się jedynie na komórkach gospodarza. Mimo doskonałych metod oczyszczenia nigdy nie wiadomo, czy składniki wirusa nie są czasem nie usuniętymi śladami składników komórki żywicielki. Jest to o tyle ciekawe, że owego wirusa nie można też dostrzec badając materiał kliniczny pod niezwykle czułym mikroskopem elektronowym. Tak więc im bardziej zagłębiamy się w mikrobiologię, tym więcej pojawia się pytań.

Jak dowiadujemy się z bezpośrednich relacji lekarzy, zmarła pacjentka, tak jak inni, przyjmowała wcześniej sigmamycynę, tj. mieszaninę antybiotyków oleandomycyny i tetracykliny, które nawet podane osobno mogą wywołać działania niepożądane prowadzące czasem do zgonu, nie wspominając o ich działaniu synergicznym. Należy wziąć pod uwagę fakt, że wówczas nie upłynęło zbyt wiele czasu, odkąd antybiotyki zawitały u nas pod strzechy ( w latach 50-tych XX w. rozpoczęła się produkcja penicyliny). Euforia antybiotykowa zaczęła się na dobre i  traktowano je odtąd jako remedium na wszelkie tzw. choroby infekcyjne niczym magiczne pociski wymierzone w drobnoustroje.

W praktyce szczególnie często występuje nadwrażliwość na antybiotyki ß-laktamowe, sulfonamidy, aspirynę i niesteroidowe leki przeciwzapalne (NLPZ). Najczęstszą manifestacją kliniczną skórnych niepożądanych reakcji polekowych są osutki plamisto-grudkowe określane także jako osutki odropodobne czy różyczkopodobne. Opisywane są też reakcje tzw. DRESS (drug rash with eosinophilia and systemic syndrome). Na wspólne cechy składają się tu: gorączka, zaburzenia hematologiczne (eozynofilia, leukocytoza, trombocytopenia, anemia, neutropenia, itp.), anormalne próby wątrobowe, które mogą imitować wirusowe zapalenie wątroby.

Na objawy skórne zazwyczaj składają się: rumień wielopostaciowy (EM) i swędzące wykwity, pokrzywka, wysypka grudkowa, pęcherzyki, pęcherze, krosty, plamy, obrzęk twarzy.

Ogólnie rzecz biorąc charakterystyczną cechą zmian skórnych polekowych jest ogromna różnorodność obrazów morfologicznych. Skórne odczyny polekowe nie mają cech charakterystycznych dla danego leku: różne leki mogą powodować identyczne zmiany skórne, a ten sam lek może powodować różne morfologicznie odczyny.

Wewnętrzne objawy to m.in.: zapalenie wątroby, zapalenie płuc, mięśnia sercowego, osierdzia, nerek i jelita grubego.

Ogłoszenie epidemii

Stan alarmowy we Wrocławiu ogłoszono 15 VII 1963 r. Mieszkańcy miasta mieli dowiedzieć się o tym fakcie dwa dni później z pierwszego, zamieszczonego na ostatnie stronie gazety codziennej „Słowo Polskie”, lakonicznego lecz jakże działającego na wyobraźnię komunikatu Wydziału Zdrowia i Opieki Społecznej Prezydium Rady Narodowej miasta Wrocławia. Pisano, iż „w ciągu ostatnich kilkunastu dni zarejestrowano i objęto leczeniem szpitalnym we Wrocławiu pięć przypadków, w których dotychczasowy przebieg nie wyklucza ospy prawdziwej”. Ten „uspokajający” ton krótkich komunikatów prasowych, umieszczanych na ostatnich stronach gazet, celowo utrzymywany był przez cały czas walki z epidemią, co dawało pole do rozmaitych plotek i późniejszych mitów na temat zarazy. Taka postawa była odzwierciedleniem stanowiska Ministerstwa Zdrowia i Opieki Społecznej. Wiceminister tego resortu i zarazem Główny Inspektor Sanitarny Jan Kostrzewski, który przybył do Wrocławia wspierać działania lokalnych władz, zaproponował, by dodatkowo 20 VII zamieścić w prasie i w radiu krótki, uspokajający (!!) komunikat tuż przed ogłoszeniem 22 lipca dniem festynów i zabaw dla mieszkańców miasta. Wkrótce obszerną relację z tej uroczystości zamieszczono na pierwszych stronach gazet. W jednej z nich pisano:

„22 lipca zabawy trwają do późna w nocy. W tym samym czasie pod szpital ospowy w Szczodrem otoczony oddziałami KBW, podjeżdża czarna „Nysa”. Warta wpuszcza ją aż do bramy […] ukazują się cztery kobiety, w maskach, okularach, czepkach, rękawicach, fartuchach i gumowych butach. Niosą trumnę. […] Po północy dojeżdżają [samochód, przyp. G.T.] na cmentarz. W pogrzebie uczestniczą tylko ekipa oczyszczania miasta. Dla nich zmarła jest anonimowa. W piaszczystym kącie cmentarza, w nocy bez świadków odbywa się pogrzeb salowej […]Nie ma rodziny – z resztą mąż i dziecko są też już chore. Nie ma kwiatów, przemówień. To drugi już grób w kwaterze zarazy”

Machina propagandy strachu zaczęła działać.

DSCN1444.JPG

Kto tu rządził?

Zgodnie z dekretem o Państwowej Inspekcji Sanitarnej z dnia 14 VII 1954 r. zapobieganie i zwalczanie chorób zakaźnych w Polsce należało do zadań Państwowej Inspekcji Sanitarnej. W szczególności było to: kierowanie przeciwepidemiczną działalnością wszystkich placówek służby zdrowia, planowanie akcji zwalczania chorób zakaźnych, przeprowadzanie dezynfekcji, itp.

Na terenie miasta sprawy te należały do zadań miejskiego inspektora sanitarnego, a na terenie województwa do jego wojewódzkiego odpowiednika.

Tymczasem, zgodnie z tym, co podało „Słowo Polskie” z 21-22 VII 1963 r., we Wrocławiu nadzór nad całością akcji profilaktycznej (zwanej akcją „VV” lub „O”) sprawował bezpośrednio wiceminister zdrowia (główny inspektor sanitarny) Jan Kostrzewski. Natomiast jeśli chodzi o sprawy lokalne, to najważniejszym ośrodkiem, który nadzorował ogół spraw było Prezydium Rady Narodowej miasta Wrocławia z jej przewodniczącym Bolesławem Iwaszkiewiczem, a więc przedstawicielem ciała stricte politycznego, podległego centralnym władzom w zhierarchizowanej strukturze władzy ludowej.

O najważniejszych kwestiach rozstrzygano na posiedzeniach tzw. Rady Epidemicznej, składającej się z wrocławskich lekarzy specjalistów i gościnnie dr Gajdy z Gdańska, przedstawicieli różnych instytucji, delegatów Ministerstwa Zdrowia. Rada odbywała swe posiedzenia niemal codziennie w siedzibie Miejskiej Stacji Sanepidu przy ul. Składowej.

Dowództwo akcji ulokowało się w Prezydium Miejskiej Rady Narodowej przy ul. Zapolskiej. Wspierane przez 11 zespołów roboczych przez kilka miesięcy kontrolowało życie miasta. Z bliżej nieznanych względów w lipcu 1963 r. kierownictwo ogólne akcji VV we Wrocławiu Rada Epidemiczna powierzyła nie, jak można było się spodziewać, państwowemu inspektorowi sanitarnemu, lecz kierownikowi Wydziału Zdrowia i Opieki Społecznej Prezydium Rady Narodowej miasta Wrocławia, Andrzejowi Ochlewskiemu. Ten ostatni wraz z kierownikiem Oddziału Profilaktyki i Lecznictwa PRN m. Wrocławia Balickim oraz wrocławskim państwowym inspektorem sanitarnym Jerzym Rodziewiczem tworzyli Zespół Kierowniczo-Koordynacyjny, który miał władzę niemal absolutną. – Byłem jak car i Boh – żartował Ochlewski. Zespół koordynował pracę dziesięciu innych zespołów przeciwepidemicznych, rozstrzygał sprawy budzące wątpliwości oraz opracowywał komunikaty nie tylko do mediów ale i dla władz nadrzędnych.

30 VII 1963 r. na podstawie zarządzenia nr 29/63 przewodniczącego PRN m. Wrocławia, Iwaszkiewicza, powołano dodatkowe kierownicze gremium do spraw koordynacji akcji VV w mieście. Jak wyjaśniano: „Opanowanie ogniska ospy we Wrocławiu nakłada na służbę zdrowia poza zagadnieniami epidemiologicznymi szereg zadań organizacyjnych i technicznych, którym sama nie jest w stanie sprostać.” W skład zespołu wchodzili: Marian Kita, sekretarz PRN m. Wrocławia, Mariusz Kocot, z-ca przewodniczącego PRN m. Wrocławia oraz Ryszard Terebus, sekretarz KM PZPR. Osoby te otrzymały duże uprawnienia w zakresie podejmowania decyzji we wszystkich sprawach poza kwestami epidemiologicznymi, zarezerwowanymi dla miejskiego państwowego inspektora sanitarnego. Członkowie tego zespołu pełnili całodobowy dyżur w siedzibie PRN m. Wrocławia.

Opisana wyżej mnogość ośrodków decyzyjnych powodowała bałagan organizacyjny oraz mogła w zaciemniać obraz, kto tak naprawdę podejmował kluczowe decyzje. O braku informacji, kto właściwie kierował akcją VV wspominali też lekarze – uczestniczy owych wydarzeń.

Do Wrocławia ruszyli urzędnicy z Ministerstwa Zdrowia, eksperci z gdańskiego Zakładu Medycyny Tropikalnej, a nawet Światowej Organizacji Zdrowia.

Aby się przekonać, jak wygląda sytuacja we Wrocławiu i ogarnąć panujący zamęt 2 sierpnia do miasta przybyli: minister spraw zagranicznych Adam Rapacki, członek Biura Politycznego KC PZPR, minister zdrowia i opieki społecznej Jerzy Sztachelski oraz wspomniany już wiceminister – epidemiolog prof. Jan Karol Kostrzewski, który to koordynował działania władz, a nawet osobiście badał zakażonych.

SB – oczy i uszy akcji „VV”

Ze względu na charakter wykonywanych działań i bezpośrednie podporządkowanie władzy „bezpieka” stanowiła zamknięty, wrogi wobec społeczeństwa organ terroru, a tragiczne skutki jej dokonań są obecnie obszarem badań historyków i powodem zainteresowania wymiaru sprawiedliwości.

Wykorzystanie sprawnie działającej „esbeckiej” struktury podporządkowanej Komendzie Głównej MO w Warszawie do przesyłania informacji „ospowych” z obszaru całej Polski, gwarantowało ich błyskawiczny przepływ pomiędzy poszczególnymi resortami. Koordynacją prac w zakresie zwalczania epidemii na obszarze poszczególnych województw zajmowały się wydziały zewnętrzne SB.

Zgodnie z obowiązującym regulaminem podlegały im kwestie bezpieczeństwa na drogach publicznych, w transporcie kolejowym, wykroczenia ruchu drogowego, ochrona obiektów strzeżonych przez straż przemysłową, służba patrolowa, zwalczanie wykroczeń sanitarnych, walka z alkoholizmem, nierządem, żebractwem i włóczęgostwem. We Wrocławiu oficerowie w/w wydziału KW MO należeli do składu dwóch przeciwospowych zespołów koordynacyjnych, powstałych w lipcu 1963 r. Byli to ppłk J. Jarmoliński naczelnik Wydziału Służby Zewnętrznej KW MO, kpt Czupiraj oraz kpt. Rosiak z-ca komendanta miasta Wrocławia. Odpowiadali oni za pracę jednostek MO na terenie Wrocławia i województwa wrocławskiego, wykonywaną w ramach zadań przeciwospowych oraz współpracę z lokalnymi władzami. Oficerowie ci pełnili również funkcję głównych centrów dyspozycyjnych, koordynując przepływ informacji pomiędzy Komendą Wojewódzką MO we Wrocławiu i Komendą Główną MO w Warszawie. Sporządzali szczegółowe raporty, sprawozdania i analizy z sytuacji w mieście oraz informowali Warszawę o decyzjach lokalnych władz. Ich relacje z codziennych narad informacyjno – dyspozycyjnych u B. Iwaszkiewicza oficerowie dyżurni przesyłali w formie telegraficznych meldunków do Wydziału Służby Zewnętrznej KG MO w Warszawie.

Dla wrocławskich władz administracyjnych epidemia ospy prawdziwej zaczęła się 15 VII 1963 r. o godz. 13:00. Informacja o ognisku ospy prawdziwej została przekazana przez przedstawicieli wrocławskiej służby zdrowia około godz. 15:00 władzom partyjnym i Służbie Bezpieczeństwa we Wrocławiu. Także w tym dniu, tj. 15 VII 1963 r. Komenda Wojewódzka MO we Wrocławiu zawiadomiła telegraficznie Wydział Służby Wewnętrznej Komendy Głównej MO w Warszawie o pięciu przypadkach zachorowań na czarną ospę we Wrocławiu oraz o podjętych środkach zaradczych. Już nazajutrz rano wiadomość tę przekazano ministrowi zdrowia i opieki społecznej Jerzemu Sztachelskiemu oraz premierowi PRL Józefowi Cyrankiewiczowi. Kierownictwo nad zarządzoną wkrótce akcją epidemiologiczną przejął główny inspektor sanitarny, wiceminister zdrowia i opieki społecznej Jerzy Kostrzewski i dyrektor tego departamentu dr Juliusz Rychard, którzy natychmiast przyjechali do stolicy Dolnego Śląska. Od 24 VII 1963 r. do walki z wirusem ospy powołano dwa zespoły koordynacyjne. Pierwszy przy Prezydium Rady Narodowej miasta Wrocławia, kierowany przez jego przewodniczącego Bolesława Iwaszkiewicza, koordynował prace epidemiologiczne wszystkich służb miejskich. Drugi – powołany w celu zwalczania epidemii na obszarze województwa wrocławskiego, funkcjonował przy PWRN. Kierował nim zastępca przewodniczącego PWRN we Wrocławiu – Surowiec.

Ospa-1.jpg

Decyzje władz

Jedno z pierwszych zarządzeń zmierzało do odizolowania ognisk ospy oraz zastosowanie powszechnych szczepień. Już na początku akcji profilaktycznej władze uznały szczepienia za podstawowy środek ochronny, a ich powszechność za warunek konieczny zlikwidowania ospy w Polsce. Nie miało to jednak znaczenia, gdyż wobec braku odpowiednich rezerw szczepionki, obowiązek szczepień wprowadzono w momencie odwrotu epidemii tj., kiedy zapewniono dostateczne zapasy szczepionek. Dopiero 29 VII 1963 r. zespół kierujący akcją „ospową” we Wrocławiu postanowił zwrócić się do ministra zdrowia o zezwolenie na wprowadzenie przymusu szczepień ochronnych we Wrocławiu oraz ich kontrole na dworcach PKP. Obowiązek ten wprowadzono ostatecznie z dniem 6 sierpnia 1963 r., co nie mogło mieć już żadnego wpływu na przebieg akcji. Dotyczyło też ono jedynie mieszkańców dwóch najbardziej zagrożonych województw – wrocławskiego oraz opolskiego.

Szczepienia wykonywano techniką uciskową przy zastosowaniu tzw. krowianki (szczepionki sporządzonej z pęcherzyków ospowych u cieląt) w ten sposób, że w miejscu odtłuszczonym benzyną wykonywano 30-40 ucisków igłą lub skaryfikatorem. Początkowo obowiązek dotyczył jedynie pracowników służby zdrowia. Natomiast udział w powszechnych szczepieniach był dobrowolny. Jednak już wówczas w doniesieniach prasowych podawano, że np. ciąża nie jest przeciwwskazaniem do szczepienia, co wzbudziło uzasadnione wątpliwości u lekarzy.

20 lipca akcją zalecanych lecz nie obowiązkowych szczepień objęto cały kraj. Natomiast 1 VIII wprowadzono przymusowe szczepienia dla miasta Wrocławia. Osobom, którym szczepionka przyjęła się wystawiano stosowne zaświadczenia umożliwiające swobodne przemieszczanie się, korzystanie z komunikacji miejskiej itp. Jeżeli nie było pozytywnego efektu, szczepienie powtarzano aż do 3 prób. Wówczas wystawiano zaświadczenie z odpowiednią adnotacją. Decyzją władz miasta sporządzano wykaz osób uchylających się od szczepień, które karało Kolegium Karno-Administracyjne przy PRN.

Do akcji zwalczania epidemii ospy zaangażował się też Kościół. Wrocławska Kuria Metropolitalna wydała komunikat zalecający duchowieństwu włączenie się do kampanii informacyjnej i „uświadamiającej” oraz rezygnację z uroczystości masowych. Zbiegło się to z peregrynacją kopii obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej na terenie archidiecezji wrocławskiej. W rezultacie Kuria zaleciła ograniczenie pielgrzymek i stosowanie się do zarządzeń Wydziałów Zdrowia Wojewódzkiej i Miejskiej Rady Narodowej.

6 VIII 1963 r. wiceminister J. Kostrzewski zarządził przymusowe szczepienia przeciw ospie naturalnej w całym kraju. Dotyczyły one jednak tylko uczestników zbiorowych imprez i zgromadzeń (wycieczki, pielgrzymki, obozy); zwłaszcza jeśli było to połączone z przemieszczaniem się osób na terenie różnych powiatów i województw.

Wkrótce pojawił się problem poprawności szczepień i ich powtórzeń. Zdarzało się, że na 100 zaszczepionych osób nie przyjęła się żadna szczepionka. Występowały też przeróżne powikłania poszczepienne – na skórze, na błonach śluzowych oraz neurologiczne. Nawet ówczesna prasa donosiła, iż szczepienia przeciw ospie należało potraktować jako „radykalny środek przeciwdziałający rozszerzaniu się epidemii”.
Szczepienia nie były obojętne dla zdrowia, gdyż mogły zakończyć się trwałym kalectwem (zwłaszcza dzieci nowo narodzonych), a nawet zgonem. W samym tylko Wrocławiu różne powikłania poszczepienne oficjalnie stwierdzono u 467 osób. Ogółem zaś, tylko według urzędowych danych, na terenie całego kraju w wyniku powikłań poszczepiennych zmarło trzykrotnie więcej osób, niż z powodu ospy.

Na Dolnym Śląsku w akcji szczepień wzięło udział 2,5 mln osób (w tym około 500 tys. we Wrocławiu), w województwie opolskim – 1,2 mln, a w pozostałych regionach – 4,5 mln osób. W sumie w całym kraju w wyniku epidemii ospy prawdziwej zostało zaszczepionych 8,2 mln osób.

DSCN1442.JPG

Z polecenia władz odwołano imprezy i uroczystości masowe (choć odbyły się uroczystości Święta 22 Lipca), pojawiały się też hasła w stylu „Witamy się bez podawania rąk”. Niemal równolegle wydano polecenie nakazujące zamknięcie punktów sprzedaży napojów chłodzących z saturatorów. Szczególnie uciążliwa dla mieszkańców miasta w tych niezwykle upalnych dniach lipca 1963 r. była decyzja o zamknięciu wszystkich kąpielisk miejskich i basenów. Motywowano ją nie faktem rozwoju zarazy, lecz zakazem moczenia miejsca szczepienia (jak kuriozalnie miałoby to nie brzmieć). Trudno uznać za racjonalne zamknięcie miejscowych basenów i kąpielisk w trakcie wyjątkowo upalnych dni lata stulecia czy zamknięcie saturatorów, kiedy ludzie jak tylko mogli szukali możliwości ochłody.

Jak donosiły media Wrocław ogłoszono miastem zamkniętym. Na rogatkach ustawiono patrole milicyjne, które kontrolowały wjeżdżających i wyjeżdżających. W przypadku braku zaświadczeń ważnych szczepień ochronnych osoby takie zawracano. Na najważniejszych trasach wlotowych do Wrocławia, przygotowano pięć całodobowych posterunków. Trudno nazwać to jakimkolwiek kordonem sanitarnym, raczej działaniem pozorowanym, gdyż pięć wrocławskich posterunków kontrolnych nie było w stanie zabezpieczyć całego obszaru miasta. Nadal było szereg dróg wlotowych o znaczeniu lokalnym, którymi można było niepostrzeżenie wjechać do miasta jak i z niego wyjechać. Tak więc kierowcy nie posiadający ważnych zaświadczeń przeciwospowych przemieszczali się nie niepokojeni poza granice Wrocławia. Jak zauważono, nie było możliwości opanowania tego procederu, również nie było potrzeby całkowitego zamykania miasta. Podejmowane przez funkcjonariuszy MO działania w zakresie kontroli szczepień uznano za wystarczające.

Dyrektorom, kierownikom biur, zakładów, instytucji i urzędów nakazano sprawdzenie wszystkich swoich pracowników i poddanie ich akcji szczepienia przeciwko ospie. Osobom, które nie zostały zaszczepione, zakazano korzystania ze środków publicznego transportu indywidualnego i zbiorowego: autobusów, tramwajów, kolei, taksówek. To samo zarządzenie skierowano do rad zakładowych, komitetów blokowych, „załóg w zakładach pracy”, słowem odwołano się do poczucia postawy obywatelskiej. Kasom biletowym PKP, PKS, Orbisu i PLL LOT nakazano, by sprzedaż biletów odbywała się wyłącznie po okazaniu ważnego świadectwa wykonanych szczepień. Za uchylanie się od zarządzeń Prezydium Miejskiej Rady Narodowej groziły drakońskie grzywny, kolegium, a nawet więzienie (do piętnastu lat pozbawienia wolności włącznie). Obowiązkowo w każdym miejscu należało nosić przy sobie kartę ważnych szczepień ochronnych.

W związku z niebezpieczeństwem rozprzestrzeniania się epidemii zamknięto przejścia graniczne z Czechosłowacją i Niemiecką Republiką Demokratyczną leżące w obrębie województwa wrocławskiego. Wszelki ruch turystyczny niemal zamarł. Przekraczanie granicy odbywało się tylko po okazaniu aktualnego świadectwa wykonanych szczepień ochronnych.

DSCN1443.JPG

Z dokumentów SB wynika, że sytuację oceniano jako groźną, lecz nie na tyle, aby Wrocław ogłosić miastem zamkniętym. Nie zamknięto instytucji kulturalno-oświatowych, tj.: kin, teatrów, klubów i innych oraz placówek handlu – sklepów, nie ograniczono komunikacji masowej – tramwajowej i autobusowej, mimo to miasto powoli zamierało samo – zmalał ruch kołowy, pieszy i turystyczny.

Upadł pomysł, żeby zamknąć Wrocław i otoczyć wojskiem. Życie w mieście zostało podporządkowane rygorom stanu wyjątkowego: przymusowe kwarantanny, przymusowa izolacja osób podejrzanych o kontakty z zarażonym, leczenie w zamkniętych szpitalach ospowych, przymusowe szczepienia pod groźbą odpowiedzialności karnej (grzywny, a nawet do 15 lat więzienia), karne izolatoria dla awanturników i buntowników, milicja przy bramach szpitali i na rogatkach miasta.

Szpitale, w których stwierdzono zachorowania, tj. Szpital MSW przy ul. Ołbińskiej, Szpital im. Rydygiera i Oddział II Szpitala Chorób Zakaźnych przy ul. Piwnej, a także szkołę pielęgniarską przy ul. Krakowskiej, objęto kwarantanną. Personel i pacjenci tych placówek oraz uczestnicy kursu, wykładowcy i członkowie komisji mieli być poddani szczepieniom. Nadzorem sanitarnym objęto także tzw. bezpośrednie kontakty. Wojewódzki inspektor sanitarny, Stanisław Przyłęcki zadecydował o wstrzymaniu urlopów pracowników placówek Sanepidu oraz nakazał zaszczepienie tych spośród nich, którzy nie szczepili się rok wcześniej. Jak widać opór w kwestii szczepień wśród szeroko rozumianej grupy pracowników służby zdrowia był dotąd dość spory. Strach przed epidemią był więc idealną „zachętą” do poddania się zabiegowi.

Nakazano też władzom powiatowym, by organizowały masowe szczepienia mieszkańców wszystkich miast województwa wrocławskiego.

Każdy przypadek ospy miał być zbadany przez konsultanta. Lekarzy takich powołano uchwałą Wydziału Zdrowia PRN m. Wrocławia 16 VII 1963 r. Zespół składał się z 3, a na początku sierpnia z 10 osób, w tym m.in. Arendzikowskiego.

Politykę władz w odniesieniu do „ospy” charakteryzują słowa, wypowiedziane w lipcu 1963 r. na posiedzeniu Egzekutywy KW PZPR we Wrocławiu. „Ognisko ospy we Wrocławiu wywołało w dość płochliwym społeczeństwie wrocławskim panikę, wynikającą z niezrozumienia wielu rzeczy. […] Jak dotychczas prawdopodobieństwo zachorowania na ospę jest we Wrocławiu niższe niż prawdopodobieństwo ulegnięcia wypadkowi ulicznemu, a mimo to obawa przed ospą jest niewspółmiernie wyższa ze względów psychologicznych, niż obawa przed chodzeniem po ulicy. Ta panika w społeczeństwie wrocławskim i w kraju powoduje szereg dodatkowych trudności. Wydaje się w poszczególnych instytucjach i zakładach mało sensowne zarządzenia, na wczasach i w [pociągach bojkotuje się wrocławian], ostatnio wrocławscy zaopatrzeniowcy mają trudności w kontaktach handlowych, co powoduje trudności produkcyjne w niektórych zakładach”. Na pytania: „[…] dlaczego władze nie zamknęły kin, kawiarni, restauracji” odpowiadano, że: „[…] taka decyzja pociągnęłaby także inne [niekorzystne], czyli zatrzymanie komunikacji miejskiej, w konsekwencji zakładów i zatrzymanie produkcji”. Podobnie było pod koniec lipca 1963 r., kiedy zdecydowano o nadawaniu w radiu krótkich komunikatów dotyczących postępów epidemii. Jednak po uwzględnieniu opinii sekretarza Komitetu Miejskiego PZPR we Wrocławiu, który stwierdził, że są one zbyt alarmistyczne, postanowiono złagodzić ich ton. Ich treść miała być odtąd konsultowana z Iwaszkiewiczem.

Trzeba podkreślić, że na naradzie w ostatnim dniu lipca 1963 r. B. Iwaszkiewicz stwierdził: […] „ognisko ospy zostało w zasadzie opanowane i w najbliższych dwóch tygodniach sprawa powinna się wyjaśnić, chociaż mogą pojawić się nowe przypadki zachorowania. W związku z tym wydaje się, że wszystkie przedsięwzięcia mające na celu zaostrzenie rygoru profilaktycznego, zarządzone w sierpniu 1963 r. należy uznać za spóźnione w czasie i niepotrzebne. Wprowadzenie z dużym opóźnieniem obowiązkowych szczepień tłumaczono brakiem dostatecznych zapasów szczepionki. Władze dość szybko, bo po około dwóch tygodniach odstąpiły od tego procederu kontroli szczepień na wjeździe do miasta i posterunki drogowe MO zlikwidowano. Z kolei inne zagrożenia, jak w Warszawie były wyolbrzymiane. Wydaje się, że zarządzone tam rozległe działania profilaktyczne były nieadekwatne do sytuacji epidemiologicznej, co należy tłumaczyć obawą o bezpieczeństwo najwyższych władz państwowych. Część wymienionych wyżej przedsięwzięć znajduje uzasadnienie propagandowe, bowiem epidemię ospy prawdziwej we Wrocławiu w 1963 r. uznano za jedną z 18 najgroźniejszych, które po drugiej wojnie światowej nawiedziły Europę. Według danych Służby Bezpieczeństwa trwała ona od 15 VII do 25 IX 1963 r., czyli ponad 70 dni. Według władz lokalnych jej zwalczenie zajęło tylko 26 dni (15 VII – 10 VIII 1963 r.), podczas gdy powojenne epidemie tej choroby trwały w Sztokholmie 4 miesiące, a w Londynie rok. W Polsce zanotowano też najmniejszą liczbę zgonów w porównaniu do innych poważnych ognisk tej epidemii w Europie.

DSCN1445.JPG

Zadania MO podczas epidemii

W dniu 24 VII 1963 r. komendant główny MO wydał zarządzenie, w którym określił zadania milicji na czas walki z epidemią. Działalność organów MO powinna zmierzać do nawiązania ścisłej współpracy ze służbą zdrowia i udzielania jej pomocy. W miejscowościach, w których stwierdzono obecność wirusa ospy prawdziwej należało dopilnować przestrzegania rygorów sanitarno-porządkowych, w tym odnoszących się do ograniczeń w komunikacji i handlu, używaniu przedmiotów mogących być źródłem zarazków, odbywania targów, jarmarków, odpustów, pielgrzymek, widowisk, zgromadzeń, korzystania z zakładów kąpielowych, pralni, toalet publicznych oraz nakazu tępienia zwierząt roznoszących zarazki, przymusowych szczepień ochronnych oraz zajmowania w razie potrzeby pomieszczeń na cele związane ze zwalczeniem ospy prawdziwej.

W ślad za tymi dyrektywami komendant wojewódzki MO we Wrocławiu wydał 26 VII 1963 r. zarządzenie nr 40/63. Regulowało ono formy zabezpieczenia profilaktycznego funkcjonariuszy MO i ich rodzin przed wypadkami zachorowań na ospę prawdziwą. Zawierało – jak określono – minimum przedsięwzięć ustalonych w porozumieniu z władzami sanitarnymi, które należało przestrzegać w okresie epidemii ospy. Wszyscy funkcjonariusze MO podlegali obowiązkowemu szczepieniu i przeglądowi lekarskiemu dwa razy w tygodniu, a pełniący obowiązki przy izolatoriach codziennie. Ścisły nadzór sanitarny roztoczono nad osobami aresztowanymi w aresztach milicyjnych. Po stwierdzeniu epidemii we Wrocławiu wszystkich zatrzymanych zaszczepiono przeciwko ospie, ponadto lekarze codziennie kontrolowali ich stan zdrowia. To samo uczyniono wobec nietrzeźwych, których przetrzymywano w aresztach po zamknięciu wrocławskiej izby wytrzeźwień. Każdy taki zatrzymany był doprowadzany do milicyjnego pogotowia ratunkowego, następnie badany przez lekarza i odwożony do aresztu milicyjnego. Jednostka pogotowia Komendy Miejskiej MO została wyposażona w kombinezony, gdyż często zatrzymani powoływali się na ospę, twierdząc „nie dotykać bo jestem chory na ospę”.

Działania MO we Wrocławiu i na Dolnym Śląsku Służba patrolowa przy obiektach. We Wrocławiu i województwie wrocławskim funkcjonariusze MO wspierali większość działań profilaktycznych, zabezpieczając z zewnątrz szpitale ospowe, izolatoria i obiekty kwarantannowe. Zadanie ochrony odizolowanych szpitali (były to, m.in. Szpital Rydygiera, Szpital MSW przy ul.Ołbińskiej i Szpital Zakaźny przy ul. Piwnej) od 17 VII 1963 r. przejęły jednostki ZOMO Wrocław (Zmechanizowane Oddziały Milicji Obywatelskiej). Dowodził nimi dowódca kompanii ZOMO Wrocław, kpt. Molenda. Funkcjonariusze bywali narażeni np. na obrzucanie pomidorami, butelkami, czy oblewanie wodą. Musieli przeciwdziałać próbom ucieczek z izolatoriów przez osoby, które np. pozostawiły w domu małe dzieci bez opieki, ukrócać zakusy krewnych, chcących odwiedzić izolowanych oraz zwalczać przemyt nielegalnego alkoholu w paczkach żywnościowych.

Pomoc funkcjonariuszy MO dotyczyła też akcji poszukiwania osób o nieznanym miejscu pobytu, które kontaktowały się z chorymi na ospę prawdziwą (tzw. kontakty pierwszego rzędu) i z tego względu musiały być izolowane. Ogółem podczas trwania epidemii we Wrocławiu ustalono 1400 takich przypadków, a w województwie wrocławskim – 1000. Większość osób zatrzymano i umieszczono w izolatoriach.

 

256684.jpg

Działania służb milicyjnych na terenie innych województw

Epidemia ospy (poza Wrocławiem) miała się rozlać także na terenie województwa opolskiego. „Źródłem zakażenia” w tym mieście był był nie kto inny, jak kolejny wyższy oficer Milicji Obywatelskiej, mjr Urbański z KW MO w Opolu i wykładowca Szkoły Milicyjnej we Wrocławiu, który podobno kontaktował się z B. Jedynakiem w szpitalu MSW we Wrocławiu. Urbański był leczony w dniach 24 VI – 5 VII 1963 r. w klinice MSW w Opolu z powodu ospy wietrznej oraz ….. zapalenia nerek. Zaliczono go jednak w poczet ofiar ospy naturalnej. W Opolskim na ospę zanotowano w statystykach 6 przypadków ospy prawdziwej.

Z kolei warszawski przypadek czarnej ospy, rozpoznany 22 VII 1963 r., okazał się w konsekwencji fałszywym alarmem. Natomiast był on przyczyną podjęcia, poza Dolnym Śląskiem i Opolszczyzną, jednej z najszerzej zakrojonych akcji przeciwospowych w Polsce. Ich przyczyną był dwudziestopięcioletni student, który przebywał we Wrocławiu i wrócił do Warszawy autostopem. Miasto Warszawa i województwo warszawskie zostało uznane za teren zagrożony, co doprowadziło do zrealizowania szerokich działań epidemiologicznych. Docelowo utworzono osiem izolatoriów. Szpital na Bielanach całkowicie odizolowano, strzegła go grupa 10 funkcjonariuszy ZOMO. Wszystkich milicjantów zaszczepiono przeciwko ospie prawdziwej. W akcji uczestniczyło 98 milicjantów. Stan zagrożenia odwołano 5 VIII 1963 r. Nikt z izolowanych nie zachorował na ospę prawdziwą.

Poważne konsekwencje miał natomiast przebieg choroby ospy prawdziwej u mieszkanki województwa łódzkiego, która wcześniej przebywała we Wrocławiu. Diagnozę postawili dwaj lekarze na podstawie wstępnych oględzin i wymiany wielu uwag. Chora wkrótce zmarła. Izolowano wszystkie 104 osoby kontaktujące się z kobietą, umieszczając je w izolatorium w Warszawie. Wszystkich też zaszczepiono. Do 1 VIII 1963 r. w woj. łódzkim zaszczepiono 120 tys. osób i podjęto kontrolę szczepień . Był to jedyny zgon z powodu ospy w 1963 r. stwierdzony poza Wrocławiem. Niewiele jednak wiemy dziś o tym przypadku.

KW MO w Opolu w okresie od 12 VIII do 26 VIII (dwa tygodnie) wystawiła osiem całodobowych posterunków, które sprawdzały wszystkich użytkowników dróg, głównie uczestników wycieczek, pielgrzymek i zgromadzeń (Grodzice, Warmontowice, Ujazd, Kotlarnia, Rudy, Gorzów Śląski, Bodzanowice, Wichrów). Katowicka Komenda Wojewódzka MO zorganizowała doraźne kontrole na drogach bocznych (gromadzkich) wiodących do głównych tras wylotowych w kierunku Opola. Trasa Opole – Katowice była nadzorowana szczególnie, podobnie jak okolice Poznania. Funkcjonariusze MO zwracali uwagę na osoby z województw wrocławskiego, opolskiego, łódzkiego.

Decyzja resortu służby zdrowia o odwołaniu w całym kraju wszelkich ograniczeń wprowadzonych w związku z epidemią ospy została podjęta we wrześniu 1963 r.. Poprzedzono ją odwołaniem „alarmu” na zagrożonych terenach, które uznano za „wolne od zakażenia ospą”.

Różne działania na rzecz zwalczenia epidemii podejmowało także wojsko. Na przykład żołnierze (uodpornieni na ospę) oddali 12 litrów krwi, z której przygotowano surowicę.

4d95df20eecfc_p.jpg

Jak żyli wrocławianie?

Jak zatem Wrocławianie reagowali na owo zagrożenie? W mieście nastąpił spadek ruchu pieszego i kołowego. Funkcjonariusze MO nie odnotowali spadku przestępczości czy wykroczeń. Można sądzić, że, tzw., „półświatek ”nie obawiał się groźby tej śmiertelnej choroby. Zanotowano natomiast wzrost spożycia napojów alkoholowych, bowiem utrwaliło się przekonanie, że „wódka stanowi skuteczny lek przeciwko ospie”. Jak donoszono w raportach milicyjnych – „profilaktycznie pili wówczas nawet ludzie, którzy w normalnych warunkach unikali alkoholu”

Miasto długo żywiło się plotką: „Zarazę przywiózł do Wrocławia cyrk, zachorowała tancerka na linie, która miała romans z oficerem. (…) Do szpitala przywieźli Murzyna, obsypany był krostami i strupami, a oni myśleli, że to świerzb…”. Chorych na ospę wyszukiwał zespół konsultantów, potem powstawała lista osób, które mogły mieć kontakt z zarażonymi. Później do akcji wkraczały ekipy sanepidu, często w towarzystwie milicji. Wyciągały podejrzanych z domów (często nocą), z pracy, z ulicy i wiozły ich do izolatoriów. Dobytkiem też zajmował się sztab – zlecał zorganizowanie opieki nad dziećmi, podlewanie kwiatków, karmienie kanarków i psów, bo nie zawsze sąsiedzi lub bliscy chcieli pomóc „zadżumionym”. Po doktora Jerzego Wolańskiego przyjechali późnym wieczorem, przed domem stanęła kawalkada karetek i milicji. Wiedział, że jest na liście kontaktów, przecież egzaminował Lusię. Zawieźli go do szkoły rolniczej w Praczach Odrzańskich, został dyrektorem pierwszego izolatorium. – Przyjechaliśmy w nocy, na korytarzu paliła się jedna żarówka, bałagan nie z tej ziemi. Wszedłem do jednego z pokojów i położyłem się spać. Rano na łóżku obok zobaczył młodego mężczyznę. – Skąd pan się tu wziął? – zapytał. – Jestem mężem tej pielęgniarki Lusi Kowalczyk. Doktor zaczął urzędowanie od mycia schodów, potem stanął przy kotłach i przystąpił do dzielenia posiłków. Ludzie, wyrwani z domów, nie wiedzieli, co się z nimi dzieje, puszczały im nerwy. Potem zdarzały się bunty, głodówki i pijaństwo. – Niektórzy ciągle chodzili zawiani. Mieli swoje sposoby, żeby zdobyć alkohol – opowiada doktor. – Jeden z pensjonariuszy był dyrektorem wytwórni win. Pewnie doszedł do wniosku, że najlepiej dezynfekować się od środka, bo którejś nocy pod izolatorium podjechał żuk wyładowany winem marki wino. Na początku nie mieli gazet i radia, więc powtarzali plotki: że we Wrocławiu epidemia szaleje, trupy leżą na ulicach… A gdy na podwórku w Praczach pojawiła się wojskowa ciężarówka z kominem, czyli komora dezynfekcyjna, wpadli w panikę: Przyjechało krematorium! Będą palić ciała! Pogoda była piękna, lato stulecia, internowani plażowali przed budynkiem albo spacerowali po parku, zawiązywały się przyjaźnie i miłości. Niektórzy jednak załamywali się psychicznie: godzinami leżeli w łóżku i obserwowali swoją skórę. Czekali na ospę.

Wbrew powszechnie panującym mitom i legendom w mieście panował zupełny spokój. Jak mówi w wywiadzie dla metrocafe.pl Robert J. Szmidt, autor książki horroru pt: „Szczury Wrocławia”:

„Bogumił Arendzikowski, mój ojciec chrzestny, był lekarzem wojskowym. Wielokrotnie rozmawiałem z nim o tamtych wydarzeniach, więc wiem, że z jego perspektywy wyglądały zupełnie inaczej. W izolatoriach zamknięto ok. 2-3 tys. osób, wolontariusze opiekowali się ich mieszkaniami, podlewali kwiatki, dokarmiali zwierzęta. Nie zapanowało żadne zdziczenie. Po kilku tygodniach sytuacja wróciła do normy. Zmarło raptem dziewięć osób, ok. 100 było hospitalizowanych, ale po latach wydarzenia te obrosły krwawą legendą. Ci młodzi ludzie, których rozmowę słyszałem, byli przekonani, że ciała zmarłych leżały tygodniami na ulicach, ponieważ nie było odważnych, by je uprzątnąć. Słuchając takich bzdur, stwierdziłem, że to jest genialny materiał na książkę.”

Życie w mieście toczyło się normalnie. O wojnie z ospą przypominały klamki owinięte bandażem, miski z chloraminą przed wejściem do urzędów, kolejki do szczepień, kontrola zaświadczeń. I tabliczki na drzwiach: „Witamy się bez podawania rąk”.

Inny obraz walki z epidemią wyłania się z informacji podanej w biuletynie IPN, gdzie czytamy, że po ujawnieniu prawdy w mieście zapanowały histeria i chaos. Część Wrocławian pozbawiona rzetelnej informacji zapewne mogła reagować paniką na wszelkie doniesienia o chorobie. W poczuciu zagrożenia dochodziło podobno do dramatycznych scen, gdy tłum wyłapywał przechodniów z widocznymi zmianami skórnymi. 2 sierpnia przy ulicy Jedności Narodowej grupa podekscytowanych ludzi zatrzymała karetkę. Otaczali zapłakaną nastolatkę, wykrzykując – Ona ma ospę i włóczy się po ulicach! Ta lafirynda roznosi zarazę! – Niemal nie doszło do próby linczu na chorej od lat na egzemę. Lekarka z owej karetki poleciła przechodniom rozejść się, a następnie pojechała do domu dziewczynki, gdzie opiekunowie potwierdzili jej słowa. Jak widać więc obawa przed chorobą nie ominęła również pracowników służby zdrowia. Zdarzało się, że lekarze i sanitariusze odmawiali interwencji i udania się do chorego. Jeden z lekarzy – wyznaczony na kierownika izolatorium – bronił się siekierą przed zabraniem z domu, a później zabarykadował się w gabinecie.

Wyłapywanie kontaktów I rzędu i konieczność izolacji tak dużej grupy ludzi jednocześnie, powodowały wiele problemów w zakładach pracy. Zdarzały się przypadki dłuższej nieusprawiedliwionej nieobecności w pracy ale też niezbyt sumienni pracownicy korzystali z takiej okazji do „bumelki”. Atmosfera epidemii sprzyjała też niezdrowej atmosferze, nazbyt pobudzając wyobraźnię wrocławian. W aktach Sanepidu zachowały się różne donosy na osoby i instytucje, stanowiące rzekomo poważne źródło zagrożenia. Nierzadko informacje te były pisane na podstawie zasłyszanych plotek.

Nocną porą sanepid wraz z MO przeprowadzała łapanki ospowe. Można było w ten sposób przeprowadzać akcje dyskretnie i z poczuciem pewności, że zastanie się kandydata do ospowego aresztu.

Wiadomości, zwłaszcza te nieoficjalne, rozchodziły się szybko, docierając wszędzie. Może właśnie o to chodziło władzy. Treści zniekształcone po drodze docierały poza miasto, powoli narastała atmosfera lęku i niechęci do wszystkich, którzy mieli z Wrocławiem coś wspólnego. W stolicy PAP zamiast podać wiadomość o izolowaniu w innych miastach kontaktów I rzędu (z Wrocławia), donosiła o „izolacji osób, które przebywały w mieście, bądź kontaktowały się z osobami z tego miasta”. Świadome działania dezinformacyjne wywołały strach i unikanie wrocławian w całej Polsce. Podobno na plażach można było poznać, gdzie są ludzie z „ospowego” miasta, bo wokół nich zawsze było dużo wolnego miejsca.

Ci, którzy mieli rodziny w mieście, słysząc o tragediach, jakie rzekomo rozgrywały się na ulicach ich miasta dotkniętego zarazą, łapankach, paleniu zwłok, przerywali urlopy i wracali do „źródła zarazy”. Tymczasem po powrocie okazywało się, że miasto żyło spokojnym rytmem. Ludzie po prostu przywykli do maczania rąk w chloraminie, stronili od tłoku, przestrzegali zarządzeń władz.

Po ulicach przemieszczały się oznakowane samochody przeznaczone do akcji ospowej oraz te jeżdżące na sygnale z zamkniętymi szczelnie szybami, spoza których widoczni byli przeciwospowi kosmonauci w zabawnych ubiorach, przypominających dżumowych lekarzy z XVII w.

O kolejnych „potwierdzonych” przypadkach ospy informowano w komunikatach prasowych. Nie jesteśmy jednak w stanie tego w żaden sposób zweryfikować, ponieważ z dzisiejszego punktu widzenia tylko totalnie niedouczony ignorant mógłby bezkrytycznie cytować ówczesne doniesienia prasowe, tak jakby nie zdawał sobie sprawy, iż służby bezpieczeństwa PRL nie tylko cenzurowały artykuły prasowe ale wręcz same je redagowały.

4001173.jpg

Życie w izolatoriach

Jednym z podstawowych sposobów zabezpieczenia miasta przed rozprzestrzenianiem się epidemii było organizowanie izolatoriów. Łącznie powstało ich osiemnaście. Za radą konsultantów medycznych wyszukiwano osoby, które miały kontakt z chorymi, a następnie odwożono je do ośrodków odosobnienia. Nazwiska wrocławian, którzy zetknęli się z podejrzanymi o zakażenie wirusem, podawano do publicznej wiadomości w prasie z poleceniem natychmiastowego zgłoszenia się do izolatoriów. Opornych karano skierowaniem wniosku do kolegium ds. wykroczeń i dowożono siłą.

Izolatoria organizowano w szkołach, nieczynnych w czasie letniego wypoczynku. Najszybciej zorganizowano izolatorium w gmachu szkoły rolniczej na wrocławskim osiedlu Wrocław-Pracze. Właśnie odbywał się tam kurs traktorzystów, gdy zaczęto zwozić pierwszych lokatorów, którzy mieli kontakt z chorymi.

Największe, przeznaczone dla ośmiuset osób izolatorium utworzono w Zakładach Lotniczych na Psim Polu. Poza tym wyodrębniono tzw. szpitale ospowe, cztery we Wrocławiu i dwa na jego przedmieściach – w Prząśniku i Szczodrem.

Bieda okresu Gomułki sprawiała, że zaopatrzenie w podstawowe środki higieniczne było tam opłakane. Brakowało dosłownie wszystkiego. Doktor Jerzy Wolański, kierownik izolatorium w Praczach, wspominał, że na miejscu „nie było leków, jedzenia ani nawet podstawowej informacji, jak się zachować. W szkolnej apteczce zostało kilka pożółkłych tabletek aspiryny i stłuczony termometr”. Brakowało też ciepłej wody. Nie było nawet telefonu. Dosłownie całkowita izolacja. Przed izolatorium protestowała wzburzona grupa izolowanych osób, wśród nich przełożona pielęgniarek ze Szpitala im. Rydygiera. Przed paroma dniami wypisano ją z kliniki ginekologiczno-położniczej, krwawiła, a tu nawet nie było dla niej środków opatrunkowych. Po jakimś czasie udało się dopiero zainstalować w izolatorium lodówkę.

DSCN1447.JPG

W odciętych od świata izolatoriach łatwo szerzyły się nieprawdziwe i przesadzone informacje. W szczelnie otoczonych budynkach krążyły przerażające historie m.in. „o ludziach umierających na ulicach, o piętrzących się zwałach trupów zalegających na chodnikach i o paleniu zwłok zmarłych”. Wybuchy paniki pojawiały się spontanicznie i często bez racjonalnego uzasadnienia. Gdy do szpitala ospowego w Szczodrem trafił transport trumien, pensjonariusze zareagowali zrozumiałym przerażeniem. Gdy z kolei do izolatorium w Praczach Odrzańskich przywieziono wypożyczoną od wojska ogromną przyczepę dezynfekcyjną, pacjenci uznali, że jest to spalarnia zwłok. Innym razem do szpitala w Szczodrem przywieziono „obsługę” klientów domu publicznego. Kiedy z podejrzeniem ospy zatrzymano prostytutkę, lekarsko- milicyjna ekipa pojechała pod wskazany adres przy ul. Kołłątaja. Jak się okazało, „zakład był czynny”.

DSCN1446.JPG

Ludzie w oczekiwaniu na nieuchronną i rychłą śmierć popadali w skrajne nastroje – od defetyzmu i przygnębienia aż po hulaszczy nastrój rozrywki. Szybko pojawił się też alkohol. Jednym z pacjentów izolatorium w Praczach Odrzańskich był kierownik miejskiej wytwórni win. Dzięki jego inwencji każdego wieczora na tyły izolatorium podjeżdżał samochód, z którego wyładowywano kilka skrzynek taniego wina. Otaczający teren milicjanci albo nie chcieli zauważyć auta, albo też dawali się udobruchać. Dlatego powstające później izolatoria otaczano drutem kolczastym.

DSCN1449.JPG

Gwałtownie rosła liczba pacjentów kierowanych do szpitali ospowych i izolatoriów. Wciąż jednak brakowało tam podstawowych artykułów. Ludzie domagali się lepszego zaopatrzenia. Dochodziło do buntów. Jeden z lekarzy wspomina, że „pierwszy bunt w izolatorium wybuchł już piątego dnia. Ludzie wyzywali mnie, żądając papierosów, lepszego jedzenia i wódki. O wybuch paniki było łatwo. Było bardzo gorąco, komary cięły potwornie, ludzie budzili się ze śladami po ukąszeniach na skórze, ale wtedy oznaczało to dla nich jedno: chorobę”.

Jan Kowalczyk, mąż zmarłej Lusi, po kilku dniach dostał gorączki: – Siedziałem na słońcu i pewnie dlatego. Nie miałem żadnej krosty, ale powiedzieli, że jestem chory. Zamknęli mnie w pokoju na trzecim piętrze, wstawili nocnik, donosili jedzenie. Czułem się jak wściekły pies. Cały czas patrzyłem w okno. W zamknięciu człowiek wariuje, a potem tępieje. W Praczach Jan poznał Weronikę, też była pielęgniarką. Gdy wyszła z izolatorium, zgłosiła się do pracy w szpitalu ospowym w Szczodrem. Po kilku miesiącach spotkał ją w Rynku, została jego drugą żoną, wychowała Pawełka (skończył studia, wyrósł na wspaniałego człowieka), byli razem 28 lat. W Praczach był krótko. potem wylądowałem w szpitalu na Piwnej, po dwóch tygodniach znów wsadzili mnie do sanitarki i zawieźli do szpitala w Prząśniku. Na izbie przyjęć doktor wpadł w furię. Zapytał go:

– Co Panu jest? – A no nic – „Jakiej cholery przysyłają mi zdrowego człowieka!” Lekarz wykłócił się z inspektorem sanitarnym: gębę ma czystą, skóra gładka, gorączki nie stwierdzamy!

W końcu ustąpił: „Muszę tu pana zatrzymać, tak chce władza”. Siedziałem tam do końca, do września. Nie wiem, dlaczego tak długo mnie trzymali. Chyba dlatego, że byłem mężem Lusi. Uważali pewnie, że ja muszę zachorować i już. A jak zachoruję, to tak paskudnie, że zarażę pół Wrocławia.

Gdy wreszcie go wypuścili, od razu poszedł na cmentarz. Ludzie plotkowali, że ciało Lusi zostało ekshumowane i spalone. – Grób był nienaruszony, tylko kwiaty zwiędły.

Ostatnia ofiara

Swoisty klimat emocjonalny wytworzyła choroba 44-letniego lekarza, Stefana Zawady. Zaczęło się niewinnie. Początkowo zdradzał symptomy grypy. Najpierw przez tydzień bezskutecznie leczyli go sigmamycyną koledzy w macierzystym szpitalu, rozpoznając ospę wietrzną o ciężkim przebiegu. 10 lipca przekazano go do szpitala zakaźnego. Był już wówczas w złym stanie. Obrzęk twarzy, na skórze wielopostaciowa wysypka ze skazą krwotoczną, liczne wybroczyny i krwawe podbiegnięcia na spojówkach, chrypka, ataki kaszlu z odkrztuszaniem krwi. Następnie 17 lipca został przetransportowany do izolatorium w Szczodrem. Stan jego zaczął się poprawiać, ustąpiły krwawienia z nosa, krwioplucie, krwawe wymioty i smoliste stolce. Po kilku dniach poprawy, 28 lipca, stwierdzono u niego powiększenie wątroby i śledziony oraz objawy toksycznego uszkodzenia mięśnia sercowego z arytmią (czyżby znowu skutki uboczne sigmamycyny?). Do tego zapalenie żył lewego podudzia. Na jego ciele pojawiły się głębokie nacieki ropne, które nacinano. Chory tracił przytomność i wśród drgawek, niewydolności krążenia i uogólnionej posocznicy nastąpił zgon. Był to dramat człowieka umierającego na powikłania, lecz nie „mimo leczenia”, ale właściwie wypadałoby użyć zwrotu – „z powodu”.

Bilans

Dane statystyczne dotyczące ogólnej liczby zachorowań na ospę prawdziwą w 1963 r. są różne, w zależności od źródła informacji. Zaistniałe rozbieżności można by tłumaczyć tym, że niektóre przypadki, uznane początkowo za ospę, zostały później wykluczone.

Jak stwierdził w połowie sierpnia wiceminister Jan Kostrzewski, który osobiście badał wszystkie przypadki, spośród wszystkich 115 osób stwierdzonych przypadków ospy i podejrzanych o tę chorobę około 30% prawdopodobnie w ogóle nie była chora na ospę!! Co ciekawe liczby dotyczące zachorowań na ospę prawdziwą w Polsce w 1963 r. zostały całkowicie pominięte w roczniku statystycznym za 1963 r. Czyżby władza starała się powoli tuszować całą mistyfikację?

Ospa-7.jpg

Jak wskazują akta przejęte po miejskiej stacji sanepidu, większość przypadków ospy prawdziwej przebiegała bez typowych objawów klinicznych, stwarzając tym samym duże trudności diagnostyczne. Zmuszało to do ścisłego izolowania w szpitalach wszystkich podejrzanych o zachorowanie na ospę. Na zdjęciach archiwalnych trudno zresztą doszukać się takiego, które przedstawia przypadek ospy prawdziwej w znanej nam dziś postaci. W publikacji Grażyny Trzaskowskiej znajduje się jedno (czarno-białe) zdjęcie pacjenta ze śladami po zabiegach pędzlowania roztworem azotanu srebra, bądź jodyny. Na fotografii nie sposób doszukać się wysypki typowej dla ospy prawdziwej, a jedynie pojedyncze porozrzucane ciemne plamy. Poza jeszcze jednym zdjęciem, na którym niewiele widać, przedstawiającym pielęgniarkę z dzieckiem z ciemnymi plankami na skórze, brak innych fotografii dokumentujących przypadki ospy. W książce „Variola Vera” znajdujemy jedno zdjęcie poglądowe chłopca chorego na ospę ale bynajmniej nie jest to żaden z owych przypadków, a jego rysy twarzy wskazują raczej, iż jest mieszkańcem Indii. 

z14308525Q,We-Wroclawiu-zachorowalo-79-osob--w-calej-Polsce-z.jpg

Nie wspomina się też wcale o kwestii różnicowania ospy przez niedoświadczonych lekarzy, jak np. polekowe (salicylany, antybiotyki i chemoterapeutyki) osutki plamisto-grudkowe. Natomiast u ludzi uprzednio zaszczepionych mogła wystąpić varioloid [ospianka], określana też jako the modified smallpox [ospa złagodzona]. Z kolei bezpośrednio w reakcji na szczepienie mogło dochodzić do tzw. niepożądanych odczynów poszczepiennych (NOP), do których zalicza się osutki poszczepienne ale może wystąpić też ospa poszczepienna (vaccinia) oraz jej radykalniejsze formy, jak progressive vaccinia [ospa progresywna], tj. ostre komplikacje poszczepienne (postępujące martwice i owrzodzenia w reakcji na szczepionkę).

Na ogólną liczbę chorych na Dolnym Śląsku tylko trzy osoby były szczepione rok wcześniej, tj. w 1962 r. z wynikiem dodatnim. Tylko trzy czy aż trzy? Nie wiemy też ile osób uznanych za chore na ospę były uprzednio zaszczepione latem 1963 r. i czy zachorowania nie były komplikacjami poszczepiennymi.

Trzeba pamiętać, że istnieje zawsze ryzyko szczepienia i nie można rygorystycznie traktować przymusu szczepienia nawet w okresie epidemii, jak to niestety miało miejsce w 1963 r. Uwzględnić należy przeciwwskazania, a więc różne schorzenia, ostre choroby gorączkowe, choroby układu krwiotwórczego – białaczka, zaburzenia w składzie osocza, hipo- i agammaglobulinemia, itp.; choroby alergiczne – skaza wysiękowa, dychawica oskrzelowa; zaostrzone przewlekłe choroby – gruźlica, gościec, cukrzyca, niewydolność krążenia, choroby nerek i wątroby, podeszły wiek, nowotwory oraz wczesny okres ciąży.

Na posiedzeniu Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych w styczniu 1964 r. mówiono o powikłaniach poszczepiennych. Podzielono je na trzy grupy: powikłania na skórze i błonach śluzowych, neurologiczne oraz obostrzenia istniejących schorzeń. Spośród 132 powikłań po szczepieniu przeciw ospie u dzieci tylko jednego z osiedli w latach 1953 do 1962 zanotowano 35 przypadków encefalopatii dzieci w wieku 0 do 2 lat, z tego 8 z zaburzeniami przemijającymi i 27 z rozpoznaniem poszczepiennego zapalenia mózgu.

A więc znana nam liczba ofiar śmiertelnych z powodu powikłań poszczepiennych w 1963 r. była trzykrotnie wyższa, niż liczba zgonów z powodu ospy. W ogólnym bilansie strat należy również wziąć pod uwagę dziesiątki trwałych kalectw narodzonych dzieci, których matki zaszczepiono w czasie ciąży.

Jak pisze Zbigniew Hora w swojej książce, w większości przypadków choroba ma bardzo łagodny przebieg. Obok „innych leków” chorzy otrzymują specjalną surowicę wyprodukowaną z krwi osób niedawno zaszczepionych. Trzeba przyznać, że to dość osobliwy sposób na ozdrowienie.

Jednego dnia na przykład do kliniki chorób zakaźnych przyjęto dziecko z zapaleniem płuc i opłucnej, podejrzane o współistnienie ospy. Do ambulatorium byli wzywani konsultanci od spraw ospy. Nie byli w stanie jednak nic konkretnego stwierdzić. Następnie pacjenta oglądał lekarz dyżurujący, który przywdziewając strój kosmonauty, obejrzał skórę dziecka pokrytą wykwitami plammisto-grudkowymi, z pęcherzykami na szczycie. Nie potrafił postawić diagnozy, choroba Schonlein-Henocha, purpura rheumatica, sepsa? A może ospa? W normalnych warunkach podejrzenie o ospę nie mąciłoby mu toku rozumowania. Mając w świadomości istnienie epidemii, lekarz się waha. Czyżby symptomy ospy prawdziwej nie były takie oczywiste i typowe? Jeżeli nawet konsultanci nie mieli pojęcia co do ospy, to kto może mieć pewność? Stawiając diagnozę „ospa” równie dobrze lekarze mogli stwierdzić, że pacjenci cierpieli na rozmaite dolegliwości. Jedynie świadomość panującej „zarazy”, połączona z panicznym strachem rodem ze średniowiecza, sprawiała, że na każdą zmianę na skórze patrzono teraz podejrzanie, wyłączając przy tym logiczne rozumowanie.

Wisienką na torcie były montowane na potrzeby propagandy sceny filmowe. Jak pisze autor książki „Variola Vera”:

„Niedziela, 8 września. Przez kilka ostatnich dni filmowcy kręcili w mieście film, podobno dla telewizji o akcji zwalczania epidemii ospy. Miejsca Stacja Sanepidu była w tym czasie zamieniona w jedno wielkie atelier. W piątek w południe wstrzymano ruch na jednym z najbardziej ruchliwych skrzyżowań przy ul. Świerczewskiego i Świdnickiej. Wielokrotnie powtarzano scenę pędzących na syrenie karetek pogotowia, ostro biorących zakręty. Mówiono, że główną rolę w tym reportażu odgrywał miejski inspektor sanepidu.”

Ten sam, który już w pierwszych dniach akcji „VV” został od niej odsunięty i od tej pory pełnił tylko „kierowniczą rolę normalnej działalności stacji”. Tak więc poszedł w odstawkę, ponieważ „normalna” działalność stacji wówczas nie istniała. Akcją „VV” kierował naczelnik wydziału zdrowia PRN. Ale na filmie zmieniono aktorów owych wydarzeń. Telewizyjna mistyfikacja była dowodem na to, że próbowano zaciemnić obraz tego, iż wszystko było politycznie nadzorowane z góry.

Ostatni przypadek zachorowania odnotowano 10 września, a 19 września ogłoszono koniec epidemii. W samym tylko Wrocławiu zaszczepiono ponad 400 tys. mieszkańców, na Dolnym Śląsku – 2 mln, w całym kraju zaś – ponad 8,2 mln ludzi. W czasie krótkotrwałych okresów braku szczepionek sprowadzano je ze Związku Radzieckiego i Węgier. Oficjalny bilans epidemii to 99 chorych, w tym 26 pracowników służby zdrowia. Najstarszy chory miał 83 lata, najmłodszy – 8 miesięcy. W ciągu czterech miesięcy na ospę zmarło 7 osób, w tym aż 4 spośród personelu medycznego. 4 z nich były szczepione w dzieciństwie, jedna kilkanaście lat wcześniej, a jedna wcale. Tak więc pozostaje wciąż 1 przypadek śmiertelny u osoby zaszczepionej.

Komunistyczna propaganda i blokada informacji wywoływały mnóstwo niepotrzebnych nieporozumień. Nikt nie chciał rozmawiać czy jadać z mieszkańcami Wrocławia ani przebywać w ich towarzystwie. Na nadmorskich plażach wokół wczasowiczów z dolnośląskiego miasta tworzyły się puste kręgi. Tak samo działo się w kolejkach, poczekalniach czy przychodniach – jeśli tylko ktoś ujawnił, że jest z Wrocławia. Mieszkańców tego miasta traktowano jak zadżumionych.

Pokłosiem wydarzeń lata 1963 r. było uchwalenie 13 listopada 1963 r. nowej ustawy o zwalczaniu chorób zakaźnych w Polsce. Przewidywała ona na żądanie inspekcji sanitarnej, bądź organu zdrowia prezydium rady narodowej (a więc politycznego ciała) poddanie się przymusowym szczepieniom, badaniom, zabiegom higieniczno-sanitarnym czy obowiązek przekazania odpowiednich danych i informacji na potrzeby walki z epidemią. Ustawa przewidywała też ustalenie w odpowiednim rozporządzeniu wykazów chorób, w przypadku których zachodzi potrzeba przymusowej hospitalizacji czy izolacji podejrzanego o nosicielstwo.

Ogromną władzę otrzymywali odtąd właściwi inspektorzy sanitarni. W razie stwierdzenia, bądź tylko podejrzenia choroby zakaźnej lub nosicielstwa, byli uprawnieni do wydawania decyzji o przymusowej hospitalizacji lub izolacji. Mogli też uznać za skażone tereny lub budynki i nakazać ich opuszczenie do czasu zakończenia dezynfekcji. Służby bezpieczeństwa miały odtąd prawo wtargnąć na prywatną posesję i pod pozorem dezynfekcji prowadzić przeszukania u niewygodnych dla władzy osób, a je same przymusowo izolować czy hospitalizować. Inspektor sanitarny mógł zarządzić zamknięcie zakładu pracy czy instytucji. Ustawa przewidywała możliwość czasowego zakazu zgromadzeń, odbywania targów, pielgrzymek czy procesji. Władza miała teraz narzędzia do kontrolowania sytuacji w razie zagrożenia dla funkcjonowania ustroju. Mogła je użyć np. do kontrolowania opozycji, zapobiegania rozruchom, spontanicznym aktom religijnym, itp. Wydarzenia lata 1963 r. były zatem klasycznym poligonem dla przyszłych ewentualnych działań władz w odpowiedzi na zagrożenia zewnętrzne, jak i wewnętrzne, niekoniecznie te zdrowotne.

Epidemia polityczna? Kulisy mistyfikacji

 

Sytuacja społeczno – polityczna w 1963 r.

Analiza wydarzeń lata 1963 r. nie może stać w oderwaniu od szerszego kontekstu sytuacji społeczno – politycznej Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, gdy I sekretarzem Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR), sprawującej wówczas autorytarne rządy i odwołującej się przy tym do ideologii komunizmu, był Władysław Gomułka. Należy pamiętać, iż państwo polskie nie było w tamtym czasie w pełni suwerenne. PZPR była partią masową i miała charakter państwowy, sprawując władzę absolutną w ramach państw bloku wschodniego (w okresie Zimnej Wojny) podporządkowana była bliźniaczej partii KPZR w Związku Radzieckim. Przy tym w Polsce miała charakter wodzowski, a na czele państwa stał de facto I sekretarz KC.

W pierwszych latach po przełomie 1956 r. zwanych odwilżą gomułkowską zyskał nawet powszechną sympatię społeczeństwa ze względu na fakt, iż za wierność poglądom przesiedział kilka lat w komunistycznym więzieniu. Realizował wówczas politykę umiarkowanych reform i odprężenia w stosunkach państwo – społeczeństwo, gdyż kierownictwo partii chciało uniknąć rozlewu krwi i interwencji sowieckiej, co miało miejsce na Węgrzech po wybuchu powstania przeciwko władzy komunistycznej. Taka polityka nie trwała jednak długo.

Stosunki państwo – Kościół w latach 1956 – 1966

Po drugiej wojnie światowej Kościół katolicki w Polsce, którym od 1948 r. kierował  prymas kard. Stefan Wyszyński, nie ulegał sekularyzacji i ateizacji w takim stopniu, jak miało to miejsce w pozostałych państwach byłego obozu socjalistycznego. Wpływ na to miały jego swoiste polskie cechy, jak nieustanna i wyraźna obecność religii rzymskokatolickiej, która stała się czynnikiem kulturotwórczym oraz współtworzącym historię i tożsamość narodu.

Tymczasem kierownictwo partii traktowało religię jako zacofaną pozostałość feudalnej mentalności i chciało ograniczyć aktywność Kościoła – jedynej całkowicie niezależnej od władz organizacji – do posługi religijnej oraz osiągnąć polityczną neutralność kleru. Celem Gomułki było wzmocnienie procesu laicyzacji i ateizacji milionów Polaków, gdyż aktywność hierarchii uznał za zagrożenie dla władzy i jej monopolu na kontrolowanie życia społecznego, a sami kościelni zwierzchnicy ze względu na podległość Watykanowi stanowili dla ekipy Gomułki potencjalną siłę wywrotową.

Walka z Kościołem leżała w gestii Departamentu IV MSW. Do jego zadań należało przeciwdziałanie poczynaniom reakcyjnego kleru. Rozbudowana sieć tajnych współpracowników wkrótce objęła wszystkie diecezje i zgromadzenia zakonne. Do 1961 r. około 1300 księży zwerbowano jako tajnych współpracowników, zakładano teczki im, a nawet ich rodzinom. Duchowieństwo stało się najmocniej inwigilowaną grupą społeczną, uznaną za wroga władzy i realizowanej przez nią polityki.

Osobą, która miała szczególne znaczenie w realizacji polityki władz wobec Kościoła był dr med. Jerzy Sztachelski, będący najpierw ministrem zdrowia (1951 –1956), następnie pełnomocnikiem rządu ds. stosunków z Kościołem i kierownikiem Urzędu do Spraw Wyznań (1956 – 1961), a następnie ponownie (w interesującym nas okresie) ministrem zdrowia i opieki społecznej (1961 – 1968). Godnym uwagi jest fakt, że Sztachelski odpowiadał naprzemiennie za dwa na pozór niemające ze sobą nic wspólnego resorty i urzędy: zdrowia i ds. wyznaniowych. Natomiast w okresie epidemii czarnej ospy, jako minister zdrowia miał narzędzia do uderzenia w Kościół katolicki, przejmując przy okazji całkowitą kontrolę nad powiązanym z nim środowiskiem medycznym.

Peregrynacja obrazu i Wielka Nowenna Tysiąclecia

Zmiany w relacjach pomiędzy państwem a Kościołem, jakie nastąpiły jesienią 1956 r., zapoczątkowały znaczne ożywienie aktywności religijnej społeczeństwa. Głównym źródłem tego ożywienia była realizacja programu duszpasterskiego prymasa Stefana Wyszyńskiego, nawiązującego do jubileuszu Milenium Chrztu Polski. Program Wielkiej Nowenny Tysiąclecia został opracowany przez prymasa w czasie jego pobytu w miejscu internowania w Komańczy. Konsekwencją dziesięcioletnich przygotowań miało być odrodzenie moralne społeczeństwa polskiego, w zdecydowanej większości przyznającego się do katolicyzmu. Właśnie zaangażowanie osobiste katolików oraz ich współdziałanie z hierarchami Kościoła w głównej mierze było gwarantem powodzenia tego przedsięwzięcia.

Okres przygotowań do rocznicy Milenium Chrztu Polski był bardzo ważny dla społeczeństwa polskiego, gdyż właściwie w tym czasie po raz pierwszy w okresie powojennym na tak wielką skalę miało miejsce samoorganizowanie się Polaków w sposób niezależny od państwa. Szczególną rolę odegrała trwająca kilka lat peregrynacja kopii cudownego obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej we wszystkich polskich diecezjach. Została ona zainaugurowana 19 czerwca 1957 r. w Warszawie. To wydarzenie zintensyfikowało pracą duszpasterską w parafiach (misje, rekolekcje, pielgrzymki) oraz zostało entuzjastycznie przyjęte przez wiernych. Nawet po „aresztowaniu obrazu” przez aparat bezpieczeństwa peregrynację kontynuowała sama rama. Peregrynacja odbywała się pod „czujnym nadzorem” funkcjonariuszy reżimu komunistycznego, którzy podejmowali szereg działań zmierzających do zakłócenia tych uroczystości i maksymalnego ograniczenia liczby ich uczestników. Pomimo trywializowania tego wydarzenia przez niektórych działaczy partyjnych, generalnie ówczesne władze zdawały sobie sprawę z jego wpływu na rozbudzenie świadomości religijnej i narodowej Polaków.

Szczególny charakter posiadały kościelne uroczystości milenijne na Dolnym Śląsku. Nawiązywały one zarówno do zabiegów Episkopatu Polski o stworzenie na Ziemiach Zachodnich stabilnych struktur administracji kościelnej, jak i integrację zamieszkującej je społeczności. Peregrynacja kopii obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej po dolnośląskich parafiach rozpoczęła się 10 lutego 1963 r. w Żaganiu, tj. na kilka miesięcy przed ogłoszeniem stanu epidemii czarnej ospy. Niemal dwa lata kopia obrazu wędrowała po dolnośląskiej ziemi. Odwiedziła wówczas 525 kościołów parafialnych, 82 kościoły filialne i 14 kościołów zakonnych. Pożegnanie obrazu nastąpiło 25 października 1964 r. w kościele Najświętszej Maryi Panny na Piasku we Wrocławiu. Wówczas został on przekazany do diecezji opolskiej.

Program Wielkiej Nowenny był od początku drzazgą w oku ekipy Gomułki, bowiem władza nie mogła pozwolić sobie na stratę monopolistycznej pozycji na scenie społeczno-politycznej. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać, bowiem komuniści potraktowali to jako wyzwanie i chcąc uniknąć porażki wizerunkowej zapragnęli zawłaszczyć ten ważny jubileusz. Partyjni ideolodzy zaproponowali, aby datę 966 r. uznać za symboliczny początek państwowości polskiej.

W lutym 1958 r. sejm PRL w ramach walki ideologicznej podjął uchwałę o obchodach Milenium Państwa Polskiego w latach 1960 – 1966, które miały się stać „podniosłą manifestacją wspólnoty całego społeczeństwa skupionego wokół Frontu Jedności Narodu”.

Obchodom jubileuszu towarzyszyła realizacja programu oświatowego pod hasłem „Tysiąc szkół na 1000-lecie”, w ramach której wzniesiono 1,5 tys. „szkół-pomników Tysiąclecia Państwa Polskiego”.

26 czerwca 1958 r. zebrało się posiedzenie Biura Politycznego, na którym stwierdzono intensyfikację „agresywnej działalności” episkopatu. Partia uznała za konieczne podjęcie działań neutralizujących przygotowania milenijne w ramach Wielkiej Nowenny.

Postanowiono zmobilizować aparat partyjny i państwowy, wydać adresowany do członków komitetów powiatowych partii i sekretarzy POP list „wyjaśniający” zadania PZPR w zakresie laicyzacji, stosunków państwo – Kościół i „ofensywy światopoglądowej”. Komisjom kontroli partyjnej i wydziałom organizacyjnym KC oraz komitetom wojewódzkim zalecono, by ich członkowie eliminowali „klerykalne elementy” z aparatu partyjnego i instancji partyjnych. Swoistą kontrofensywę propagandową miała zainicjować prasa. Należało akcentować laicki charakter szkolnictwa. Urząd ds. Wyznań miał utrudniać ruch pielgrzymkowy. Władze zleciły ograniczenia budownictwa sakralnego i zabroniły otwierania nowych parafii. Zgodnie z postanowieniami Biura Politycznego 4 lipca powołano Komisję KC ds. Kleru, której zadaniem było opracowywanie zasad działania partii w dziedzinie relacji na linii państwo – Kościół.

W lipcu 1958 r. KC PZPR wystosował list do członków partii, będący zapowiedzią odporu wobec „ofensywy wojującego klerykalizmu”, która miała wzniecać waśnie religijne. Odtąd miejsce silnych represji zajęła bardziej wyrafinowana taktyka, polegająca na subiektywnym i selektywnym realizowaniu litery prawa, utrudnianiu pracy duszpasterskiej, uszczuplaniu bazy materialnej duchowieństwa, kontroli jego aktywności, ograniczaniu ruchu pielgrzymkowego i ofensywie propagandowej.

W tym samym roku na odprawie krajowej SB Jerzy Sztachelski wygłosił referat, w którym wyjaśniał funkcjonariuszom niuanse polityki partii wobec Kościoła. Za największe zagrożenie uznał Wielką Nowennę oraz odbywającą się w ramach przygotowań do wielkiego jubileuszu chrztu peregrynację po Polsce kopii obrazu Czarnej Madonny. Zasugerował, że „kontrofensywa władz” położy kres „ofensywie kleru”. Nawiasem mówiąc, władze chętnie posługiwały się militarną semantyką. Takie zwroty jak „ofensywa elementów klerykalnych z Wyszyńskim na czele”, czy „ofensywa wojującego klerykalizmu”, należały do najczęściej powtarzających się zwrotów partyjnej nowomowy, która w ten uproszczony sposób próbowała opisać odrodzenie życia religijno-społecznego w kraju w okresie Wielkiej Nowenny i tym samym sankcjonować przeciwdziałania aparatu administracyjnego.

W maju 1959 r. Gomułka skierował list do biskupów, w którym stwierdził, że program milenijny Kościoła to przykład tego, jak „polityczne tendencje” można osłaniać „religijnymi pozorami”. Obawa przez zawłaszczeniem lub zmonopolizowaniem przez Kościół obchodów jubileuszowych, a tym samym oderwaniem mas od państwa stała się czynnikiem generującym od 1958 r. przygotowania do konkurencyjnego, sztucznie wykreowanego jubileuszu tysiąclecia państwa w roku 1966. Mediewiści się zżymali, bo państwowość Polski datuje się wcześniej niż na rok 966, ale ostatecznie wzięła górę polityczna potrzeba chwili.

W tym samym okresie władza realizowała wytyczne wspomnianego już funkcjonariusza SB Sztachelskiego. Pierwsze uderzenie spadło na Instytut Prymasowski na Jasnej Górze 21 lipca 1958 r. SB dokonała tam z pomocą ZOMO rewizji, w wyniku której zarekwirowano maszyny drukarskie i wiele publikacji, po procesie skazano trzy osoby. Władza zamierzała w ten sposób uderzyć w nasilający się ruch pielgrzymkowy.

Od początku roku szkolnego 1958-59 rozpoczęła się akcja usuwania krzyży z sal szkolnych. Zaś nowoczesne miasta w zamyśle komunistów miały być pozbawione wszelkich świątyń i symboli religijnych. W kwietniu 1960 r. władze podjęły próbę usunięcia krzyża z placu niedoszłej budowy kościoła w robotniczej dzielnicy Krakowa – Nowej Hucie. W wyniku zamieszek zatrzymano blisko 500 osób.

Minister Spraw Wewnętrznych uznał wówczas „reakcyjny kler” za „główną antysocjalistyczną siłę wewnątrz kraju”.

W związku z tym w 1961 r. przyjęto więc ustawę, na mocy której ostatecznie usunięto religię ze szkół, a katechezę przeniesiono do salek parafialnych, a rok później utworzono Departament IV MSW „do walki z wrogą działalnością Kościołów i związków wyznaniowych”, który aż do 1989 r. prowadził intensywne działania wymierzone w Kościół, wykorzystując m.in. sieć 2,5 tys. tajnych współpracowników. Księża zaś byli jedyną grupą w PRL, którą poddawano rozpracowywaniu (zakładano teczki) bez względu na ich poglądy polityczne i stosunek do władz. Zaś w diecezjach zarządzanych przez niepokornych biskupów stosowano praktykę powoływania alumnów do służby wojskowej.

Celem ograniczenia powołań kapłańskich władza komunistyczna ostatecznie zlikwidowała w latach 1962 – 1963 wszystkie niższe seminaria duchowne. Zamykano też seminaria i nowicjaty zakonne. W tym samym okresie zamknięto instytucje zakonne, jak przedszkola i domy dziecka.

W Warszawie zamknięto jedyną szkołę pielęgniarską, a do państwowych szpitali i szkół pielęgniarskich nie przyjmowano sióstr zakonnych. Władze wydały też przepisy podatkowe, których głównym celem było uszczuplenie finansów Kościoła. Równocześnie podjęto na szeroko zakrojoną skalę akcję przejmowania budynków kościelnych, nie mających bezpośredniego sakralnego znaczenia.

Ważnym celem komunistów było także ograniczenie ruchu pielgrzymkowego, procesji oraz duszpasterstwa wakacyjnego. Władza wychodziła z założenia, że każde zgromadzenie w miejscach publicznych stanowiło poważne zagrożenie dla porządku publicznego. W roku 1963 oddziały milicji i ZOMO rozpędziły kilkutysięczny tłum zgromadzony na miejscu objawień Matki Boskiej w Zabłudowie na Podlasiu.

boleslaw-kominek.jpg

Arcybiskup Kominek wrogiem władzy ludowej

Polityka represyjna opierała się na wszechstronnej inwigilacji. Na podstawie informacji zaczerpniętych z inwigilacji, władza komunistyczna opracowywała sposoby walki z Kościołem. Jednym z nich była dokładna obserwacja księży oraz ich działalności. Ks. Bolesława Kominka inwigilowano już na początku 1946 roku. Oficjalnie bezpieka założyła sprawę ewidencyjno – obserwacyjną o kryptonimie „dyplomata” w 1955 r.

Arcybiskup był najważniejszym hierarchą na Dolnym Śląsku, postrzeganym jako nieprzejednany oponent władz komunistycznych. Był autochtonem, a w czasie wojny podpisał III grupę niemieckiej Volkslisty, jednocześnie pełniąc funkcję kapelana wrogiej wobec komunistów Armii Krajowej na Śląsku oraz pełnomocnika rządu na emigracji ds kościelno-społecznych. Stanowił więc potencjalne ogromne zagrożenie, zwłaszcza w rozpętanej wówczas zimnowojennej histerii. Jego inwigilacja służyła też komunistom z najwyższych władz centralnych do opracowywania działań odnoszących się do jego osoby i co się z tym łączy do Kościoła na Dolnym Śląsku. Zdobyta wiedza mogła być wykorzystana w działaniach represyjnych wobec diecezji, poszczególnych duchownych, osób zakonnych i świeckich.

Władzę partyjną interesowało, przede wszystkim to, czy arcybiskup nie działa nielojalnie wobec państwa. Nielojalność ta mogła się wyrażać, np. poprzez kazanie krytykujące w jakiś sposób państwo socjalistyczne w tym ustawodawstwo państwowe, rozporządzenia związane z etyką, moralnością, filozofią marksistowsko – leninowską itd. Arcybiskup Kominek przez cały okres wzmożonej inwigilacji, w omawianych latach, był uważany przez władze za wroga ustroju i Polski. Potwierdzają to jego relacje z władzami państwowymi i wojewódzkimi oraz stosunek do socjalistycznego ustroju. Według władzy komunistycznej abp Kominek w czasie trwania Soboru Watykańskiego głosił szereg kazań, które zawierały prócz treści religijnych także elementy polityczne. Na terenie kraju krytykował m. in. ideologię panującą w krajach socjalistycznych, natomiast za granicą mówił o rządzących w Polsce podstępnych i przewrotnych komunistach. Wypowiadał się także, że „Polska jest żenującym krajem fatalnie rządzonym”, „cudem bałaganu i nędzy.” Taki obraz przyczynił się do niewydania paszportu na wyjazd do Watykanu na jedną z sesji soborowych.

Jak mówi notatka informacyjna dot. arcybiskupa Bolesława Kominka z Wrocławia z dnia 16. 09. 1963 r., podpisana przez naczelnika Wydziału IV KWMO ppłk Zbigniewa Sikorę:

Biorąc za podstawę całość działalności, wypowiedzi i zachowanie się Kominka stawiamy wniosek o nie wyrażenie zgody na wyjazd do Rzymu wyżej wymienionego bez względu na zabiegi i zapewnienia jakie będzie niewątpliwie deklarował w rozmowach z przedstawicielami władz.

Charakteryzując abpa Kominka, władza uważała, że w doborze współpracowników miał kierować się negatywną postawą wobec PRL, propagował działalność zaangażowanych świeckich, był aktywny w Episkopacie, kreował się na obrońcę Kościoła, zakonów, Ziem Zachodnich, interesował się polityką w krajach socjalistycznych, a informacje na ten temat przekazywał do Watykanu i do „Radia Wolnej Europy”. Według władzy taka postawa implikowała uzyskanie godności kardynalskiej.

W 1966 r. na podstawie materiałów zebranych z podsłuchów w pokojach, w których przebywał arcybiskup, można poznać jego zdanie o I Sekretarzu KC PZPR Władysławie Gomułce. Funkcjonariusze SB pisali, że Arcybiskup „nie kryje nienawiści do kierowników życia politycznego”, a jego „stanowisko wrogie komunizmowi i komunistom reprezentuje on od wielu lat.”

Zachowały się zapisane z podsłuchu rozmowy telefoniczne kapelana arcybiskupa, siostry arcybiskupa Kominka – Matyldy, która pracowała u boku swojego brata. Z podsłuchu telefonicznego z lat 60-tych dowiadujemy się o rozmowach arcybiskupa i jego sekretarza z posłami: Stanisławem Stommą, Tadeuszem Mazowieckim, Jerzym Zawieyskim, czy z dziennikarzami krajowymi i zagranicznymi w tym z Jerzym Turowiczem czy Hansem J. Stellem. Na poczcie działała esbecka grupa, która otwierała listy napisane i otrzymane przez ludzi Kościoła, duchownych, świeckich.

Występował przeciwko ustawom wymierzonym w Kościół, np. ustawie o gospodarce lokalowej, czy zniesieniu dnia wolnego od pracy – święta Objawienia Bożego.  Arcybiskup nie przyjął do wiadomości nakazu władz odnośnie płacenia podatków i co się z tym też łączy przejęcia ziemi i budynków poniemieckich przez skarb państwa.

Zadania inwigilacyjne wobec arcybiskupa były podejmowane w centrali MSW w obecności funkcjonariuszy SB z Wrocławia. Wobec tego najważniejsze decyzje zapadały w Warszawie. Zgody wymagały także rozmowy arcybiskupa z przedstawicielami dolnośląskich władz wojewódzkich.

Z prowadzeniem sprawy ewidencyjno – obserwacyjnej łączyły się zadania podjęte wobec arcybiskupa przez SB. Inwigilacją arcybiskupa Kominka zajmowało się wielu oficerów SB z Wrocławia. Z nich można wymienić Józefa Kniaziuka,  Jana Żochowskiego i Henryka Fenniga. W latach sześćdziesiątych inwigilacja arcybiskupa była już bardzo rozwinięta.

Zaostrzanie się w tym czasie konfliktu pomiędzy państwem a Kościołem, doprowadziło do ponownego szerszego zainteresowania się SB sprawami działalności Kościoła. 1 lipca 1962 r. utworzono Wydział IV SB, zajmujący się tym zagadnieniem. Do nowego wydziału przeniesiono funkcjonariuszy z rozwiązanych w związku z tym dwóch sekcji Wydziału III KW MO. Wydział początkowo składał się z trzech grup: Grupa I (zajmująca się klerem diecezjalnym); Grupa II (nadzorująca stowarzyszenia katolików świeckich); Grupa III, (zajmująca się rozpracowaniem innych wyznań, w tym głównie Świadków Jehowy). Wzrost zadań stawianych przed wydziałem spowodował, że już 1 listopada 1963 r., tj. niedługo po wydarzeniach ospowych, utworzono Grupę Ia, tzw. miejską zajmującą się klerem parafialnym z terenu Wrocławia, oraz zakonami męskimi i żeńskimi na terenie województwa.

II Sobór Watykański i sprawa paszportu dla arcybiskupa

W kontekście soboru Stolicy Apostolskiej zależało aby uruchomić proces pojednania w świecie podzielonym Zimną Wojną. Na polskim gruncie chodziło o pojednanie polsko-niemieckie, a szczególną rolę miał tu odegrać abp Kominek. Tymczasem Gomułka, celem zintegrowania narodu wobec wspólnego wroga zewnętrznego, grał na podtrzymywaniu antyniemieckich nastrojów w społeczeństwie i próbował torpedować jakiekolwiek działania w kierunku koncyliacyjnym podejmowane przez duchownych.

 Każdy obywatel Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, który w ocenie władz posiadał krytyczny stosunek do państwa, był narażony na represje. Jednym ze sposobów karania za niesubordynację wobec władz państwowych była odmowa wydania paszportu.

Ze względu na generalnie złe relacje pomiędzy państwem a Kościołem katolickim w czasach PRL, standardowo za wrogów socjalistycznego państwa uznawano duchowieństwo. W katalogu represji bardzo często stosowanych wobec kleru była odmowa wydania paszportu na wyjazd za granicę. Ten rodzaj kary był szczególnie uciążliwy dla hierarchów w czasie Soboru Watykańskiego II. Władze państwowe postanowiły wpłynąć na skład polskiej delegacji na sesjach soborowych i odmówiły wydania paszportów arcybiskupowi Bolesławowi Kominkowi oraz kilku biskupom (Piotr Kałwa, Czesław Kaczmarek, Wilhelm Pluta, Jerzy Ablewicz, Jan Wosiński, Lucjan Bernacki).

Klasycznym” przykładem hierarchy kościelnego, który za „nieposłuszeństwo wobec władzy ludowej” kilkakrotnie nie otrzymał paszportu był arcybiskup Bolesław Kominek. Tym samym, chociaż był członkiem soborowej Komisji ds. Apostolstwa Świeckich i Komisji ds. Prasy i Widowisk, władze PRL zezwoliły na uczestnictwo tylko w I i IV sesji Soboru.

Procedura związana z uzyskaniem paszportu trwała miesiącami. O tym, czy dany hierarcha otrzyma paszport decydował Urząd do Spraw Wyznań w Warszawie, generalnie odpowiedzialny za realizowanie antykościelnej polityki wyznaniowej państwa, w tym także stosowanie nacisków i represji administracyjnych wobec duchowieństwa. Natomiast zasadniczym kryterium, którym kierowano się w tym względzie było stanowisko duchownego wobec władzy.

W odpowiedzi na wniosek arcybiskupa o wydanie mu paszportu Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej we Wrocławiu w piśmie z dnia 9 października 1963 r. odpowiedziało, że nie mogą udzielić pozytywnej odpowiedzi, na co składają się następujące przyczyny:

„Postępowanie Księdza Arcybiskupa jako administratora diecezji w stosunku do władz państwowych w okresie poprzedzającym I sesję Soboru, budziło szereg zastrzeżeń, które spowodowały negatywne ustosunkowanie się do wniosku o wydanie paszportu; paszport jednakże wydano po złożeniu przez Księdza Arcybiskupa przyrzeczenia lojalności wobec interesów Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej podczas rozmowy w dniu 6.X.1962 r. w Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej. Przyrzeczenie to nie zostało dotrzymane. -Władze wojewódzkie liczyły więc na to, że dalsze postępowanie Księdza Arcybiskupa nie będzie zmierzało do zaostrzenia stosunków między Państwem a Kościołem na terenie województwa wrocławskiego. Tymczasem wygłoszone publicznie kazania /29.VI., 30.VI., 9.VII., 21.VII., 26.VIII., 1.IX.br./ szkalują w sposób napastliwy i tendencyjny stosunki polityczno – gospodarcze w Polsce, zmierzają do wywołania niezadowolenia i przeciwstawiania wiernych władzy ludowej. Najjaskrawiej wystąpiło to w kazaniu Księdza Arcybiskupa 9.VII.1963 r. w Bazylice Mniejsze w Częstochowie. Ksiądz Arcybiskup zobowiązał się, że będzie godnie reprezentował polską racje stanu zagranicą. Jednakże zobowiązanie to nie zostało dotrzymane. W czasie pobytu zagranicą Ksiądz Arcybiskup nie tylko nie zachowywał się lojalnie, lecz naruszając polską ustawę paszportową, wyjechał do krajów Europy Zachodniej posługując się drugim paszportem – paszportem watykańskim, a pobyt w tych krajach stał się okazją dla uzyskania przez Księdza osobistych korzyści. Po powrocie z zagranicy, we Wrocławiu Ksiądz Arcybiskup w rozmowie z działaczami Wrocławskiego Klubu Inteligencji Katolickiej wyjaśniając m.in. rzeczywisty cel wygłoszonych przez niego w Radio Watykańskim pogadanek o Ziemiach Zachodnich, powiedział: ‚nie miałem ani nie mam zamiaru włączyć się do kampanii przeciwko NRF, ponieważ przywódcy kościoła inaczej patrzą na sprawy granic na Odrze i Nysie’. Podobnie na innych spotkaniach z aktywem KIK-u wrocławskiego Ksiądz Arcybiskup szkalował przedstawicieli najwyższych organów państwowych, kłamliwie przedstawiał sytuację wewnętrzną kraju i stosunki Państwo – Kościół oraz instruował zebranych w kierunku podejmowania wrogiej działalności.”

Inwigilacja duchowieństwa

Każdy duchowny, osoba zakonna, czy świecka związana z Kościołem była potencjalnym wrogiem ideowym władzy komunistycznej i należało nad nią sprawować nadzór. Wobec tego w 1963 r. na mocy wprowadzonego rozkazu Ministra Spraw Wewnętrznych zostały wprowadzone i założone teczki o skrótowej nazwie: TEOB, TEOK, TEOP, które prowadzili funkcjonariusze SB. Relacja do władzy państwowej wyrażała się także w przestrzeganiu przez duchownych i zgromadzenia zakonne przepisów i ustaw państwowych. Wobec czego interesowano się rejestracją bractw, stowarzyszeń religijnych w Radach Narodowych, organizacją pielgrzymek, konferencji stanowych, dni skupienia, wycieczek, kolonii, zbiórkami pieniężnymi, pogrzebami, przebiegiem procesji Bożego Ciała, płaceniem podatków, czynszu, przedstawieniami w kościele (jasełkami), organizowaniem przez duchownych poza kościołem nabożeństw majowych.

W związku z ustawą o przejęciu przez państwo mienia poniemieckiego bezpieka sprawdzała czy duchowni angażują się w akcję protestacyjną podjętą przez Episkopat. Kontrolowano na bieżąco zadłużenia podatkowe duchowieństwa świeckiego i zakonnego oraz starania się przez nich o umorzenie zaległości wynikających z podatku gruntowego.

Niektóre zgromadzenia sióstr zakonnych i zakonników utrzymywały się poprzez wykonywanie pracy w społecznych placówkach służby zdrowia. Wobec tego sprawdzano, czy osoby zakonne nie występują w jakimś stopniu wobec ustaw laicyzacyjnych, które obowiązywały w ośrodkach zdrowia. Szpiegowano w tym zakresie działalność sióstr zakonnych, czy nie zachęcają chorych w szpitalach do praktykowania wiary, czytania prasy katolickiej czy wraz z duchownymi nie przeprowadzają zbiórek i składek na potrzeby Kościoła.W zainteresowaniu UdsW, SB było, np. „czy na terenie szpitali i innych placówek służby zdrowia organizuje się imprezy religijne, wyświetla się filmy o tematyce religijnej.”

Na Egzekutywie KD PZPR Wrocław Stare Miasto tow. Karol „Laskowski informował egzekutywę o sytuacji panującej w szpitalu im. Babińskiego. Siostry zakonne prowadzą na korytarzach modlitwy, ściągając chorych z łóżek, jak również przyprowadzają księdza do chorych wbrew ich woli. Dokuczają też członkom partii i tym, którzy nie chcą wychodzić na modlitwy.” Wobec tego postanowiono: „Przygotować materiał, przeprowadzić rozmowy i wysunąć wnioski (…) wezwać na rozmowę do KD kierownika Wydziału Zdrowia WRN oraz Sekretarza POP. Szpital im. Babińskiego znajdował się na pl. 1 Maja we Wrocławiu

Interesowano się także wiszącymi emblematami religijnymi w salach szpitalnych. Szpiegowano pracę sióstr zakonnych i ich stanowisko do ustawy aborcyjnej oraz ich relacje do hospitowanych partyjnych. Bezpieka interesowała się zgromadzeniami zakonnymi, czy spełniają one wymogi dotyczące prawa o stowarzyszeniach oraz, czy mają uregulowany statut w kurii wrocławskiej.

Inwigilacja lekarzy

Szpiegowanie m.in. lekarzy pod kątem religijnym, dotyczyło głównie spraw związanych z praktykowaniem wiary i wszystkim, co się z tym łączy, np. głoszeniem referatów, pracy w poradniach prowadzonych przez Kościół. Np. W poradni Świadomego Macierzyństwa przy kurii działało 20 kobiet lekarzy i żon profesorów. Lekarzy inwigilowano nie tylko w miejscu ich zatrudnienia, ale co robią w czasie wolnym. W szpitalach interesowano się relacjami do kapelanów i pracujących sióstr zakonnych. Władza nakazała zwrócić uwagę, „czy lekarze manifestują przekonania religijne”, czy praktykują swoją wiarę w kaplicy szpitalnej. Tajny nadzór sprawowano nad personelem świeckim pracującym w szpitalu, „czy współpracuje z klerem, powiadamiając chorych o nabożeństwie”, czy pomaga w urządzaniu ołtarza na korytarzu czy rozpowszechnia prasę religijną itd. Sprawdzano także, czy lekarze i farmaceuci biorą udział w organizowanym przez kurię wrocławską zjazdach, konferencjach,czy głoszą w parafiach referaty związane, z obroną życia nienarodzonych. Jeżeli leczyli duchownych lub alumnów, sprawdzano, czy nie naruszają przepisów w sprawie przepisywania recept.

Kryptonim Internat”

Wydarzenia wrocławskie poprzedziła nie znana nikomu akcja służb bezpieczeństwa przeciwko środowisku pielęgniarek o kryptonimie „Internat”. W dniach 30 marca i 2 kwietnia 1963 r. doszło do wystąpień pielęgniarek warszawskich szpitali. Złożyły się na to m. in. drastycznie niska płaca, niewspółmierna do odpowiedzialności za wykonywaną pracę, niepisana umowa o zakazie podejmowania studiów wyższych przez pielęgniarki, brak stałego meldunku w Warszawie. Dodatkowe niezadowolenie wzbudzać mogły warunki mieszkaniowe w internatach, w których z niewiadomych przyczyn zakazywano przyjmowania gości (w tym własnego męża), ponadto przeprowadzanie kontroli w pokojach oraz stawianie wymogu powrotu o wyznaczonych godzinach. Zdesperowane pielęgniarki chciały rozmawiać m.in. w tych sprawach z ministrem zdrowia. W świetle zebranych w archiwach informacji wyłania się misternie zaplanowana sieć donosicieli, podsłuchów, różnych form zastraszania i wywierania presji na te kobiety, które zaprotestowały przeciwko upokarzającej wobec nich polityce władz państwa.

Wystąpienia, mimo że nie były ani spektakularne, ani zakrojone na szeroką skalę uznano za groźne od samego początku. Aparat bezpieczeństwa obawiał się, że za pielęgniarkami opowiedzą się kolejne grupy zawodowe środowisk Warszawy (załóg zakładów pracy czy studentów) i dojdzie do większych protestów czy nawet zamieszek. Dlatego z całą bezwzględnością postanowiono nie dopuścić do dalszych wystąpień.

Przed godz. 10 rano na pl. Dzierżyńskiego (dziś Bankowy) zebrało się ok. 500 pielęgniarek, które w służbowych mundurkach przeszły w zwartym szyku pod gmach Ministerstwa Zdrowia. W celu odizolowania ich i zapobiegania ewentualnym gestom poparcia ze strony innych osób, zostały wpuszczone do gmachu. Władze od samego początku nie zamierzały spełnić jakichkolwiek postulatów pielęgniarek.

Po akcji protestacyjnej władza zmobilizowała wszelkie siły. Działania funkcjonariuszy zmierzały do potwierdzenia znanych dotychczas faktów, udokumentowania ich oraz wykrycia osób, które czynnie brały udział, inicjowały czy pełniły kierowniczą rolę w strajku. Ważne było też aby nie dopuścić do szerszego poparcia wystąpień pielęgniarek przez społeczeństwo stolicy.

Notatka służbowa z dnia 30 marca przedstawia przebieg poszczególnych rozmów funkcjonariuszy bezpieczeństwa z kierownictwem szpitali. Funkcjonariusze domagali się od swoich rozmówców imiennych list osób, które opuściły 30 marca miejsce pracy, bądź miały nie usprawiedliwioną nieobecność oraz sugerowali podawanie nazwisk osób przychylnych protestom. Część dyrektorów szpitali zadenuncjowała pielęgniarki, prosząc przy tym o niekaranie ich i tłumacząc ich wzorowe spełnianie obowiązków. Dyrekcja zaś innych szpitali celowo unikała spotkania z funkcjonariuszami. Nie uchroniło to części protestujących i osób czynnie ich wspierających przed późniejszymi konsekwencjami dyscyplinarnymi.

Zgodnie z poleceniem kierownika Wydział Zdrowia Stołecznej Rady Narodowej z dnia 17 kwietnia 1963 r. dyrektorzy placówek warszawskiej służby zdrowia mieli oddelegować ze swoich zakładów pielęgniarki do Wojewódzkich Wydziałów Zdrowia: w Rzeszowie, Kielcach, Wrocławiu, Zielonej Górze po 5 do każdego z nich. Informacja zwrotna o wykonaniu polecenia miała zostać odesłana do 19 kwietnia do godz. 14-ej. Do tzw. ochotniczej akcji szczepień oddelegowanych zostało wg raportów imiennych przesłanych z poszczególnych szpitali 116 pielęgniarek oraz ponad 20 wysłanych dodatkowo. Istnieją rozbieżności w uzyskanych informacjach na temat wysłanych do akcji szczepień a informacjami zawartymi w referacie „Metody pracy operacyjnej Służby Bezpieczeństwa w przypadkach zagrożenia bezpieczeństwa i porządku publicznego”, gdzie podano liczbę 350 pielęgniarek wysłanych poza teren Warszawy na akcję szczepień. Jednocześnie za nimi wysłano zawiadomienia (wyraźnie dotyczące pielęgniarek biorących udział w wystąpieniach 30III i 2 IV), o powiadomieniu czy takowe osoby stawiły się zgodnie z przydziałem, o zainteresowaniu operacyjnym i systematycznym kontrolowaniu ich zachowań, ze szczególnym zwróceniem uwagi na to, czy w rozmowach nie rozgłaszają na temat wydarzeń zaistniałych w Warszawie, czy agitowały do wystąpień na danym terenie.

Środowisko pielęgniarek warszawskich zostało tak rozbite i zastraszone, że 23 kwietnia nie doszło już do zaplanowanej wcześniej demonstracji.

Służby Bezpieczeństwa wywiązały się ze swoich zadań bez zarzutu, działając zgodnie z instrukcjami i według głównego zadania SB, jakim była ochrona socjalizmu i komunizmu oraz zwalczanie wrogów Polski Ludowej. Zrealizowały je poprzez działania profilaktyczne (rozmowy ostrzegawczo-profilaktyczne), rozpoznawcze i w końcu umożliwiające wykrycie i zebranie dokumentów przeciw „wrogim elementom”. Działania bezpieki doprowadziły do zduszenia w zarodku prób jakichkolwiek wywrotowych działań środowiska medycznego, a zmasowana akcja szczepień bezpośrednio poprzedziła wydarzenia we Wrocławiu latem 1963 r.

Szpital pod wezwaniem św. Jerzego (Specjalistyczny Szpital im. Ludwika Rydygiera we Wrocławiu)

Dzieje powojenne Szpitala św. Jerzego (zwanego później Specjalistycznym Szpitalem im. Ludwika Rydygiera) prowadzonego przez Kongregację Sióstr Miłosierdzia św. Karola Boromeusza widzieć trzeba w kontekście walki z Kościołem na Ziemiach Zachodnich i Północnych po 1946 roku, relacji państwo-Kościół i państwo-zakony oraz relacji narodowościowych, bardzo skomplikowanych na tych terenach. Trudna i w wielu konkretnych przypadkach nawet po transformacji ustrojowej niezmieniona sytuacja własnościowa części obiektów tzw. martwej ręki do dzisiaj budzi kontrowersje i emocje społeczne. W wypadku Szpitala św. Jerzego (Rydygiera) jak w soczewce skupia się z jednej strony determinacja prawowitych właścicieli, by obronić swoich praw do własności obiektu i instytucji, z drugiej – determinacja władz komunistycznych nie tylko zmierzająca do faktycznego przejęcia obiektu i instytucji szpitalnej, ale i do wyrugowania prawowitych właścicieli poprzez system szykan i upokorzeń.

Na mocy uchwały Rady Ministrów z 21 października 1949 roku szpital został przejęty przez państwo, zmieniona została nazwa na Szpital im. Ludwika Rydygiera. W tym momencie pracowało tu 29 boromeuszek.

Trwająca od początku 1950 do 1973 roku konfrontacja władz państwowych z Kongregacją o własność budynków przy ul. Pomorskiej 31/33 i o instytucję szpitala koncentruje się na dających się wyróżnić trzech płaszczyznach ataków: władze państwowe po pierwsze starać się będą o udowodnienie, że Kongregacja nie jest właścicielem obiektu i nie ma do niego żadnych praw, po drugie będzie zmierzać do tego, by zniechęcić siostry do pracy w szpitalu i poprzez stałe szykany spowodować, by same chciały obiekt opuścić, po trzecie uzyskać kontrolę nad tą częścią obiektu, którą zajmują siostry. Batalia o usunięcie boromeuszek ze szpitala rozpoczyna się w pięć miesięcy po ogłoszeniu uchwały Rady Ministrów o upaństwowieniu niektórych instytucji prowadzonych przez stowarzyszenia religijne. Korespondencję prowadzoną z Kongregacją w tej sprawie otwiera seria dokumentów, w których trudno dopatrzyć się odwołań do prawnych procedur, na mocy których strona świecka stała się właścicielem obiektu i przez to może nim swobodnie dysponować. Władze uciekają się raczej do różnych forteli perswazyjnych. Starają się przede wszystkim zniechęcić siostry do pracy w szpitalu, informując o jego radykalnym przeformułowaniu:
„Z uwagi na przeorganizowanie Szpitala św. Jerzego na szpital położniczo-ginekologiczny spodziewać się należy, że siostrom zatrudnionym w tymże Szpitalu praca ginekologiczna i położnicza nie będzie odpowiadała.” Zaczęła się równolegle sprawa wysiedlenia sióstr z ich klasztoru w kompleksie przy ul. Pomorskiej do mieszkań zastępczych.  Kolejną próbą utrudnienia siostrom bytowania w kompleksie przy ul. Pomorskiej było przeniesienie z zajmowanych lokali na parterze na piętro. Prawo własności obiektów przy ul. Pomorskiej i Rydygiera zaczęło być otwarcie kwestionowane przez władze państwowe. Równocześnie narzucano siostrom opłaty z tytułu najmu za użytkowanie lokali mieszkalnych aby usankcjonować status nowej własności obiektu – własności państwowej.

My Siostry Boromeuszki jesteśmy autochtonkami, które mają za sobą twarde życie pod zaborem pruskim. Po wyzwoleniu wszystkie siostry przyznały się do narodowości polskiej i stały się obywatelkami PRL. W tych warunkach kwalifikowanie naszego mieszkania jako (nieruchomości poniemieckiej) odczuwamy szczególnie boleśnie po prostu nie możemy zrozumieć, że nasza własność zdobyta i utrzymywana w stanie dobrym pracą własnych rąk dziś ma być nie naszą, tylko dlatego, że po długich latach spędzonych pod zaborem wróciłyśmy do macierzy.
Czy mienie nie opuszczone przez właściciela narodowości polskiej może być poniemieckie?”.

Spośród 26 mieszkających wtedy przy Pomorskiej boromeuszek 21 pracowało w szpitalu. Zarząd Budynków Mieszkalnych Wrocław – Śródmieście nałożył na boromeuszki czynsz, a wobec niepłacenia go zagroziły egzekucją komorniczą. Kolejne pisma i ich datowanie świadczą o tym, że władze administracyjne nie działały samodzielnie, lecz kierowały się odgórnymi dyrektywami.

Żądanie zapłaty czynszu siostry otrzymały 15 listopada 1962 r. W odpowiedzi z 3 grudnia 1962 roku przesłanej do wiadomości JE ks. Abpowi Bolesławowi Kominkowi przebywającemu na soborze w Rzymie, Kurii Arcybiskupiej we Wrocławiu i Sekretariatowi Prymasa Polski siostry opisywały zarówno uchybienia natury formalnej, jakie znalazły się w upomnieniu, jak i fakt, że rzecz idzie o klasztor budowany i nieprzerwanie utrzymywany przez Kongregację, a także to, że złożyły wniosek do Rady Ministrów o przekazanie nieruchomości na własność. Po raz pierwszy posłużyły się także takim argumentem: „nie uwzględniono, że żądanie czynszu od klasztoru, który od niepamiętnych czasów należy do Zgromadzenia sióstr boromeuszek jest sprzeczne z zasadą pokojowego współistnienia Państwa z Kościołem głoszoną przez rząd PRL i wpłynąć może szkodliwie na stanowisko Stolicy Apostolskiej do Polski”. Pismo to rozsierdziło komunistyczne władze, dla których wystarczająco niewygodnym był fakt niesubordynacji arcybiskupa wobec wcześniejszych jego zapewnień, że nie będzie za granicą krytykował ustroju i władz PRL.
Kolejne wezwanie do zapłaty nadeszło 29 marca 1963 r., siostry pismem z 12 kwietnia podtrzymały swoje stanowisko z 3 grudnia roku poprzedniego. Woltą w wykonaniu władz było przerzucenie odpowiedzialności za windykację rzekomych należności na dyrekcję Szpitala im. Rydygiera. Stało się to 10 maja 1963 r. – na dwa miesiące przed ogłoszeniem we Wrocławiu epidemii czarnej ospy, w trakcie której w tym samym szpitalu wprowadzono kwarantannę, którą można uznać za przesilenie całego konfliktu.

W tym roku nie pójdziecie na pielgrzymkę – kolejna odsłona aktu walki 
z Kościołem w cieniu "epidemii"

Lata 60. były najtrudniejsze dla pielgrzymowania na Jasną Górę. W roku 1963
zgody na wyruszenie, ze względu na rzekomo szalejącą czarną ospę, nie otrzymuje 
nawet pielgrzymka warszawska. Przeor paulińskiego klasztoru w Warszawie o. Tadeusz
Kubik postanowił podporządkować się decyzji władz, ale nie oznaczało to, że miał 
zamiar przeszkadzać pątnikom w wyruszeniu do Częstochowy. Pożółkłe kartki kroniki 
kryją zapis wydarzeń z 247 pielgrzymki, nazywanej "nielegalną".


W Zakonie Paulinów były to czasy o. generała Ludwika Nowaka, który był bardzo 
surowy dla podwładnych i nie uznawał stroju świeckiego. "Z o. Józefem Płatkiem 
poszliśmy do generała i przedstawiliśmy sprawę. Chcieliśmy iść po świecku. 
Ku naszemu zdziwieniu generał powiedział, że nie tylko pozwala, ale także nas 
zachęcał" - wspomina po latach uczestnik tamtych wydarzeń o. Melchior Królik. 
Zakonnicy uznali że iść trzeba, a w ostateczności "zamienią celę zakonną 
na więzienną".

W Warszawie panowało przygnębienie, ludzie przychodzili z pytaniem czy 
pielgrzymka wyruszy. Przysyłano agentów SB, którzy zniechęcali, siali grozę. 
"Iść bez pozwolenia to jeszcze nic, ale iść wbrew zakazowi władzy najwyższej 
to już jest straszne. Czekają was ogromne konsekwencje" - mieli mówić. Pomimo tego 
w zakazanej pielgrzymce wzięło udział 4 tys. osób.

Po porannej Mszy św., 6 sierpnia, spod paulińskiego kościoła św. Ducha, bokiem ulicy, 
wyruszyła zwarta grupa ludzi. Kłopoty zaczęły się za Raszynem w Lesie Sękocińskim. 
Podjechały milicyjne radiowozy. "Obywatele pielgrzymi. Zawróćcie. Droga do 
Częstochowy zajęta, zagrożona epidemią czarnej ospy. Nikt z was do Częstochowy 
nie dojdzie". I tak bez przerwy. Po dojściu na nocleg do Tarczyna okazało się, że SB 
odesłała wszystkie samochody z bagażami z powrotem do Warszawy. Przez 9 
kolejnych dni pątnicy szli w tym, co mieli na sobie. Bez przerwy siano pogłoski, że na 
trasie pojawiają się druty kolczaste, poustawiano barykady, aresztowano kilkadziesiąt 
osób. Wśród pielgrzymów ogłoszono, że nikt nie przejdzie dalej jeśli nie będzie miał 
świadectwa szczepienia przeciwko durowi brzusznemu. Przyjechała ekipa sanitarna, 
ale nie o szczepienia chodziło. 
Sporządzano przecież listę osób, które zaszczepiono. Listę tę przekazano do 
Urzędu Bezpieczeństwa, a następnie do zakładów pracy. Pielgrzymi mieli z tego 
powodu wiele kłopotów.
SB stosowało różne prowokacje, np. podpalało szopy. Mniej więcej co godzinę 
włączała się strażacka syrena, nie dało się spać. "Wszystko, aby nas zniechęcić" - 
opowiada o. Królik. Gospodarze nie bali się przyjmować pielgrzymów. Nawet wynosili 
jeszcze więcej jedzenia niż zwykle, ale i tu milicja nie dawała za wygraną. W Grójcu 
kobiety przygotowały ogromna garnki z zupą. Funkcjonariusze wylewali je, a jeden 
z nich sypał do zupy piasek, aby nie można było jej dać pielgrzymom.
Przez cały okres trwania "nielegalnej pielgrzymki" patrolowała ją milicja. Agenci SB 
naliczyli 35 księży. "W Tarczynie patrzyli kto Mszę św. odprawia i tak się dowiedzieli 
kto jest kto" - uważa zakonnik. 7 sierpnia agenci ustawiali się co kilka metrów i tych 
"cywilów", którzy odprawiali w nocy Mszę św. próbowali wyłowić. "Kobiety, jak 
zobaczyły co się święci to od razu mi «żonę» przyprowadziły i kazały iść na końcu. 
Razem nieśliśmy torbę, rozmawialiśmy. Podchodzi milicjant a kobieta zaraz na niego, 
że przecież przed chwilą ich legitymowali, więc o co znów chodzi, co to ma znaczyć. 
Milicjant dał sobie spokój. Mnie się udało" - opowiada o. Królik o wydarzeniach z roku 
1963. Na trasie nie dało się realizować żadnego programu duszpasterskiego. Gdyby 
któryś z kapłanów spróbował wygłosić jakąś konferencję istniało duże 
prawdopodobieństwo, że zostanie złapany przez agentów idących w grupie 
i wywieziony nie wiadomo dokąd.
Było zatem więcej modlitwy i wspólnego śpiewu. Nie zabrakło także pielgrzymkowej 
piosenki, śpiewanej wtedy na melodię "Szła dzieweczka": "Tu władza, tam władza 
wciąż gonią nas. Na naszą pielgrzymkę zły przyszedł czas". Czy warto było aż tak się 
narażać? "Chcieliśmy ocalić ciągłość pielgrzymki. Mogły być problemy z jej organizacją 
także w następnych latach. To było zmierzenie się komuny z Kościołem, a pielgrzymka
stanowiła odpowiedź na próbę rozbicia naszej jedności.Przez kilka lat ludzie 
wspominali tę pielgrzymkę" - odpowiada paulin. Warszawscy pątnicy, przed wejściem 
do Częstochowy, zastanawiali się nad sposobem przemarszu przez miasto. 
Zdecydowano, że będzie śpiew i to pełną piersią. "Ciszę ludzie mogliby przyjąć jako 
poddanie się władzy. Pątników na placu przed szczytem przywitał Prymas Polski, 
kard. Stefan Wyszyński.
Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s