Demontaż wirusowej teorii chorób

F1.large.jpg

Wirusy – zabójcze mini-potwory?

Skrzywione pojmowanie bakterii i grzybów oraz ich funkcji przy nieprawidłowych procesach ukształtowało nastawienie wobec wirusów. Końcem XIX w., gdy teoria mikrobów urosła do rangi bezspornej medycznej wykładni, praktycznie nikt nie potrafił wykryć wirusów. Ich średnica, to zaledwie 20 – 450 nanometrów (miliardowych części metra) i w związku z tym są o wiele mniejsze, niż bakterie czy grzyby – tak maleńkie, że można je dostrzec jedynie pod mikroskopem elektronowym. A pierwsze takie urządzenie zbudowano dopiero w 1931 r. Z drugiej strony bakterie i grzyby można obserwować zwyczajnym mikroskopem świetlnym, którego pierwowzór już w XVII w. skonstruował holenderski uczony Antoni van Leeuwenhoek (1632 – 1723).

Pasterianie” już w XIX w używali określenia „wirus”, lecz odnosiło się ono do łacińskiego zwrotu „virus” (oznaczającego truciznę) dla opisywania organicznych struktur, których nie można było zaklasyfikować jako bakterii. Było to idealnym wpasowaniem się w koncepcję wroga: jeśli nie można znaleźć bakterii, wówczas jakaś inna pojedyncza przyczyna musi odpowiadać za chorobę.

Wiele sprzeczności narosło w związku z teorią o śmiertelnie groźnych wirusach, co zostało ukazane przy epidemii ospy prawdziwej, którą nawet dziś ludzie chętnie wykorzystują do wzniecania epidemicznej paniki. Lecz czy tzw. czarna ospa (ospa prawdziwa) rzeczywiście była epidemią wirusową, którą przezwyciężono dzięki szczepieniom? „Historycy medycyny wątpią w to,” pisze dziennikarz Neil Miller w swojej książce Vaccines: Are They Really Safe & Effective? (Szczepionki: Czy Rzeczywiście Są Bezpieczne i Skuteczne?) „Nie tylko nie było szczepionek na szkarlatynę ale i na czarną śmierć, a mimo to choroby te zaniknęły same.”

Na przykład w Anglii, przed wprowadzeniem obowiązkowych szczepień w 1953 r. dwoje ludzi na 10.000 mieszkańców umierało rocznie na ospę. Ale na początku lat 70. XIX w. niemal 20 lat po wprowadzeniu szczepień, dzięki którym osiągnięto 98% zaszczepialność, w Anglii odnotowywano rocznie 10 przypadków śmiertelnych na 10.000 mieszkańców; pięć razy więcej, niż przedtem. „Epidemia ospy prawdziwej osiągnęła szczyt po wprowadzeniu szczepień,” podsumowuje William Farr, który w Londynie odpowiedzialny był za sporządzanie statystyk.

Aby ukryć fakt nieskuteczności  szczepień, po ich wprowadzeniu uciekano się do procederu (który trwa do dziś) zmiany definicji choroby oraz manipulacji statystykami. Jak pisał George Bernard Shaw: „Podczas ostatniej znacznej epidemii na przełomie wieków byłem członkiem Komisji Zdrowia w London Borough Council, i dowiedziałem się, jak wiarę w skuteczność szczepień podtrzymuje się za pomocą statystyk, poprzez diagnozowanie wszystkich uprzednio zaszczepionych przypadków (ospy) jako egzemę krostkową, ospę varioloid lub cokolwiek – z wyjątkiem ospy prawdziwej.”

Z ortodoksyjnego punktu widzenia, obraz Filipin był nie mniej kontrowersyjny: na początku XX wieku wyspy doświadczyły najgorszą epidemię czarnej ospy, pomimo że wyszczepialność była poziomie niemal 100%. Natomiast w 1928 r. w w British Medical Journal ostatecznie opublikowano dokument ujawniający, że ryzyko zgonu w ospę był pięć razy wyższy u uprzednio zaszczepionych, niż u niezaszczepionych.

W Niemczech statystyki śmiertelności na ospę prawdziwą zbierane są od 1816 r. Do końca lat 60. XIX w. notowano rocznie około 6.000 zgonów na ospę. W latach 1870 – 1871 liczba ofiar nagle skoczyła 14-krotnie do niemal 85.000. Co się wydarzyło? Szalała wojna francusko-pruska, a francuscy jeńcy wojenni przetrzymywani byli w niemieckich obozach w niezwykle nędznych warunkach, kiepsko odżywiani. Rezultatem tego liczba przypadków ospy w obozach rosła wykładniczo, pomimo iż wszyscy żołnierze Francji i Prus zostali zaszczepieni przeciwko ospie prawdziwej. Niemcy, którzy sami cierpieli w wyniku wojny, również zostali zaatakowani chorobą, choć część z nich również była wcześniej zaszczepiona.

Gdy bezpośrednio po wojnie rozwiązano obozy, liczba śmiertelnych przypadków ospy znacząco spadła. Trzy lata później, w 1874 r., w Prusach zanotowano jedynie 3.345 zgonów na ospę w ciągu roku. Obecnie panująca medycyna mówi, że spadek ten związany był z Reichsimpfgesetz, prawem, które pośród innych kwestii przewidywało, że każde dziecko musi zostać zaszczepione „przed końcem następnego kalendarzowego roku po urodzeniu.” Lecz faktycznie prawo to zaczęło funkcjonować w 1875 r., kiedy popłoch przed ospą już dawno minął. „Poprawił się wówczas stan higieny, wdrażano zdobycze cywilizacyjne i technologiczne, co spowodowało spadek zachorowań i zgonów” – pisał lekarz Gerhard Buchwald.

Gdyby rzeczywiście przyczyną tzw. epidemii były szalejące wirusy z ich możliwościami mutacji, przebiegłością i złośliwością, jak przedstawiają je media i ludowe przekazy, nikogo z nas nie byłoby już dawno na tym świecie.

Niezależnie od tego, główny nurt badań nad wirusami i medycyna zakładają zwyczajnie, że wirusy są „zakaźnymi” patogenami, które aktywnie, niczym pasożyty rozprzestrzeniają się w komórkach (z pomocą enzymów i innych elementów komórek) oraz multiplikują się, ostatecznie atakując, a czasem zabijając komórki. Albo jak jedna z gazet przedstawia typowo sensacyjnym tonem: „Wirusy są najbardziej przebiegłymi na Ziemi czynnikami zakaźnymi; atakują zwierzęta i ludzi, opanowując ich komórki.”

Jak piszą autorzy książki „Virus Mania” – Torsten Engelbrecht i Claus Köhnlein: „Jakby przerażająco to nie brzmiało, brak jest naukowego poparcia dla takiego twierdzenia. Aby je zaakceptować, musi zostać udowodnione istnienie tych tzw. „wirusów zabójców”. I tu właśnie jest pies pogrzebany. Nigdy nie przedstawiono konsekwentnych, istotnych z punktu widzenia naukowego dowodów, pomimo że wystarczy wziąć próbkę krwi pacjenta i bezpośrednią z niej wyizolować jednego z tych wirusów w czystej formie z ich kompletnym materiałem genetycznym (genomem) oraz wirusową otoczką oraz sfotografowanie go pod mikroskopem elektronowym.”

Lecz tych krytycznych pierwszych kroków nigdy nie podjęto wobec H5N1, tzw. wirusa wzw (tzw. wirusowego zapalenia wątroby), HIV czy popularnych ostatnio: Ebola, MERS, Zika oraz wielu innych cząstek, które oficjalnie nazywa się wirusami i przedstawia jako atakujące nas szalone bestie.

W tym kontekście ważnym aspektem jest fakt, że jakiś czas temu nauka o wirusach głównego nurtu zeszła ze ścieżki bezpośredniej obserwacji natury, a zamiast tego zdecydowała się pójść drogą tzw. pośredniego „udowadniania” za pomocą procedur typu testy przeciwciał lub PCR.

Test przeciwciał dowodzi jedynie istnienie przeciwciał – a nie wirusa – czy też samych cząsteczek, na które ów test ma reagować. Oznacza to, że jeżeli wirus lub cząsteczka komórkowa (antygen) nie zostały jednoznacznie zdefiniowane, nikt nie może powiedzieć, na co te testy przeciwciał reagują. Tym samym, używając żargonu medycznego, są one „niespecyficzne”.

Nie inaczej jest z testami PCR (reakcji łańcuchowej polimerazy), których używa się do prześledzenia sekwencji genetycznych, małych fragmentów genetycznych, a następnie powielania ich w milionach razy. Tak, jak z testami przeciwciał, PCR prawdopodobnie ma znaczenie, ponieważ ukazuje pewien rodzaj reakcji immunologicznej (jak nazywa się to techniczną terminologią) w organizmie; albo, nazywając to bardziej neutralnie, pewien rodzaj zakłócenia albo aktywności na poziomie komórkowym. Ale za pomocą PCR nie można udowodnić istnienia wirusa (przy jego nieokreślonej charakterystyce) ani trochę bardziej, niż za pomocą prostego testu przeciwciał. I tu również dlatego, że nie przeprowadzono dokładnego opisu wirusa.

Pod kątem genetyki, te krótkie kawałki, które znajdujemy przy użyciu PCR nie są kompletne i nawet nie spełniają definicji genu (uważa się, że w ludzkim genomie jest 20 – 25 tys. genów kodujących białka). Pomimo tego, twierdzi się, że „sklejone razem” przedstawiają kompletny materiał genetyczny danego wirusa. Lecz nikt nie zaprezentował dokumentu pokazującego elektronowy mikrograf (EM) tego tzw. odtworzonego wirusa.

Nawet jeśli naukowcy zakładają, że cząsteczki odkryte w laboratorium (antygeny i fragmenty genów) są wspomnianymi wirusami, stąd jeszcze daleka droga do udowodnienia, że wirusy te są przyczyną danej choroby, zwłaszcza, gdy testowani pacjenci lub zwierzęta nie są nawet chorzy, co często ma miejsce. Postawić tu należy kolejne ważne pytanie: nawet jeśli domniemany wirus rzeczywiście zabija komórki w próbówce (in vitro) albo powoduje śmierć zarodka jaja kurzego w hodowli, czy możemy śmiało stwierdzić, że te wyniki można przenieść na żywy organizm (in vivo)? Wiele problemów stoi w sprzeczności z tą teorią, jak na przykład fakt, iż fragmenty cząsteczek nazywanych wirusami, pochodzącymi z hodowli komórkowych (in vitro), mogą być zdegenerowane genetycznie z powodu bombardowania ich przez dodatki chemiczne, jak czynniki wzrostu lub substancje będące silnymi utleniaczami. Czytaj dalej„Demontaż wirusowej teorii chorób”

Reklamy

Badania nad wścieklizną: historia naukowego oszustwa

Rabies_cartoon_circa_1826-Copy.jpg

Strach przed bestią

Wścieklizna jest dziś uznawana za niebezpieczną wirusową chorobę zakaźną niektórych ssaków, mogącą przenieść się na człowieka. Cechuje ją znaczne podniecenie i agresja („wściekłość”). Wściekliznę nazywa się też wodowstrętem lub hydrofobią (z łac.), co jest odbiciem jednego z objawów choroby, mianowicie mimowolnych skurczów mięśni na widok lub sam dźwięk wody.

Popularny w czasach Louisa Pasteura – odkrywcy szczepionki na tę chorobę – horror związany z wścieklizną nie miał żadnych podstaw w statystykach, ani znaczenia dla demografii, ponieważ hydrofobia była bardzo rzadka u ludzi. Tuż przed wynalezieniem tej „cudownej szczepionki” śmiertelność we Francji oficjalnie nie przekraczała 50 osób rocznie. Pomimo tak sporadycznego występowania, wścieklizna od dawna zajmowała szczególne miejsce w ludowych przekazach. Aż do czasów AIDS była ucieleśnieniem tajemniczej i przerażającej choroby, a jej typowym nosicielem miał być najlepszy przyjaciel człowieka. Hydrofobia od czasów średniowiecznych powiązana była z ludowym wyobrażeniem bestii, choroby związanej z demonami (teoria miazmatu).

W dawnych czasach, jak odnotowano w zapiskach dostępnych w starych bibliotekach, pocałunek króla miał leczyć wściekliznę. Później odkryto, że kawałek królewskiego ubrania może być równie skuteczny. Wierzono też, że „kamień szaleństwa”, stosowany w miejscu ugryzienia, „wyciągał szaleństwo”. Natomiast fragment „sierści psa, który nas ugryzł” powinien zostać przeżuty, połknięty lub zawiązany na ranie.

W 1881 r. chemik Louis Pasteur ogłosił, że odkrył metodę przenoszenia wścieklizny pomiędzy zwierzętami. Mianowicie w sterylnych warunkach pobrał zawartość czaszki zwierzęcia uznanego za chore na wściekliznę, a następnie wstrzykiwał ją przez dziurę wydrążoną w czaszce zdrowego psa bezpośrednio na powierzchnię mózgu. Przyznam, że to dość osobliwa metoda udowadniania zarażenia daną chorobą. W dodatku uciekająca się do okrutnej wiwisekcji, nie uwzględniającej traumy zwierzęcia, na którym przeprowadza się tortury. Takie zabijanie uznawane jest do dziś przez wirusologów jako bezpośredni dowód na istnienie danego wirusa, zdolności replikacji oraz jego izolacji. Gdyby Pasteur pobrał tkankę od każdego innego (zdrowego) zwierzęcia, efekt byłby zapewne ten sam. Nigdy jednak nie wydzielił w swoich badaniach nad „wirusem” odpowiednich grup kontrolnych, aby się o tym przekonać.

Inną techniką „zarażania” chorobą było dożylne wstrzyknięcie tego samego materiału. Jednak w przeciwieństwie do wyżej przedstawionej wewnątrzczaszkowej iniekcji, tutaj „wirus” wywoływał wściekliznę w formie „paraliżu”, a nie „szaleństwa”. Jak się to ma do 3 postulatu Kocha (drobnoustrój wyodrębniony od chorej osoby, po wprowadzeniu do ludzi lub zwierząt musi wywołać tę samą!! chorobę) nie mam pojęcia. Idźmy dalej.

 

14387440987.jpg

Prywatni pacjenci Pasteura

Na początku maja 1885 r. Paryżanin o nazwisku Girard zgłosił się do szpitala Necker w stanie ogromnego pobudzenia. Obawiał się, że jest chory na wściekliznę. Dwa miesiące wcześniej został ugryziony w kolano przez wałęsającego się psa. Jego rana została dokładnie skauteryzowana i wygoiła się bez powikłań. Aż do teraz. Pacjent skarżył się na silne bóle głowy i brzucha. Pił sporo mleka, ale nie mógł znieść widoku wody i wina. Jego nogi trzęsły się i nie mógł nic jeść. Louis Pasteur dostał pilny telegram i szybko zjawił się w szpitalu. Zlecił wstrzyknięcie cierpiącemu na bóle pacjentowi 1cm3 preparatu, który przyniósł ze sobą z laboratorium. Kolejną dawkę zaaplikowano mu o 22:00 tego samego dnia. Planowano sześć kolejnych zastrzyków w krótkich odstępach czasowych, ale na polecenie administracji szpitala Pasteur musiał zaniechać dalszych eksperymentów i wynieść się ze szpitala, ponieważ na miejscu nie był obecny lekarz prowadzący. Stan Girarda pogarszał się. Ręce zaczęły drżeć, męczyły go silne bóle i pytał czy jest chory na wściekliznę. Kolejny dzień upłynął na drgawkach, do tego doszło silne pocieranie się w szyję. Gdy następnego dnia stan jego uległ stopniowej poprawie, dziękował za zaaplikowaną kurację. Nie mógł wciąż jednak patrzeć ani na wodę, ani na wino.

Jednak już 6 maja powróciły drgawki i silnie drapał się po całym ciele. Wieczorem doszły do tego koszmary senne. Po kilku dniach objawy ustąpiły. Pacjent wciąż pił mleko i bulion, ale nie chciał słyszeć o wodzie, winie czy o jakimkolwiek pokarmie stałym. Wkrótce wypisano go ze szpitala. Lekarz prowadzący był od początku sceptyczny odnośnie pierwotnej diagnozy wścieklizny. Dr Georges Dujardin-Beaumetz, członek Akademii Medycznej i Rady Higieny i Zdrowia Publicznego, który był odpowiedzialny za śledzenie każdego przypadku wścieklizny w departamencie, zapytał Pasteura o naturę jego cudownych specyfików. Ten jedynie odparł, że wstrzykiwał pacjentowi „pełną strzykawkę Pravaza [1cm3] atenuowanego [odzjadliwionego] wirusa wścieklizny.” Nie sprecyzował jednak, w jaki sposób została osiągnięta owa „atenuacja”.

Następnego dnia wysłał do dr Dujardin-Beaumetza list z prośbą o przesunięcie terminu nadesłania raportu do Rady Higieny i Zdrowia Publicznego na temat pacjenta Girarda. Motywował to tym, że chciał mieć absolutną pewność, iż Girard nie cierpi już na wściekliznę.  Dziwnie to tłumaczył Pasteur, jakby z obawy czy czasem jego cudowny specyfik nie zaszkodzi ostatecznie pacjentowi. Wyjaśniał potem w napisanym liście, że jeśli pacjent zmarłby ostatecznie na wściekliznę, należałoby zbadać czy jego śmierć spowodowana była ugryzieniem psa czy też raczej w wyniku iniekcji otrzymanych w szpitalu Necker. Problem ten miał być wg Pasteura rozstrzygnięty w wyniku przeniesieniu tkanek z mózgu Girarda na zwierzęta i obserwacji, czy ich kliniczna odpowiedź była typowa dla zwykłej wścieklizny czy też raczej charakterystyczna dla zmodyfikowanego wirusa, który został wstrzyknięty pacjentowi przez Pasteura i jego współpracowników. Zastanawiające, jak chciał on ostatecznie rozstrzygnąć tę kwestię.

Co więcej. W przeciągu miesiąca Pasteur zmierzył się z kolejnym przypadkiem domniemanej wścieklizny. Tym razem była to jedenastoletnia Julie-Antoinette Poughon. Została ona miesiąc wcześniej ugryziona przez swojego pupila w górną wargę i przyjęta 22 czerwca 1885 r. do szpitala St. Denis po dwóch dniach silnego bólu głowy. Zarówno Pasteur jak i lekarz dyżurny zgodnie uznali, iż na pewno mają do czynienia z przypadkiem wścieklizny. Lekarz, idąc za sugestią Pasteura, wstrzyknął pacjentce całą zawartość strzykawki zawierającej substancję uprzednio przygotowaną w laboratorium chemika. O północy wstrzyknięto jej kolejną dawkę, różniącą się od poprzedniej w stopniu atenuacji. Następnego dnia Pasteur wrócił do szpitala o 10:00, kiedy zastał młodą Julie umierającą. Symptomy wścieklizny szybko ogarnęły jej organizm, pomimo (a może z powodu) dwóch iniekcji zastosowanych poprzedniego dnia.

Dramatyczne historie obu pacjentów: Girarda i Julie-Antoinette nie zostały odnotowane w żadnym oficjalnie opublikowanym dotąd tekście. Z wyjątkiem prywatnych zapisków Pasteura z jego korespondencji z dr Dujardin-Beaumetz. Pasteur nigdy oficjalnie nie wspomniał o nich. Odnośnie młodej pacjentki zapewne nie było się czym chwalić, wszak zmarła na drugi dzień po jego cudownej kuracji. Ale ciszę w eterze na temat Girarda ciężko zrozumieć, chyba że Pasteur sam nie wierzył w swoje lekarstwo. Gdyby było inaczej, z pewnością nie ukrywałby tak doniosłego osiągnięcia przed opinią publiczną. Czytaj dalej„Badania nad wścieklizną: historia naukowego oszustwa”

Czego nie dowiesz się o nowotworach od swojego lekarza

 

Mitologia nowotworowa na usługach farmakracji


1. Hipoteza: mutacje genetyczne powodują raka

Współczesna medycyna nie potrafi udzielić odpowiedzi na pytanie o przyczyny raka. Uznaje się, że w którymś momencie grupa komórek nagle przestaje współpracować z organizmem i rozpoczyna bunt.

Dominujący nurt nauki mówi, iż karcynogeneza (zmiany prowadzące do powstania nowotworu) jest procesem wieloletnim, a przeciętny okres rozwoju guza o średnicy 1 cm wynosi około 5 lat. Zależy to jednak od rodzaju nowotworu i tkanki w której zachodzi karcynogeneza. Dla niektórych nowotworów mogą to być miesiące, dla innych dziesiątki lat. Różny jest też czas trwania poszczególnych etapów i szybkość przechodzenia komórki z jednego etapu do kolejnego.

Na etapie inicjacji pojawia się spontanicznie, bądź pod wpływem karcynogenu pojedyncza mutacja DNA. Na etapie promocji aktywowane zostają onkogeny i zwiększa się produkcja czynników odpowiedzialnych za wzrost i namnażanie się komórek. Jednocześnie zachodzą dalsze mutacje, które nie są naprawiane. Następny etap, progresji albo uzłośliwienia nowotworu, polega na pojawianiu się kolejnych zaburzeń molekularnych, przede wszystkim zmian w kariotypie, kiedy powstają klony zdolne do naciekania i tworzenia przerzutów.

Tak więc podstawą terapii nowotworowej jest odpowiednio wczesne wykrycie i uderzenie (za pomocą chemioterapii, radioterapii, interwencji chirurgicznej) w te „złośliwe” komórki, aby zapobiec niekontrolowanemu ich rozrostowi, a przy tym w możliwie największym stopniu oszczędzenie pacjenta.

dna-strands.jpg

Tyle teoria.

Aby poradzić sobie z problemem wysokiej toksyczności środków stosowanych w chemioterapii, czyni się obecnie wysiłki celem wynalezienia leków, które będą wysoce specyficzne dla komórek rakowych. I właśnie tu napotykamy na trudności, ponieważ jak dotąd nie udało się zidentyfikować tych specyficznych nowotworowych celów ataku. Okazuje się bowiem, że w nowotworach nie zauważymy żadnych cech charakterystycznych, których nie posiadałaby komórka macierzysta.

http://cancerres.aacrjournals.org/content/4/2/181

Jedyną więc nadzieją w znalezieniu określonego celu uderzenia w raka przy opracowywaniu leków przeciwnowotworowych byłoby zbadanie, czy istnieją niezbędne geny wyrażane w nowotworach, które nie są tak istotne w normalnych tkankach. Jak dotąd nie zidentyfikowano ani jednego takiego genu. Nawet jeśliby został odkryty nowy lek kierowany, to w krótkim czasie straciłby swoją skuteczność poprzez nagłe pojawianie się opornych na lek komórek nowotworowych.
Hipotezę o mutacji genetycznej jako przyczynie raka trudno pogodzić z faktem istnienia oporności na lek, a zwłaszcza z pojawieniem się oporności wielolekowej po ekspozycji na chemioterapeutyki kierowane w konkretny produkt genu.

Czytaj dalej„Czego nie dowiesz się o nowotworach od swojego lekarza”

Wirus odry pilnie poszukiwany: „Masern-Virus-Prozess”

masern_blau_small.jpg

Dowody na istnienie wirusa odry. Nagroda i proces sądowy

Federalny Trybunał Sprawiedliwości (Bundesgerichtshof, BGH) – najwyższa instancja sądownictwa karnego i cywilnego w Republice Federalnej Niemiec, wydał właśnie ostateczny wyrok w sprawie wirusa odry.

Wszystko zaczęło się w 2011 r., kiedy to wirusolog dr Stefan Lanka zaoferował nagrodę w wysokości 100.000 euro za wykazanie dowodu na istnienie wirusa wywołującego odrę. Wyzwanie przyjął lekarz medycyny David Bardens, który przedstawił sześć publikacji rzekomo dowodzących odkrycie tego wirusa i zażądał od S. Lanka zapłaty obiecanej kwoty. Gdy ten odmówił, sprawa w 2013 r. została skierowana na drogę postępowania sądowego z powództwa cywilnego.

Rozprawy na posiedzeniu jawnym odbyły się trzykrotnie, w 2014, 2015 i 2016 r. przed sądami niemieckimi. Jako biegły sądowy został powołany mikrobiolog, prof. Andreas Podbielski.
W pierwszej instancji sprawa została wygrana przez D. Bardensa. Doktor S. Lanka nie pogodził się z wyrokiem i złożył apelację do sądu w Stuttgarcie, którą wygrał. Co ciekawe sąd oddalił powództwo D. Bardensa, ponieważ nie przedstawił on publikacji na istnienie wirusa odry według ustalonych przez naukowca kryteriów. Zamiast tego zaprezentował sześć różnych prac, z których żadna w opinii biegłego prof. A. Podbielskiego nie spełniała samodzielnie narzuconych kryteriów istnienia tego wirusa, a jedynie domniemania.

Ostatecznie Federalny Trybunał Sprawiedliwości w Karlsruhe oddalił powództwo i obciążył D. Bardensa kosztami procesowymi.

Okazuje się zatem, że miliony dzieci na całym świecie szczepi się przeciwko chorobie, a raczej objawom chorobowym, których przyczyna nie została do tej pory naukowo ustalona, bowiem D. Bardens przedłożył w sądzie najdokładniejsze jak dotąd prace związane z rzekomym odkryciem tego wirusa. Ponieważ na dzień dzisiejszy nauka nie jest w stanie dostarczyć lepszych argumentów za wirusową etiologią, dr Lanka za pośrednictwem mediów stwierdza wprost, że nie ma dowodów na istnienie wirusa odry, oraz że firmy farmaceutyczne bogacą się na szczepieniach przeciwko odrze, narażając miliony pacjentów na niepożądane odczyny poszczepienne.

Błędy metodologiczne w izolowaniu wirusów

Co prawda proces sądowy był prywatnym powództwem o zapłatę, a nie o stwierdzenie istnienia albo nieistnienia wirusa odry. W związku z tym nie powoduje żadnych skutków prawnych dla organów państwowych, a w szczególności nie zobowiązuje ich do zniesienia obowiązku szczepień, ani nawet do składania oświadczeń w tej sprawie. Niemniej powyższe fakty zmuszają świat nauki do rewizji dotychczasowych poglądów na temat istnienia i roli wirusów w patogenezie chorób takich, jak odra. Skłaniają one również do refleksji w kwestii nieprzestrzegania fundamentalnych reguł w badaniach naukowych oraz możliwych błędów metodologicznych w odkrywaniu tzw. wirusów chorobotwórczych.

Szerzej dr Lanka przedstawił ten problem w niniejszym wywiadzie, przetłumaczonym na język polski:

Czytaj dalej„Wirus odry pilnie poszukiwany: „Masern-Virus-Prozess””

Rola gorączki i chorób infekcyjnych w spontanicznej remisji nowotworów

GetFile.jpg

Pozbyć się nowotworu na trwałe? Do tego spontanicznie, bez żadnych drogich cytostatyków, radioterapii, bez wycięcia guza? Tego raczej nie usłyszymy od lekarza onkologa. Z resztą trudno się dziwić, skoro nawet na uczelniach medycznych kwestia spontanicznej regresji (remisji) nowotworu traktowana jest w kategoriach niewyjaśnionych cudów medycznych. Również z innych pozamedycznych powodów nie możemy się spodziewać w najbliższym czasie rewolucji w tym zakresie. Szeroko rozumiany przemysł onkologiczny rozwinął się dziś do takich rozmiarów i przynosi takie dochody, że nawet wbrew faktom naukowym nikt z establishmentu medycznego nie wyjdzie przed szereg i nie odważy się kwestionować  przyjętych onkologicznych procedur. Nie spodziewamy się chyba, że onkolodzy mieliby podcinać gałąź, na której siedzą.

Terapie nowotworowe są dziś ustandaryzowane i wciąż doskonalone, ale zaskakuje fakt, iż według konkluzji zawartej przez naukowców w 1999 r. współcześnie chorzy na raka nie mają się lepiej, niż pacjenci leczeni 50 lub więcej lat temu. Tymczasem spontaniczne wyzdrowienie z nowotworu jest zjawiskiem, które obserwuje się od tysięcy lat. Do niedawna fenomen ten był przedmiotem wielu kontrowersji, jednak obecnie zaakceptowano go jako fakt bezsporny. Przegląd ostatnich doniesień pokazuje, że remisja i trwałe wyleczenie z nowotworu związane są zazwyczaj z ostrymi infekcjami, gorączką i immunostymulacją.

W naszych nieustających próbach pokonania raka wykraczamy poza naturę i często umykają nam okoliczności, które to właśnie natura dostarcza nam w leczeniu dolegliwości. W jednym z postów wspominałem, że gorączka związana z infekcją jest o wiele bardziej skuteczna w nowotworowej kuracji, niż jakakolwiek szerzej stosowana przez medycynę zachodnią metoda leczenia.

https://pubmedinfo.wordpress.com/2016/04/08/geneza-nowotworow-zaburzenia-chromosomalne-czyli-aneuploidalna-teoria-raka/

Już w 1899 roku brytyjski badacz nowotworów D’Arcy Power obserwował, cyt: „Gdzie malaria jest powszechna, rak jest rzadkością”. Od 1929 do 1991 r. przeprowadzono co najmniej 15 badań, w tym 8 kliniczno-kontrolnych, na temat związku pomiędzy infekcją a nowotworem i we wszystkich poza jednym stwierdzono, iż przebycie tzw. choroby zakaźnej zmniejsza ryzyko zachorowania na raka.

Można więc wnioskować, iż infekcje połączone z gorączką nie są jakimiś bezsensownymi przypadłościami i współczesne przekonanie o konieczności obniżania temperatury do 36,5°C za wszelką cenę, w imię komfortu pacjenta, jest działaniem wbrew naturze i zdrowemu rozsądkowi.

Dobrodziejstwa gorączki wykorzystuje się z resztą od jakiegoś czasu z powodzeniem w leczeniu nowotworów poprzez hipertermię ogólnoustrojową, gdzie dostarcza się pacjentowi energii cieplnej, sztucznie podwyższając temperaturę jego ciała do poziomu 38°C – 42°C, imitując tym samym naturalną eutermię. W Niemczech działa już co najmniej kilkadziesiąt ośrodków oferujących podobne zabiegi. Takie nowatorskie metody ewidentnie nie są na rękę organizacjom skupiającym onkologów, hojnie dotowanym przez koncerny farmaceutyczne, pomimo że są to jedynie terapie uzupełniające wobec standardowego leczenia. Być może chodzi o to, że część naukowców zorientuje się w końcu, iż chemioterapia nie przynosi pacjentom żadnych korzyści, natomiast radioterapia odznacza się niewielką skutecznością i zacznie się proces odchodzenia od nich na rzecz form terapii  wykorzystujących naturalne mechanizmy.

Czytaj dalej„Rola gorączki i chorób infekcyjnych w spontanicznej remisji nowotworów”

Chemioterapia czy chemio-tortury? „Wpływ Cytotoksycznej Chemioterapii na 5-letnią Przeżywalność Dorosłych z Chorobami Nowotworowymi”

chimioterapie.jpg

„…Nikomu, nawet na żądanie, nie podam śmiercionośnej trucizny, ani nikomu nie będę jej doradzał…”

– Przysięga Hipokratesa

W periodyku medycznym Clinical Oncology (2004) opublikowano artykuł australijskich naukowców pt: „The Contribution of Cytotoxic Chemotherapy to 5-year Survival in Adult Malignancies” („Wpływ Cytotoksycznej Chemioterapii na 5-letnią Przeżywalność Dorosłych z Chorobami Nowotworowymi”) 

 

Poniżej link do tej publikacji:

http://www.burtongoldberg.com/home/burtongoldberg/contribution-of-chemotherapy-to-five-year-survival-rate-morgan.pdf

Autorzy przedstawiają w niej dane dotyczące skuteczności chemioterapii, zebrane na podstawie badań przeprowadzonych w Australii i USA na przestrzeni 20 lat. Efekty ich pracy są dla tego rodzaju terapii delikatnie rzecz ujmując druzgocące. Jest to o tyle istotne, iż w przypadku diagnozy tzw. nowotworu złośliwego, która w wielu przypadkach brzmi niczym wyrok śmierci, pacjenci za namową lekarza są skłonni poddać się każdej radykalnej metodzie „leczenia”, byleby tylko uniknąć najgorszego, albo choćby przedłużyć sobie nieco życie. Abstrahując od ogólnego dyskomfortu oraz skutków ubocznych związanych z przyjmowaniem chemioterapii, prowadzących często do zgonu, okazuje się, że jej skuteczność mieści się w zasadzie w granicach błędu statystycznego.

Czytamy m.in.:

Cytotoksyczną chemioterapię u dorosłych zapoczątkowano w 1970 roku jako leczenie przyczynowe w przypadku zaawansowanej choroby Hodgkina, chłoniaka nieziarniczego, potworniaka jąder oraz jako leczenie uzupełniające wczesnego stadium nowotworu piersi.

Wstępne wyniki sugerowały potencjalne zastosowanie chemioterapii cytotoksycznej jako ostatecznego leczenia lub jako leczenie uzupełniające u pacjentów bez objawów klinicznych celem poprawy przeżywalności. Jednak, jak stwierdził Braverman i inni, początkowych korzyści zaobserwowanych w kilku rodzajach nowotworów nie odnotowano w przypadku bardziej powszechnych odmian raka. Dla większości pacjentów leki cytotoksyczne stosuje się celem łagodzenia objawów i poprawy jakości życia. Przy czym wydłużenie życia ma tu mniejsze znaczenie.

Niektórzy praktycy wciąż pozostają optymistami ufając, że cytotoksyczna chemioterapia znacząco poprawia przeżywalność chorych na nowotwory. Jednak pomimo zastosowania nowych i drogich leków pojedynczych i kombinowanych celem poprawy odsetka [pozytywnej] odpowiedzi oraz innych środków umożliwiających zwiększanie dawki, nie nastąpiła żadna zmiana w niektórych używanych schematach leczenia i zanotowano niewielki wpływ z zastosowań nowszych schematów.

(…)

W tej analizie opartej na faktach, oszacowaliśmy, iż wkład leczniczej i adjuwantowej chemioterapii cytotoksycznej dla 5-letniej przeżywalności osób dorosłych wynosi 2,3% w Australii i 2,1% w USA.

Szacunki dotyczące tych korzyści należy traktować jako górną granicę skuteczności, gdyż niektórzy kwalifikujący się pacjenci nie otrzymują chemioterapii z powodu wieku, w złym stanie ogólnym lub w wyniku wyboru pacjenta. Ponadto, jak wspomniano w tekście, korzyści z chemioterapii cytotoksycznej mogły zostać przeszacowane wobec raka przełyku, żołądka, odbytnicy i mózgu.

(…)

Pomimo tego, każdy nowy lek w chemioterapii wciąż promuje się jako istotny przełom w walce z rakiem, tylko po to aby później odrzucono go z dala of fanfar towarzyszących wprowadzeniu na rynek.

W warunkach ograniczonych zasobów i cięcia kosztów, istnieje potrzeba oceny opartej na faktach, zanim jakiekolwiek nowe lub uprzednio zaakceptowane leczenie zostanie uznane za standardową praktykę. Aby uzasadnić dalsze finansowanie i dostępność leków stosowanych w chemioterapii cytotoksycznej, wymagana jest natychmiastowa rygorystyczna ocena efektywności kosztowej oraz jej wpływu na jakość życia.

Zasadnym wobec tego będzie postawienie pytania: Czy onkolodzy sugerujący chemioterapię są odpowiednio poinformowani, a jeśli tak, to czy mają tak naprawdę na względzie dobro pacjenta, czy też stają się de facto przedstawicielami handlowymi koncernów farmaceutycznych, produkujących niezwykle drogie, a przy tym nieskuteczne trujące substancje?

Czytaj dalej„Chemioterapia czy chemio-tortury? „Wpływ Cytotoksycznej Chemioterapii na 5-letnią Przeżywalność Dorosłych z Chorobami Nowotworowymi””

Zika to Ebola w wersji 2.0. Kolejny serial z gatunku virus-fiction wyprodukowany przez CDC i WHO

00052DSV4XAOJOT4-C116-F4.jpg

Małogłowie – wirus czyli komar

„Przenoszony przez komary wirus Zika powoduje małogłowie u dzieci”. Tę frazę przemieloną na różne sposoby powtarzają dziś jak mantrę wszystkie media.

Jak się okazuje, dotychczas nie udowodniono żadnego związku pomiędzy wirusem Zika, a małogłowiem. Nie zanotowano też dotąd ani jednego przypadku „małogłowia skojarzonego z Zika” poza Brazylią. W samej Brazylii, ze zgłoszonych przypadków do Ministerstwa Zdrowia wynika, że spośród 404 potwierdzonych przypadków małogłowia było 17 dzieci, u których stwierdzono w badaniach nosicielstwo wirusa Zika, a więc tylko 4,2% przypadków.
I tylko na podstawie tych danych epidemiologicznych kobiety są ostrzegane, aby nie zachodziły w ciążę przez co najmniej dwa lata! Jeśli już spodziewają się dziecka, niektóre organizacje zachęcają je, aby wypłynęły specjalną łodzią aborcyjną na pełne morze, gdzie mogą spokojnie usunąć ciążę bez obaw o to, że urodzi im się dziecko z wadą wrodzoną ( w wielu krajach Ameryki Południowej aborcja jest wciąż nielegalna). Brzmi to niczym okrutny żart i zakrawa na wstęp do eugeniki. Zwłaszcza, gdy równocześnie rządy tych krajów, pod wpływem feministek oraz „międzynarodowej opinii publicznej” łagodzą swoje stanowisko wobec aborcji i promują antykoncepcję – oczywiście oficjalnie po to, aby ustrzec się zakażenia, ale de facto chodzi o kontrolę urodzeń.

Tak więc łączenie małogłowia u noworodków z fantomem „wirusa Zika” to czysta spekulacja. Celowo piszę tu „fantomem”, ponieważ w naukowych publikacjach nie znalazłem żadnych prac przedstawiających izolację, oczyszczenie i charakteryzację tego wirusa. Wszystko co można znaleźć, to eseje i literatura wtórna. Tzw. „zakażenie” wykrywa się za pomocą PCR, bądź testów przeciwciał. Pytanie w oparciu o co ustalono, że znalezione RNA to RNA wirusa, a przeciwciała mają być specyficzne dla antygenu wirusowego Zika, skoro nie udowodniono istnienia tego wirusa?

Zika, tak jak Ebola, MERS, SARS itp. to przykłady na to, że w dzisiejszej nauce nikt już nie pyta o dowody.

121.jpg

Moja ocena? To kolejny para-medyczny terror z politycznym i ekonomicznym tłem, wywołany przez łowców epidemii pod komendą EIS (Epidemic Intelligence Service), należącej do agencji CDC (Centers for Disease Control and Prevention), którą raczej wypadałoby dziś nazwać „Centers for Disease Creation”. Natomiast małogłowie oraz inne degeneracje u noworodków mogą być, poza kampanią szczepień DTP wśród kobiet w ciąży, wywołane działalnością takich oto szaleńców w skafandrach kosmicznych, jak na poniższej fotografii, rozsiewających trujące insektycydy.

1c488371-b791-4843-9e83-041c917c423e.jpg

Czytaj dalej„Zika to Ebola w wersji 2.0. Kolejny serial z gatunku virus-fiction wyprodukowany przez CDC i WHO”