Badania nad wścieklizną: historia naukowego oszustwa

Rabies_cartoon_circa_1826-Copy.jpg

Strach przed bestią

Jak mówi oficjalna nomenklatura, wścieklizna jest niebezpieczną wirusową chorobą zakaźną niektórych ssaków, mogącą przenieść się na człowieka. Cechuje ją znaczne podniecenie i agresja („wściekłość”). Wściekliznę nazywa się też wodowstrętem lub hydrofobią (z łac.), co jest odbiciem jednego z objawów choroby, mianowicie mimowolnych skurczów mięśni na widok lub sam dźwięk wody.

Popularny w czasach Louisa Pasteura – odkrywcy szczepionki na tę chorobę – horror związany z wścieklizną nie miał żadnych podstaw w statystykach, ani znaczenia dla demografii, ponieważ hydrofobia była bardzo rzadka u ludzi. Tuż przed wynalezieniem tej „cudownej szczepionki” śmiertelność we Francji oficjalnie nie przekraczała 50 osób rocznie. Pomimo tak sporadycznego występowania, wścieklizna od dawna zajmowała szczególne miejsce w ludowych przekazach. Aż do czasów AIDS była ucieleśnieniem tajemniczej i przerażającej choroby, a jej typowym nosicielem miał być najlepszy przyjaciel człowieka. Hydrofobia od czasów średniowiecznych powiązana była z ludowym wyobrażeniem bestii, choroby związanej z demonami (teoria miazmatu).

W dawnych czasach, jak odnotowano w zapiskach dostępnych w starych bibliotekach, pocałunek króla miał leczyć wściekliznę. Później odkryto, że kawałek królewskiego ubrania może być równie skuteczny. Wierzono też, że „kamień szaleństwa”, stosowany w miejscu ugryzienia, „wyciągał szaleństwo”. Natomiast fragment „sierści psa, który nas ugryzł” powinien zostać przeżuty, połknięty lub zawiązany na ranie.

W 1881 r. chemik Louis Pasteur ogłosił, że odkrył metodę przenoszenia wścieklizny pomiędzy zwierzętami. Mianowicie w sterylnych warunkach pobrał zawartość czaszki zwierzęcia uznanego za chore na wściekliznę, a następnie wstrzykiwał ją przez dziurę wydrążoną w czaszce zdrowego psa bezpośrednio na powierzchnię mózgu. Przyznam, że to dość osobliwa metoda udowadniania zarażenia daną chorobą. W dodatku uciekająca się do okrutnej wiwisekcji, nie uwzględniającej traumy zwierzęcia, na którym przeprowadza się tortury. Takie zabijanie uznawane jest do dziś przez wirusologów jako bezpośredni dowód na istnienie danego wirusa, zdolności replikacji oraz jego izolacji. Gdyby Pasteur pobrał tkankę od każdego innego (zdrowego) zwierzęcia, efekt byłby zapewne ten sam. Nigdy jednak nie wydzielił w swoich badaniach nad „wirusem” odpowiednich grup kontrolnych, aby się o tym przekonać.

Inną techniką „zarażania” chorobą było dożylne wstrzyknięcie tego samego materiału. Jednak w przeciwieństwie do wyżej przedstawionej wewnątrzczaszkowej iniekcji, tutaj wirus wywoływał wściekliznę w formie „paraliżu”, a nie „szaleństwa”. Jak się to ma do 3 postulatu Kocha (drobnoustrój wyodrębniony od chorej osoby, po wprowadzeniu do ludzi lub zwierząt musi wywołać tę samą!! chorobę) nie mam pojęcia. Idźmy dalej.

 

14387440987.jpg

Prywatni pacjenci Pasteura

Na początku maja 1885 r. Paryżanin o nazwisku Girard zgłosił się do szpitala Necker w stanie ogromnego pobudzenia. Obawiał się, że jest chory na wściekliznę. Dwa miesiące wcześniej został ugryziony w kolano przez wałęsającego się psa. Jego rana została dokładnie skauteryzowana i wygoiła się bez powikłań. Aż do teraz. Pacjent skarżył się na silne bóle głowy i brzucha. Pił sporo mleka, ale nie mógł znieść widoku wody i wina. Jego nogi trzęsły się i nie mógł nic jeść. Louis Pasteur dostał pilny telegram i szybko zjawił się w szpitalu. Zlecił wstrzyknięcie cierpiącemu na bóle pacjentowi 1cm3 preparatu, który przyniósł ze sobą z laboratorium. Kolejną dawkę zaaplikowano mu o 22:00 tego samego dnia. Planowano sześć kolejnych zastrzyków w krótkich odstępach czasowych, ale na polecenie administracji szpitala Pasteur musiał zaniechać dalszych eksperymentów i wynieść się ze szpitala, ponieważ na miejscu nie był obecny lekarz prowadzący. Stan Girarda pogarszał się. Ręce zaczęły drżeć, męczyły go silne bóle i pytał czy jest chory na wściekliznę. Kolejny dzień upłynął na drgawkach, do tego doszło silne pocieranie się w szyję. Gdy następnego dnia stan jego uległ stopniowej poprawie, dziękował za zaaplikowaną kurację. Nie mógł wciąż jednak patrzeć ani na wodę, ani na wino.

Jednak już 6 maja powróciły drgawki i silnie drapał się po całym ciele. Wieczorem doszły do tego koszmary senne. Po kilku dniach objawy ustąpiły. Pacjent wciąż pił mleko i bulion, ale nie chciał słyszeć o wodzie, winie czy o jakimkolwiek pokarmie stałym. Wkrótce wypisano go ze szpitala. Lekarz prowadzący był od początku sceptyczny odnośnie pierwotnej diagnozy wścieklizny. Dr Georges Dujardin-Beaumetz, członek Akademii Medycznej i Rady Higieny i Zdrowia Publicznego, który był odpowiedzialny za śledzenie każdego przypadku wścieklizny w departamencie, zapytał Pasteura o naturę jego cudownych specyfików. Ten jedynie odparł, że wstrzykiwał pacjentowi „pełną strzykawkę Pravaza [1cm3] atenuowanego [odzjadliwionego] wirusa wścieklizny.” Nie sprecyzował jednak, w jaki sposób została osiągnięta owa „atenuacja”.

Następnego dnia wysłał do dr Dujardin-Beaumetza list z prośbą o przesunięcie terminu nadesłania raportu do Rady Higieny i Zdrowia Publicznego na temat pacjenta Girarda. Motywował to tym, że chciał mieć absolutną pewność, iż Girard nie cierpi już na wściekliznę.  Dziwnie to tłumaczył Pasteur, jakby z obawy czy czasem jego cudowny specyfik nie zaszkodzi ostatecznie pacjentowi. Tłumaczył w liście, że jeśli pacjent zmarłby ostatecznie na wściekliznę, należałoby zbadać czy jego śmierć spowodowana była ugryzieniem psa czy też raczej w wyniku iniekcji otrzymanych w szpitalu Necker. Problem ten miał być wg Pasteura rozstrzygnięty w wyniku przeniesieniu tkanek z mózgu Girarda na zwierzęta i obserwacji, czy ich kliniczna odpowiedź była typowa dla zwykłej wścieklizny czy też raczej charakterystyczna dla zmodyfikowanego wirusa, który został wstrzyknięty pacjentowi przez Pasteura i jego współpracowników. Zastanawiające, jak chciał on ostatecznie rozstrzygnąć tę kwestię.

Co więcej. W przeciągu miesiąca Pasteur zmierzył się z kolejnym przypadkiem domniemanej wścieklizny. Tym razem była to jedenastoletnia Julie-Antoinette Poughon. Została ona miesiąc wcześniej ugryziona przez swojego pupila w górną wargę i przyjęta 22 czerwca 1885 r. do szpitala St. Denis po dwóch dniach silnego bólu głowy. Zarówno Pasteur jak i lekarz dyżurny zgodnie uznali, iż na pewno mają do czynienia z przypadkiem wścieklizny. Lekarz, idąc za sugestią Pasteura, wstrzyknął pacjentce całą zawartość strzykawki zawierającej substancję uprzednio przygotowaną w laboratorium chemika. O północy wstrzyknięto jej kolejną dawkę, różniącą się od poprzedniej w stopniu atenuacji. Następnego dnia Pasteur wrócił do szpitala o 10:00, kiedy zastał młodą Julie umierającą. Symptomy wścieklizny szybko ogarnęły jej organizm, pomimo (a może z powodu) dwóch iniekcji zastosowanych poprzedniego dnia.

Dramatyczne historie obu pacjentów: Girarda i Julie-Antoinette nie zostały odnotowane w żadnym oficjalnie opublikowanym dotąd tekście. Z wyjątkiem prywatnych zapisków Pasteura z jego korespondencji z dr Dujardin-Beaumetz. Pasteur nigdy oficjalnie nie wspomniał o nich. Odnośnie młodej pacjentki zapewne nie było się czym chwalić, wszak zmarła na drugi dzień po jego cudownej kuracji. Ale ciszę w eterze na temat Girarda ciężko zrozumieć, chyba że Pasteur sam nie wierzył w swoje lekarstwo. Gdyby było inaczej, z pewnością nie ukrywałby tak doniosłego osiągnięcia przed opinią publiczną.

Niestety prywatne zapiski Pasteura nie mówią nic o losach Girarda. Kończą się jedynie na 25 maja 1885 r., gdzie wspomina, że dr Rigal i dr Dujardin-Beaumetz teraz podzielają jego wiarę, że udało mu się wyleczyć pacjenta z wścieklizny. Coś najwyraźniej musiało się wydarzyć, co zburzyło tę wiarę, ale notatki Pasteura nie ujawniają, co to mogło być.

Sam Pasteur wskazywał na niepewność związaną z diagnozą wścieklizny. Cytował dwa przypadki, w których objawy choroby indukowane były wyłącznie przez… strach przed wścieklizną. W pierwszym przypadku człowiek, który nigdy nie był pogryziony przez psa, zdradzał symptomy typowe dla tej choroby – w tym skurcze gardła, bóle w klatce piersiowej, ekstremalny lęk – zwyczajnie z powodu faktu, iż wścieklizna stała się tematem rozmów przy obiedzie.

W innym przypadku urzędnik dowiedział się, że pies, który polizał jego rękę na długo wcześniej, jest podejrzewany o wściekliznę. Gdy powiedziano mu, że kilkoro zwierząt pogryzionych przez tego psa zdechło (przypuszczalnie na tę chorobę), urzędnik był mocno wstrząśnięty, zaczął nawet majaczyć i zdradzać objawy lęku przed wodą. Symptomy ustały dopiero dziesięć dni później, gdy jego lekarz wytłumaczył mu, że gdyby rzeczywiście został zarażony wścieklizną, byłby już dawno martwy.

Jeszcze inną ciekawą historię fałszywej wścieklizny przedstawił Pasteur w Akademii Nauk w 1887 r.:

Pacjent, o którym informuje Mesnet w swojej broszurze, był alkoholikiem, który podczas obiadu zauważył w swojej szklance pewien rodzaj osadu, nagle dostał ataku strachu przed wypitym płynem, nastąpiły skurcze gardła, a następnie bóle głowy, niedowład i zmęczenie we wszystkich kończynach. Spędził niedzielę w tym stanie.

W nocy i dnia następnego nie mógł spać, uczucie duszności, skurcze gardła i lęk przed płynami (…) Jego błyszczące oczy wpatrzone były w jeden punkt, źrenice mocno poszerzone. Mówił krótko, nierówno i szybko. Miał problem z oddychaniem (…) Jasne obiekty i bezpośrednie światło były dla niego szczególnie nieznośne. Odczuwał ból, gdy powietrze przed nim zostało wzruszone. Umarł w środę wieczorem po gwałtownym ataku delirium, ekstremalnym poruszeniu, wyciu i krzykach, ekstremalnie obfitym ślinieniu, pluciu i gryzieniu swoich prześcieradeł i próbie ugryzienia osoby, która starała się nim zaopiekować. W skrócie osobnik ten zdradzał wszelkie symptomy ostrej wścieklizny. Ale on nie umarł na wściekliznę. Nigdy nie został pogryziony i w kilku okolicznościach, rozciągniętych między sobą w czasie zdradzał już analogiczne objawy fałszywej wścieklizny. Mężczyzna ten był alkoholikiem i do tego należał do rodziny, której jeden z członków zmarł w wyniku szaleństwa.”

Do października 1887 r., gdy Pasteur przedstawił tę historię, uwypuklał fakt trudności rozpoznania wścieklizny, ponieważ starał się bronić przed zarzutami, że szczepionka przeciw wściekliźnie nie tylko czasem nie działa, ile w pewnych przypadkach sama jest przyczyną choroby i w jej wyniku śmierci. Na obronę swoich szczepionek Pasteur podkreślał teraz, że diagnoza wścieklizny mogła być postawiona z całą pewnością jedynie wtedy, gdy przeprowadzono odpowiednie eksperymenty.

Nawet dziś wścieklizna jest trudna do rozpoznania, co stało się dramatycznie jasne po ostatnich przypadkach zarażenia wścieklizną między ludźmi przy okazji przeszczepu rogówki. W czterech przypadkach zgonu – dwóch w Tajlandii, jednym w USA i jednym we Francji – nie stwierdzono żadnego nosicielstwa wścieklizny u dawców, aż do momentu, gdy okazało się, że biorcy zmarli na tę chorobę. Wścieklizna wydaje się być charakterystyczną jednostką chorobową z typowymi objawami, jednak okazuje się, że wcale tak nie jest i nawet dziś symptomy choroby pojawiają się u tzw. „niezarażonych”. Wiedział o tym także Pasteur. Przypisywanie mu zasług w odkryciu remedium przeciwko tej bardzo rzadkiej chorobie miało więcej wspólnego z propagandą III Republiki Francuskiej (która chciała zatrzeć ślady niedawnej klęski w wojnie z Prusami) i budowaniem mitu wielkiego bohatera, co było z resztą typowe dla XIX w.

Konkludując, wiara Pasteura w to, że uleczył Girarda nie miała żadnego umocowania w poprzednich eksperymentach na zwierzętach. Jeśli obaj lekarze, Rigal i Dujardin-Beaumetz, tak szybko podzielili wiarę Pasteura, stało się to z pewnością za sprawą jego wyjątkowego autorytetu naukowego. Nie mieli przecież wglądu do jego osobistych notatek i nie zdawali sobie sprawy, jakie substancje wstrzykiwał pacjentom. Sądzili zwyczajnie, że jego przekonania mają solidną podbudowę.

rabies-vaccination-by-professor-pasteur-in-paris-france-historical-EH0X8B.jpg

 

Notatki osobiste Pasteura

Na podstawie osobistych notatek Pasteura dziś już wiemy, że wstrzykiwał on Girardowi zemulgowany i suszony przez dwa tygodnie w zaplombowanej butelce rdzeń kręgowy królika padłego na eksperymentalną wściekliznę! Taki suchy rdzeń kręgowy miał być źródłem „atenuowanego wirusa wścieklizny”. Notatki laboratoryjne ujawniają także, iż sześć tygodni później, 22 czerwca 1885 r. młoda Julie-Antoinette Poughon była „leczona” tą samą metodą, tj. iniekcjami materiału zawierającego wysuszony rdzeń kręgowy – w jej przypadku z tragicznym skutkiem.

Co ciekawe, w oficjalnie opublikowanych dotąd pracach Pasteur nigdzie nie wspominał o eksperymentach z wysuszonym rdzeniem kręgowym. Pisał jedynie o atenuowanym wirusie wścieklizny wytworzonym w wyniku pasażowania seryjnego poprzez małpy.

Tym większe zaskoczenie budzi fakt, iż Pasteur nigdy wcześniej nie próbował leczyć symptomów wścieklizny u zwierząt, zanim nie rozpoczął „leczenia” Girarda. Tak przynajmniej wynika z analizy jego laboratoryjnych notatek, dokonanej przed prof. Geralda Geisona na Uniwersytecie Princeton – autora biografii naukowca. Co gorsza, kilka dni po tym, jak rozpoczęła się „kuracja” Girarda, Pasteur starał się wyleczyć królika z symptomami wścieklizny, ale ten zdechł po trzech dniach od pierwszych szczepień. W ciągu sześciu tygodni, które upłynęły pomiędzy tymi nieudanymi eksperymentami na zwierzętach i równie nieudaną próbą wyleczenia Julie-Antoinette Poughon, jego notatki laboratoryjne nie wspominają o jakichkolwiek innych próbach leczenia zwierząt chorych na wściekliznę.

Oczywistym staje się więc fakt, iż mamy tu do czynienia z klasycznymi eksperymentami na ludziach.

 

 

1-louis-pasteur-1822-1895-granger.jpg

Mit wielkiego bohatera, czyli jak góra urodziła mysz

Mit wielkiego bohatera narodowego, a dziś całej ludzkości, Pasteur zawdzięczał w swoich czasach głównie francuskiemu nacjonalizmowi. Jego koledzy z Akademii Nauk mówili wręcz, że jego szczepionka na wściekliznę „przydaje najwybitniejszy połysk naszemu krajowi” oraz że data jej publicznego zaprezentowania 26 października 1885 r. będzie „na zawsze chwalebna dla francuskiej nauki.”

Badania Pasteura nad wścieklizną pozostawiły ponadczasowe etyczne dylematy. Idąc za amerykańskim Centers for Disease Control and Prevention (CDC), od 1977 r. zanotowano tylko trzy przypadki wyleczenia z symptomów wścieklizny. Z drugiej strony jest ona niezwykle rzadka u ludzi, zwłaszcza w uprzemysłowionych krajach. Co więcej, wścieklizna nie jest chorobą zakaźną w klasycznym rozumieniu tego słowa, czyli nie przenosi się z człowieka na człowieka. Z powyższych powodów nie znajduje się usprawiedliwienia dla ryzyka powikłań poszczepiennych czy gwałcenia integralności cielesnej poprzez przymusową immunizację, w przeciwieństwie do innych obowiązkowych szczepień. Tutaj stosuje się je tylko wtedy, gdy dojdzie do pogryzienia człowieka przez zwierzę z potwierdzoną wścieklizną. Tak więc uznaje się za Pasteurem, że potencjalne (nieudowodnione) korzyści ze szczepienia odniesie jedynie osoba, wobec której je zastosowano, a nie jak w przypadku innych chorób – cała społeczność. Jednak koncepcja ta stoi całkowicie w sprzeczności z promowaną do dziś przez świat nauki teorią zakaźną chorób, wywodzącą się z dawnej teorii miazmatycznej.

Jeśli szczepionka Pasteura nie była zwyczajnym środkiem zapobiegawczym, za który uważa się szczepionki na inne choroby, trudno też uznać ją za zwyczajną metodę terapii. Nie wiemy bowiem czy niesie ona jakiekolwiek potencjalne korzyści dla osoby zaszczepionej. Skoro bowiem dla osoby z objawami wścieklizny szczepienie nie odnosi żadnego skutku, a z drugiej strony nigdy nie potrafimy przewidzieć czy zdrowa osoba, pogryziona przez zwierzę w ogóle zachoruje, a do tego dochodzi kwestia niepewności diagnostycznej, sytuacja zaczyna się mocno komplikować. Szczepionka miała według Pasteura zawdzięczać swoje cudowne właściwości dziwnie długiemu okresowi inkubacji wścieklizny, w którym to po ugryzieniu dany osobnik miał czas na uodpornienie.

Teoria Pasteura jest naukowym paradoksem i nie na się jej ani udowodnić, ani obalić. Z całą pewnością jednak można na niej zarobić, czego przykładem jest osobista kariera tego słynnego naukowca.

louis-pasteur-1822-1895-in-laboratory-working-on-hydrophobia-rabies-CWBTWN.jpg

 

Na podstawie jednak jego prywatnych notatek dziś już wiemy, że ze swoimi eksperymentami na zwierzętach i ludziach strzelał on niczym w rosyjskiej ruletce. Zanim skupił się na wysuszonym rdzeniu kręgowym, eksperymentował na przykład z rozmaitymi dawkami krwi i tkanką nerwową pobraną od padłych rzekomo na wściekliznę zwierząt. Poddawane takim przypadkowym eksperymentom psy, jedne przeżywały inne nie. Na przykład w 1884 r. czternastu psom wstrzykiwał podskórnie bulion przygotowany z mózgu padłego (wg Pasteura na wściekliznę) królika. Dziewięć z nich zdechło, a pięć przeżyło i było odporne na kolejne wstrzyknięcia. W przypadku psów, które przeżyły takie nieludzkie eksperymenty, uznawane zostały przez Pasteura za „zaszczepione”.

Jednak żadne z tych zwierząt nigdy nie zostało pogryzione przez inne zwierzę z potwierdzoną chorobą, a padły królik mógł zostać zwyczajnie uśmiercony w wyniku eksperymentów, a nie działania rzekomego wirusa. Mimo to naukowiec potrafił wywoływać objawy wścieklizny u innych zwierząt.

Do tego, przeżywalność psów pogryzionych przez rzekomo wściekłe zwierzęta i leczonych przez Pasteura była taka sama, jak przeżywalność innych psów, które po pogryzieniu były pozostawione same sobie. Co więcej, w zdecydowanej większości przypadków w ogóle nie przeprowadzał równoległych eksperymentów kontrolnych. Nawet jeśli takowe były, to w nieporównywalnej skali. Na przykład na 26 pogryzionych psów przypadało jedynie 7 osobników kontrolnych i nawet wtedy okazywało się, że z kontroli przeżyło 5 osobników, a z tych jedynie jeden pies zdechł w powiązaniu z objawami uznawanymi za wściekliznę. Równocześnie jednak jeden z „zaszczepionych” psów również zdechł w podobnych okolicznościach. Przeżywalność wahała się w przypadku psów leczonych na poziomie 50–78% i nieleczonych 57–71%. W tym samym czasie Pasteur „leczył” słynnego dziś młodego chłopca Josepha Meistera.

Biorąc pod uwagę znikomą ilość osobników biorących udział w eksperymentach, a zwłaszcza w przypadku próby kontrolnej, niepewność diagnostyczną, okres inkubacji, próba precyzyjnego ustalenia przeżywalności jest bardziej, niż zwodnicza. Gdyby krytycy Pasteura znali wszystkie detale jego badań, z pewnością zapytaliby go o wyjaśnienie, w jaki sposób jego eksperymenty usprawiedliwiały decyzję o leczeniu Josepha Meistera.

Przecież w oficjalnej publikacji z 26 października 1885 r. dotyczącej Meistera i Jupille otwarcie przyznawał się, że z ostatnich 50 psów, które zaszczepił „z pełnym powodzeniem” zanim zaczął leczyć Meistera, żaden nie ucierpiał wcześniej od ugryzienia wściekłego psa. Tłumaczył to tym, że „duże ilości” innych psów już wcześniej uodpornił po ugryzieniach wściekłych psów i mógł to pominąć.

W istocie Pasteur radykalnie zmienił technikę w swoich eksperymentach odnośnie grupy 50 niepogryzionych psów. Była to ta sama technika, którą zastosował w przypadku Meistera począwszy od 6 lipca 1885 r. Ale różniła się ona drastycznie od poprzedniej, w której uczestniczyło 26 psów. Jak ujawniają prywatne zapiski naukowca, żaden z 26 pogryzionych psów (w tym również te, które rzekomo zostały uodpornione) nie były szczepione metodą zastosowaną potem u Meistera. W rzeczywistości pogryzione psy „leczone” były trzema różnymi technikami.

Co ciekawe nawet psy, które Pasteur uznał za „uodpornione”, po trzech tygodniach zostały przez niego uśmiercone rzekomo po to, aby zwolnić miejsce w klatkach dla kolejnych osobników. A przecież jak pokazały inne przykłady, psy te mogły ostatecznie zdradzić objawy choroby właśnie w tym czasie. Po podaniu im strychniny nie mógł już zweryfikować swoich przekonań.

Ponieważ wyniki jego eksperymentów były bardzo niejasne i mylące, zaczął on odchodzić od biologicznej teorii odporności na rzecz chemicznej. Z resztą z wykształcenia był chemikiem, a nie biologiem.

Nie dziwi więc fakt, że wysunął koncepcję, iż w przeciwieństwie do ugryzienia przez wściekłe zwierzę szczepienie wywołuje odporność ze względu na dużo większą dawkę „wirusa wścieklizny” otrzymaną podczas iniekcji. Jeśli odporność zależała od zjadliwości żywego, replikującego się wirusa wścieklizny, to mała ilość materiału zakaźnego powinna wywołać podobny efekt, jak duża.

W każdym razie, notatki laboratoryjne Pasteura niezbicie dowodzą, że do momentu, gdy zaczął szczepienie Meistera, nie zbliżył się nawet do, jak to opisywał, „wielokrotnie udowodnionej” skuteczności swojej metody na „różnorodnych gatunkach zwierząt.” Co więcej ujawniają, że nie spełnił nawet swoich własnych podstawowych założeń badawczych, tj. nie zakończył eksperymentów na zwierzętach, którymi to usprawiedliwiał decyzję „leczenia” Meistera.

Pokazują raczej, że gdy 6 lipca 1885 r. rozpoczął szczepienie pacjenta, ledwie zaczął serię eksperymentów na 40 psach (choć sam wspomina o 50), z których jedynie 20 przeżyło serię szczepień. Żadne z nich nie przeżyło trzydziestu dni od ostatniej, najbardziej zjadliwej, śmiertelnej dawki. Pasteur podawał zwierzętom zemulgowany rdzeń kręgowy, począwszy od najbardziej wysuszonego aż po świeżo pobrany od padłych królików. A przecież musiał zdawać sobie sprawę, na podstawie poprzednich eksperymentów, że symptomy choroby występowały właśnie zazwyczaj trzy, cztery tygodnie po wstrzyknięciu ostatniej i najbardziej zjadliwej dawki „wirusa wścieklizny” (świeżego rdzenia kręgowego). Do tego, jak sam przyznał, żaden z eksperymentalnych psów nie był ugryziony, ani „zaszczepiony wścieklizną” zanim zaczął je traktować metodą Meistera.

O tym fakcie dowiadujemy się dopiero od niedawna, gdy rodzina Louisa Pasteura zdecydowała się przekazać jego prywatne notatki uniwersytetowi Princeton i na ich podstawie prof. Gerald Geison mógł napisać biografię kontrowersyjnego naukowca.

Jasnym więc staje się fakt, iż to właśnie środowisko lekarskie było największym wrogiem „dokonań naukowych” Pasteura w jego czasach. Nawet dr Grancher, który osobiście w imieniu Pasteura wykonywał „szczepienia” na młodym Meisterze przyznał, że „zdecydowana większość lekarzy nie wierzyła w szczepionkę przeciw wściekliźnie stworzoną przez Pasteura”.

Spektakularnym dowodem nieskuteczności „szczepień” przeciw wściekliźnie był przykład chłopca, który zmarł pomimo, albo raczej w wyniku eksperymentów Pasteura w październiku 1886 r. Okoliczności tej śmierci były trzymane w najgłębszej tajemnicy (rozwścieczony ojciec i tak zdążył już wysunąć oskarżenia wobec Pasteura i współpracowników o uśmiercenie jego syna, grożąc procesem sądowym), aż do momentu, kiedy prywatne notatki naukowca ujrzały światło dzienne.

 

Eksperymenty z obcym materiałem biologicznym jako dowód na wirulencję

Już w 1868 Dr Burdon Sanderson opublikował wyniki swoich eksperymentów w pracy „On the Inoculability and Development of Tubercles”. Pisze w nich, że gruźlica często występowała u zwierząt po zaszczepieniu różnymi materiałami (głównie biologicznymi) ze źródeł niegruźliczych i że nawet na ranach zwierząt mogą wówczas wystąpić zmiany gruźlicze. Czy nie w ten sam sposób implantacja tkanki nerwowej zdrowego zwierzęcia do wnętrza czaszki innego osobnika mogłaby skutkować u niego zachowaniami typowymi dla wścieklizny? Nawet jeśli Pasteur nie znał tych prac, to i tak musiał zdawać sobie sprawę ze skutków swoich eksperymentów. W przypadku braku zachowania kontroli mógł też dowolnie wpływać na ich wyniki pozytywnie, bądź negatywnie z kryminalną wręcz samowolą.

 

 

Działania niepożądane po szczepieniu przeciwko wściekliźnie

Jak wynika z danych WHO, istnieją trzy główne typy szczepionek przeciwko wściekliźnie:

1) Szczepionki zawierające tkanki mózgowe zwierzęce

– Szczepionka z wirusem wścieklizny inaktywowanym fenolem lub BPL(beta-propiolaktonem), na podłożu z materiału pobranego od owcy lub kozy albo z mózgu. Szczepionka zawiera tkanki nerwowe i jest stosowana w Azji i Afryce;

– Szczepionka z wirusem wścieklizny inaktywowanym BPL na podłożu z mózgu oseska myszy, ze zmniejszoną zawartością mieliny. Używana jest w Południowej Ameryce.

2) Ptasie szczepionki, wykorzystujące jako podłoże embrion kaczki są inaktywowane przez beta-propiolakton i oczyszczane poprzez ultrawirowanie. Szczepionka taka jest stosowana w Europie.

3) Szczepionki z hodowli komórkowych

– Szczepionka produkowana w hodowlach ludzkich komórek diploidalnych (HDCV) hodowana jest na ludzkim fibroblastie, inaktywowana beta propiolaktonem i stosowana głównie w Europie i USA;
– Szczepionka produkowana z pierwotnych komórek nerki chomika (primary hamster kidney cells – PHKC) jest hodowana na komórkach nerki chomika, inaktywowana formaliną; produkuje się ją i używa w Rosji, niektórych krajach WNP i Chinach.
– Oczyszczona hodowla
komórek zarodkowych piskląt (PCEC) jest inaktywowana przez beta-propiolakton, oczyszczona przez ultrawirowanie i jest sprzedawana od wielu lat w Europie i w Stanach Zjednoczonych;
– Oczyszczona szczepionka przeciwko wściekliźnie Vero (PVRV), hodowana na komórkach Vero, inaktywowana beta-propiolaktonem i oczyszczana przez ultrawirowanie; licencjonowana we Francji
– Szczepionka przeciwko wirusowi wścieklizny (RVA), w której używa się szczep Kissling wirusa wścieklizny, zaadaptowany do diploidalnej komórki fibroblastów płucnych płodu rezusa, inaktywowany b-propiolaktonem i zawierający fosforan glinu

Jak podają źródła medyczne szczepionki zawierające tkanki mózgowe zwierzęce, tj. pierwszego typu (używane w Afryce, Azji i Ameryce Południowej) wywołują ciężkie zdarzenia niepożądane. Dokładnie tak samo, jak miało to miejsce w eksperymentach Pasteura.

Pacjent może cierpieć na poważną i często śmiertelną chorobę po szczepionce na bazie tkanki nerwowej. Wypadki te dzieli się na dwa typy: wścieklizna wywołana szczepionką oraz wypadki neuroparalityczne (w obu chodzi o to samo), które stanowią największe zagrożenie ze strony szczepień przeciwko wściekliźnie. Wszystkie typy szczepionek zawierających dorosłe ssacze tkanki nerwowe wykazują podobne zdolności do wywoływania reakcji neuroparalitycznych. Reakcje neuroparatologiczne zwykle rozwijają się między 13 a 15 dniem leczenia i mogą przyjmować jedną z trzech następujących form:

Typ Landry. W tym typie wypadku pacjent szybko staje się gorączkowy i cierpi na plecy. Migotliwy porażenie nóg zaczyna się i w ciągu jednego dnia ramiona stają się sparaliżowane. Później paraliż rozprzestrzenia się na twarz, język i inne mięśnie. Wskaźnik śmiertelności wynosi około 30%; w pozostałych 70% odzysk zwykle występuje szybko.

Typ Dorsolumbar – zapalenie rdzenia kręgowego. Pacjent może być gorączkowy i czuć się słaby, z porażeniem kończyn dolnych, zmniejszoną wrażliwością i zaburzeniami zwieracza. Umieralność nie przekracza 5%.

Zapalenie nerwu – czasowy paraliż nerwu twarzy, oczu, językowogardłowego, okoruchowego lub nerwu błędnego.

 

jvirol00320-0081-a.jpg

Gdzie się podział wirus?

Do dziś nie ma naukowego dowodu na to, że wirus wścieklizny w ogóle istnieje. Wszak najdokładniejsze dotąd eksperymenty przeprowadził właśnie Louis Pasteur. Inna ważna kwestia, to jakim cudem mógł on w 1885 r. odkryć wirusa? Do bezpośredniej izolacji wirusów potrzebny jest przecież mikroskop elektronowy. Urządzenie takie wynaleziono w latach trzydziestych XX w. Laboratoria zaczęły używać je dość późno, bo dopiero na początku lat sześćdziesiątych. Tak więc w czasach Pasteura nie było technicznej możliwości, aby potwierdzić, bądź obalić jego hipotezy.

Po tym, jak mikroskopy elektronowe zawitały pod strzechy, pojawiły się prace takie, jak ta: https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC375698/

Trzeba być jednak skrajnym ignorantem, żeby stwierdzić, że cokolwiek zostało tu przedstawione i udowodnione. Już na samym początku tekstu możemy znaleźć zwroty w stylu: „wirus wścieklizny (…) w hodowlach komórek BHK-21”. Jednak w publikacji tej nigdzie nie znajdziemy odniesienia, z którego wynikałoby przekonanie u naukowców o tym, że mają do czynienia z wirusem. Wiemy jedynie, że pracowali na materiale składającym się z komórek fibroblastów nerki oseska chomika (BHK-21) w obecności pożywki uzupełnionej albuminą surowicy bydlęcej i różnych odczynników. Jak zwykle z resztą brak tu równoległych badań porównawczych. Sami autorzy przyznają pod załączonym w pracy, wykonanym przez siebie mikrografem tego, co określili jako „częściowo oczyszczony wirus”, że pominięty tu został tzw. banding (wzór prążkowy) białek wirusa oraz jego materiału genetycznego, co pokazałoby czarno na białym wyniki ich pracy. Dzięki temu moglibyśmy sprawdzić i stwierdzić, czy eksperyment się powiódł. Jak wiadomo wirusy mają ściśle określony rozmiar i kształt, co skutkuje określoną gęstością, pozwalając nam odizolować je od pozostałych elementów komórki. Po odwirowaniu w gradiencie gęstości, w próbówce na określonym poziomie powinny wówczas znaleźć się wyizolowane wirusy. Zamiast tego naukowcy przedstawili mikrograf, na którym widzimy nieoczyszczone, rozpadające się części składowe komórki w hodowli. Tak jak w przypadku Pasteura mamy więc do czynienia z klasycznym myśleniem życzeniowym i samooszukiwaniem się naukowców.

Nigdy nie udowodniono też, że ciałka Negriego są patognomoniczne dla wścieklizny. To kolejna hipoteza, która została przekształcona w dogmat.

s4_uwaga_-_wscieklizna_w_jastrowiu_.jpg

Chciwość, władza i kontrola

Wszelkie barwne przepisy nakazujące obowiązkowe szczepienie na wściekliznę psów, są wynikiem działania niektórych grup interesów. Przede wszystkim chodzi o lekarzy weterynarii oraz miejscową biurokrację. Jakie są tego przyczyny? Chciwość, władza i kontrola.

Lekarze weterynarii otrzymują duży odsetek z zysku ze sprzedaży szczepionek podawanych w swoich gabinetach. Średnio szczepionki kosztują od 30 (szczepienie na wściekliznę) do 100 złotych (szczepionka wieloskładnikowa) za dawkę. Dlatego też dopóki lobby lekarzy weterynarii będzie wspierać barwny przepis nakazujący coroczne szczepienie przeciwko wściekliźnie, dopóty pieniądze będą zasilać ich kieszenie. Z czegoś przecież muszą żyć. Ponieważ nie ma możliwości porównania regionów, gdzie nie szczepi się np. psów z regionami z wysoką wyszczepialnością, nie jesteśmy w stanie zweryfikować skuteczności takich szczepień.

Towarzystwa weterynaryjne, współpracując z innymi grupami i politykami w terenie, są wynagradzani wysokim prestiżem i pozycją zawodową w społeczności. Przecież chronimy cię przed zachorowaniem na wściekliznę – powiedzą – bez względu na to, czy tak choroba istnieje, czy nie. Z kolei politycy i urzędnicy samorządu terytorialnego korzystają z uprawnień wynikających z większej kontroli nad naszym życiem, wzbogacając przy okazji skarb publiczny opłatami i karami pieniężnymi, sprawiając przy tym wrażenie, że samorząd robi coś z populacją zwierząt, chorobami i zagrożeniami dla społeczeństwa. Stąd od czasu do czasu pojawiające się tabliczki o zagrożeniu wścieklizną. Ciemny lud trzeba trzymać w ryzach. Przy tej okazji odstraszy się też potencjalnych kłusowników i zachowa więcej zwierzyny na odstrzał dla uprzywilejowanych grup, które stać na tę rozrywkę. 

O panującej w krajach trzeciego świata wściekliźnie, gdzie nie szczepi się zwierząt, a umieralność na tę chorobę jest rzekomo bardzo wysoka, co jakiś czas informują nas agencje informacyjne. Czy któryś z dziennikarzy pofatygował się choć raz, żeby sprawdzić te dramatyczne doniesienia?

Właśnie podsycany przez media i ludowe przekazy paraliżujący strach przed „bestią z lasu” – nasz lęk pierwotny – powoduje, że nikt nie pyta, o co w tym wszystkim chodzi.

Reklamy

Czego nie dowiesz się o nowotworach od swojego lekarza

 

Mitologia nowotworowa na usługach farmakracji


1. Hipoteza: mutacje genetyczne powodują raka

Współczesna medycyna nie potrafi udzielić odpowiedzi na pytanie o przyczyny raka. Uznaje się, że w którymś momencie grupa komórek nagle przestaje współpracować z organizmem i rozpoczyna bunt.

Dominujący nurt nauki mówi, iż karcynogeneza (zmiany prowadzące do powstania nowotworu) jest procesem wieloletnim, a przeciętny okres rozwoju guza o średnicy 1 cm wynosi około 5 lat. Zależy to jednak od rodzaju nowotworu i tkanki w której zachodzi karcynogeneza. Dla niektórych nowotworów mogą to być miesiące, dla innych dziesiątki lat. Różny jest też czas trwania poszczególnych etapów i szybkość przechodzenia komórki z jednego etapu do kolejnego.

Na etapie inicjacji pojawia się spontanicznie, bądź pod wpływem karcynogenu pojedyncza mutacja DNA. Na etapie promocji aktywowane zostają onkogeny i zwiększa się produkcja czynników odpowiedzialnych za wzrost i namnażanie się komórek. Jednocześnie zachodzą dalsze mutacje, które nie są naprawiane. Następny etap, progresji albo uzłośliwienia nowotworu, polega na pojawianiu się kolejnych zaburzeń molekularnych, przede wszystkim zmian w kariotypie, kiedy powstają klony zdolne do naciekania i tworzenia przerzutów.

Tak więc podstawą terapii nowotworowej jest odpowiednio wczesne wykrycie i uderzenie (za pomocą chemioterapii, radioterapii, interwencji chirurgicznej) w te „złośliwe” komórki, aby zapobiec niekontrolowanemu ich rozrostowi, a przy tym w możliwie największym stopniu oszczędzenie pacjenta.

dna-strands.jpg

Tyle teoria.

Aby poradzić sobie z problemem wysokiej toksyczności środków stosowanych w chemioterapii, czyni się obecnie wysiłki celem wynalezienia leków, które będą wysoce specyficzne dla komórek rakowych. I właśnie tu napotykamy na trudności, ponieważ jak dotąd nie udało się zidentyfikować tych specyficznych nowotworowych celów ataku. Okazuje się bowiem, że w nowotworach nie zauważymy żadnych cech charakterystycznych, których nie posiadałaby komórka macierzysta.

http://cancerres.aacrjournals.org/content/4/2/181

Jedyną więc nadzieją w znalezieniu określonego celu uderzenia w raka przy opracowywaniu leków przeciwnowotworowych byłoby zbadanie, czy istnieją niezbędne geny wyrażane w nowotworach, które nie są tak istotne w normalnych tkankach. Jak dotąd nie zidentyfikowano ani jednego takiego genu. Nawet jeśliby został odkryty nowy lek kierowany, to w krótkim czasie straciłby swoją skuteczność poprzez nagłe pojawianie się opornych na lek komórek nowotworowych.
Hipotezę o mutacji genetycznej jako przyczynie raka trudno pogodzić z faktem istnienia oporności na lek, a zwłaszcza z pojawieniem się oporności wielolekowej po ekspozycji na chemioterapeutyki kierowane w konkretny produkt genu.

Continue reading „Czego nie dowiesz się o nowotworach od swojego lekarza”

Wirus odry pilnie poszukiwany: „Masern-Virus-Prozess”

masern_blau_small.jpg

Dowody na istnienie wirusa odry. Nagroda i proces sądowy

Federalny Trybunał Sprawiedliwości (Bundesgerichtshof, BGH) – najwyższa instancja sądownictwa karnego i cywilnego w Republice Federalnej Niemiec, wydał właśnie ostateczny wyrok w sprawie wirusa odry.

Wszystko zaczęło się w 2011 r., kiedy to wirusolog dr Stefan Lanka zaoferował nagrodę w wysokości 100.000 euro za wykazanie dowodu na istnienie wirusa wywołującego odrę. Wyzwanie przyjął lekarz medycyny David Bardens, który przedstawił sześć publikacji rzekomo dowodzących odkrycie tego wirusa i zażądał od S. Lanka zapłaty obiecanej kwoty. Gdy ten odmówił, sprawa w 2013 r. została skierowana na drogę postępowania sądowego z powództwa cywilnego.

Rozprawy na posiedzeniu jawnym odbyły się trzykrotnie, w 2014, 2015 i 2016 r. przed sądami niemieckimi. Jako biegły sądowy został powołany mikrobiolog, prof. Andreas Podbielski.
W pierwszej instancji sprawa została wygrana przez D. Bardensa. Doktor S. Lanka nie pogodził się z wyrokiem i złożył apelację do sądu w Stuttgarcie, którą wygrał. Co ciekawe sąd oddalił powództwo D. Bardensa, ponieważ nie przedstawił on publikacji na istnienie wirusa odry według ustalonych przez naukowca kryteriów. Zamiast tego zaprezentował sześć różnych prac, z których żadna w opinii biegłego prof. A. Podbielskiego nie spełniała samodzielnie narzuconych kryteriów istnienia tego wirusa, a jedynie domniemania.

Ostatecznie Federalny Trybunał Sprawiedliwości w Karlsruhe oddalił powództwo i obciążył D. Bardensa kosztami procesowymi.

Okazuje się zatem, że miliony dzieci na całym świecie szczepi się przeciwko chorobie, a raczej objawom chorobowym, których przyczyna nie została do tej pory naukowo ustalona, bowiem D. Bardens przedłożył w sądzie najdokładniejsze jak dotąd prace związane z rzekomym odkryciem tego wirusa. Ponieważ na dzień dzisiejszy nauka nie jest w stanie dostarczyć lepszych argumentów za wirusową etiologią, dr Lanka za pośrednictwem mediów stwierdza wprost, że nie ma dowodów na istnienie wirusa odry, oraz że firmy farmaceutyczne bogacą się na szczepieniach przeciwko odrze, narażając miliony pacjentów na niepożądane odczyny poszczepienne.

Błędy metodologiczne w izolowaniu wirusów

Co prawda proces sądowy był prywatnym powództwem o zapłatę, a nie o stwierdzenie istnienia albo nieistnienia wirusa odry. W związku z tym nie powoduje żadnych skutków prawnych dla organów państwowych, a w szczególności nie zobowiązuje ich do zniesienia obowiązku szczepień, ani nawet do składania oświadczeń w tej sprawie. Niemniej powyższe fakty zmuszają świat nauki do rewizji dotychczasowych poglądów na temat istnienia i roli wirusów w patogenezie chorób takich, jak odra. Skłaniają one również do refleksji w kwestii nieprzestrzegania fundamentalnych reguł w badaniach naukowych oraz możliwych błędów metodologicznych w odkrywaniu tzw. wirusów chorobotwórczych.

Szerzej dr Lanka przedstawił ten problem w niniejszym wywiadzie, przetłumaczonym na język polski:

Continue reading „Wirus odry pilnie poszukiwany: „Masern-Virus-Prozess””

Rola gorączki i chorób infekcyjnych w spontanicznej remisji nowotworów

GetFile.jpg

Pozbyć się nowotworu na trwałe? Do tego spontanicznie, bez żadnych drogich cytostatyków, radioterapii, bez wycięcia guza? Tego raczej nie usłyszymy od lekarza onkologa. Z resztą trudno się dziwić, skoro nawet na uczelniach medycznych kwestia spontanicznej regresji (remisji) nowotworu traktowana jest w kategoriach niewyjaśnionych cudów medycznych. Również z innych pozamedycznych powodów nie możemy się spodziewać w najbliższym czasie rewolucji w tym zakresie. Szeroko rozumiany przemysł onkologiczny rozwinął się dziś do takich rozmiarów i przynosi takie dochody, że nawet wbrew faktom naukowym nikt z establishmentu medycznego nie wyjdzie przed szereg i nie odważy się kwestionować  przyjętych onkologicznych procedur. Nie spodziewamy się chyba, że onkolodzy mieliby podcinać gałąź, na której siedzą.

Terapie nowotworowe są dziś ustandaryzowane i wciąż doskonalone, ale zaskakuje fakt, iż według konkluzji zawartej przez naukowców w 1999 r. współcześnie chorzy na raka nie mają się lepiej, niż pacjenci leczeni 50 lub więcej lat temu. Tymczasem spontaniczne wyzdrowienie z nowotworu jest zjawiskiem, które obserwuje się od tysięcy lat. Do niedawna fenomen ten był przedmiotem wielu kontrowersji, jednak obecnie zaakceptowano go jako fakt bezsporny. Przegląd ostatnich doniesień pokazuje, że remisja i trwałe wyleczenie z nowotworu związane są zazwyczaj z ostrymi infekcjami, gorączką i immunostymulacją.

W naszych nieustających próbach pokonania raka wykraczamy poza naturę i często umykają nam okoliczności, które to właśnie natura dostarcza nam w leczeniu dolegliwości. W jednym z postów wspominałem, że gorączka związana z infekcją jest o wiele bardziej skuteczna w nowotworowej kuracji, niż jakakolwiek szerzej stosowana przez medycynę zachodnią metoda leczenia.

https://pubmedinfo.wordpress.com/2016/04/08/geneza-nowotworow-zaburzenia-chromosomalne-czyli-aneuploidalna-teoria-raka/

Już w 1899 roku brytyjski badacz nowotworów D’Arcy Power obserwował, cyt: „Gdzie malaria jest powszechna, rak jest rzadkością”. Od 1929 do 1991 r. przeprowadzono co najmniej 15 badań, w tym 8 kliniczno-kontrolnych, na temat związku pomiędzy infekcją a nowotworem i we wszystkich poza jednym stwierdzono, iż przebycie tzw. choroby zakaźnej zmniejsza ryzyko zachorowania na raka.

Można więc wnioskować, iż infekcje połączone z gorączką nie są jakimiś bezsensownymi przypadłościami i współczesne przekonanie o konieczności obniżania temperatury do 36,5°C za wszelką cenę, w imię komfortu pacjenta, jest działaniem wbrew naturze i zdrowemu rozsądkowi.

Dobrodziejstwa gorączki wykorzystuje się z resztą od jakiegoś czasu z powodzeniem w leczeniu nowotworów poprzez hipertermię ogólnoustrojową, gdzie dostarcza się pacjentowi energii cieplnej, sztucznie podwyższając temperaturę jego ciała do poziomu 38°C – 42°C, imitując tym samym naturalną eutermię. W Niemczech działa już co najmniej kilkadziesiąt ośrodków oferujących podobne zabiegi. Takie nowatorskie metody ewidentnie nie są na rękę organizacjom skupiającym onkologów, hojnie dotowanym przez koncerny farmaceutyczne, pomimo że są to jedynie terapie uzupełniające wobec standardowego leczenia. Być może chodzi o to, że część naukowców zorientuje się w końcu, iż chemioterapia nie przynosi pacjentom żadnych korzyści, natomiast radioterapia odznacza się niewielką skutecznością i zacznie się proces odchodzenia od nich na rzecz form terapii  wykorzystujących naturalne mechanizmy.

Continue reading „Rola gorączki i chorób infekcyjnych w spontanicznej remisji nowotworów”

Chemioterapia czy chemio-tortury? „Wpływ Cytotoksycznej Chemioterapii na 5-letnią Przeżywalność Dorosłych z Chorobami Nowotworowymi”

chimioterapie.jpg

„…Nigdy nikomu, ani na żądanie, ani na prośby niczyje, nie podam trucizny…”

– Przysięga Hipokratesa

W periodyku medycznym Clinical Oncology (2004) opublikowano artykuł australijskich naukowców pt: „The Contribution of Cytotoxic Chemotherapy to 5-year Survival in Adult Malignancies” („Wpływ Cytotoksycznej Chemioterapii na 5-letnią Przeżywalność Dorosłych z Chorobami Nowotworowymi”) 

 

Poniżej link do tej publikacji:

http://www.burtongoldberg.com/home/burtongoldberg/contribution-of-chemotherapy-to-five-year-survival-rate-morgan.pdf

Autorzy przedstawiają w niej dane dotyczące skuteczności chemioterapii, zebrane na podstawie badań przeprowadzonych w Australii i USA na przestrzeni 20 lat. Efekty ich pracy są dla tego rodzaju terapii delikatnie rzecz ujmując druzgocące. Jest to o tyle istotne, iż w przypadku diagnozy tzw. nowotworu złośliwego, która w wielu przypadkach brzmi niczym wyrok śmierci, pacjenci za namową lekarza są skłonni poddać się każdej radykalnej metodzie „leczenia”, byleby tylko uniknąć najgorszego, albo choćby przedłużyć sobie nieco życie. Abstrahując od ogólnego dyskomfortu oraz skutków ubocznych związanych z przyjmowaniem chemioterapii, prowadzących często do zgonu, okazuje się, że jej skuteczność mieści się w zasadzie w granicach błędu statystycznego.

Czytamy m.in.:

Cytotoksyczną chemioterapię u dorosłych zapoczątkowano w 1970 roku jako leczenie przyczynowe w przypadku zaawansowanej choroby Hodgkina, chłoniaka nieziarniczego, potworniaka jąder oraz jako leczenie uzupełniające wczesnego stadium nowotworu piersi.

Wstępne wyniki sugerowały potencjalne zastosowanie chemioterapii cytotoksycznej jako ostatecznego leczenia lub jako leczenie uzupełniające u pacjentów bez objawów klinicznych celem poprawy przeżywalności. Jednak, jak stwierdził Braverman i inni, początkowych korzyści zaobserwowanych w kilku rodzajach nowotworów nie odnotowano w przypadku bardziej powszechnych odmian raka. Dla większości pacjentów leki cytotoksyczne stosuje się celem łagodzenia objawów i poprawy jakości życia. Przy czym wydłużenie życia ma tu mniejsze znaczenie.

Niektórzy praktycy wciąż pozostają optymistami ufając, że cytotoksyczna chemioterapia znacząco poprawia przeżywalność chorych na nowotwory. Jednak pomimo zastosowania nowych i drogich leków pojedynczych i kombinowanych celem poprawy odsetka [pozytywnej] odpowiedzi oraz innych środków umożliwiających zwiększanie dawki, nie nastąpiła żadna zmiana w niektórych używanych schematach leczenia i zanotowano niewielki wpływ z zastosowań nowszych schematów.

(…)

W tej analizie opartej na faktach, oszacowaliśmy, iż wkład leczniczej i adjuwantowej chemioterapii cytotoksycznej dla 5-letniej przeżywalności osób dorosłych wynosi 2,3% w Australii i 2,1% w USA.

Szacunki dotyczące tych korzyści należy traktować jako górną granicę skuteczności, gdyż niektórzy kwalifikujący się pacjenci nie otrzymują chemioterapii z powodu wieku, w złym stanie ogólnym lub w wyniku wyboru pacjenta. Ponadto, jak wspomniano w tekście, korzyści z chemioterapii cytotoksycznej mogły zostać przeszacowane wobec raka przełyku, żołądka, odbytnicy i mózgu.

(…)

Pomimo tego, każdy nowy lek w chemioterapii wciąż promuje się jako istotny przełom w walce z rakiem, tylko po to aby później odrzucono go z dala of fanfar towarzyszących wprowadzeniu na rynek.

W warunkach ograniczonych zasobów i cięcia kosztów, istnieje potrzeba oceny opartej na faktach, zanim jakiekolwiek nowe lub uprzednio zaakceptowane leczenie zostanie uznane za standardową praktykę. Aby uzasadnić dalsze finansowanie i dostępność leków stosowanych w chemioterapii cytotoksycznej, wymagana jest natychmiastowa rygorystyczna ocena efektywności kosztowej oraz jej wpływu na jakość życia.

Zasadnym wobec tego będzie postawienie pytania: Czy onkolodzy sugerujący chemioterapię są odpowiednio poinformowani, a jeśli tak, to czy mają tak naprawdę na względzie dobro pacjenta, czy też stają się de facto przedstawicielami handlowymi koncernów farmaceutycznych, produkujących niezwykle drogie, a przy tym nieskuteczne trujące substancje?

Continue reading „Chemioterapia czy chemio-tortury? „Wpływ Cytotoksycznej Chemioterapii na 5-letnią Przeżywalność Dorosłych z Chorobami Nowotworowymi””

Zika to Ebola w wersji 2.0. Kolejny serial z gatunku virus-fiction wyprodukowany przez CDC i WHO

00052DSV4XAOJOT4-C116-F4.jpg

Małogłowie – wirus czyli komar

„Przenoszony przez komary wirus Zika powoduje małogłowie u dzieci”. Tę frazę przemieloną na różne sposoby powtarzają dziś jak mantrę wszystkie media.

Jak się okazuje, dotychczas nie udowodniono żadnego związku pomiędzy wirusem Zika, a małogłowiem. Nie zanotowano też dotąd ani jednego przypadku „małogłowia skojarzonego z Zika” poza Brazylią. W samej Brazylii, ze zgłoszonych przypadków do Ministerstwa Zdrowia wynika, że spośród 404 potwierdzonych przypadków małogłowia było 17 dzieci, u których stwierdzono w badaniach nosicielstwo wirusa Zika, a więc tylko 4,2% przypadków.
I tylko na podstawie tych danych epidemiologicznych kobiety są ostrzegane, aby nie zachodziły w ciążę przez co najmniej dwa lata! Jeśli już spodziewają się dziecka, niektóre organizacje zachęcają je, aby wypłynęły specjalną łodzią aborcyjną na pełne morze, gdzie mogą spokojnie usunąć ciążę bez obaw o to, że urodzi im się dziecko z wadą wrodzoną ( w wielu krajach Ameryki Południowej aborcja jest wciąż nielegalna). Brzmi to niczym okrutny żart i zakrawa na wstęp do eugeniki. Zwłaszcza, gdy równocześnie rządy tych krajów, pod wpływem feministek oraz „międzynarodowej opinii publicznej” łagodzą swoje stanowisko wobec aborcji i promują antykoncepcję – oczywiście oficjalnie po to, aby ustrzec się zakażenia, ale de facto chodzi o kontrolę urodzeń.

Tak więc łączenie małogłowia u noworodków z fantomem „wirusa Zika” to czysta spekulacja. Celowo piszę tu „fantomem”, ponieważ w naukowych publikacjach nie znalazłem żadnych prac przedstawiających izolację, oczyszczenie i charakteryzację tego wirusa. Wszystko co można znaleźć, to eseje i literatura wtórna. Tzw. „zakażenie” wykrywa się za pomocą PCR, bądź testów przeciwciał. Pytanie w oparciu o co ustalono, że znalezione RNA to RNA wirusa, a przeciwciała mają być specyficzne dla antygenu wirusowego Zika, skoro nie udowodniono istnienia tego wirusa?

Zika, tak jak Ebola, MERS, SARS itp. to przykłady na to, że w dzisiejszej nauce nikt już nie pyta o dowody.

121.jpg

Moja ocena? To kolejny para-medyczny terror z politycznym i ekonomicznym tłem, wywołany przez łowców epidemii pod komendą EIS (Epidemic Intelligence Service), należącej do agencji CDC (Centers for Disease Control and Prevention), którą raczej wypadałoby dziś nazwać „Centers for Disease Creation”. Natomiast małogłowie oraz inne degeneracje u noworodków mogą być, poza kampanią szczepień DTP wśród kobiet w ciąży, wywołane działalnością takich oto szaleńców w skafandrach kosmicznych, jak na poniższej fotografii, rozsiewających trujące insektycydy.

1c488371-b791-4843-9e83-041c917c423e.jpg

Continue reading „Zika to Ebola w wersji 2.0. Kolejny serial z gatunku virus-fiction wyprodukowany przez CDC i WHO”

Wirus Ebola (EBOV) – brak dowodów na patogenność. Nauka w służbie polityki

a225.jpg Czy należy obawiać się wirusa Ebola, o którym jeszcze kilkanaście lat temu nikt nie słyszał, a który w ostatnim czasie zbiera podobno śmiertelne żniwo w środkowej Afryce i według „ekspertów” oraz usłużnych mediów lada moment rozniesie się na cały świat?

Uważna lektura poniższych publikacji rzuca nowe światło na nasze wyobrażenie o Eboli i każe się zastanowić nad tym, do jakiego stopnia władza i organizacje medyczne w perfidny sposób grają strachem przed epidemiami dla realizacji własnych celów. Okazuje się, że wywołujące medialną histerię filowirusy – Ebola i Marburg – zakładając, że naukowe kryteria ich odkrycia, izolacji i charakteryzacji zostały wypełnione (to akurat wzbudza moje poważne wątpliwości), są niezwykle rozpowszechnione w środkowej Afryce. Tak przynajmniej wskazują badania seroepidemiologiczne. Jak piszą autorzy jednej z publikacji z 1993 r.:

„Wirus Ebola wydaje się być najbardziej aktywnym filowirusem. 17,6% spośród badanej populacji Lobaye było seropozytywnych na reaktywne przeciwciała anty-Ebola, podczas gdy 1,2% sero-reaktywna z wirusowymi antygenami Marburg. (…) Wyniki naszych badań wskazują, że infekcje filowirusami są wśród mieszkańców gęstych tropikalnych lasów prowincji Lobaye, w Republice Środkowoafrykańskiej powszechne (…) Infekcje te wydają się przebiegać bez znaczących objawów chorobowych czy zwiększonej śmiertelności, co sugeruje, że afrykańskie filowirusy mogą być mniej patogenne w swoim naturalnym środowisku, niż sądzono lub że infekcje nimi nie są rozpoznawane, a więc mylone z niektórymi powszechnymi lokalnymi schorzeniami lub zdefiniowanymi kulturowo chorobami występującymi w lesie Lobaye.”

Link do tej pracy:  http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/8266403 i tu pełna wersja: https://www.dropbox.com/sh/cn7cb90c8y8rp56/AABHH-09srL5fG8zO7qUIUXsa/Johnson%201993-1.pdf?dl=0

W innej publikacji czytamy z kolei:
Biologiczne parametry [u chorych] nie są specyficzne dla zakażenia filowirusem, a większość danych pochodzi z eksperymentalnie zakażonych zwierząt (…) Tak wysokie seroczęstości wskazują na wysoki poziom cyrkulacji ZEBOV [specyficznych przeciwciał IgG wirusa Ebola] w środowisku tropikalnych lasów deszczowych i sugerują, że społeczności rolnicze są bardzo narażone na wirusa przy zupełnym braku, ewentualnie z łagodnymi objawami infekcji szczepami epidemicznymi…”

Link do tego artykułu na pubmed: http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/21722250 i pełna wersja: https://www.dropbox.com/sh/cn7cb90c8y8rp56/AABkXkFA61m-U5VbckrCi7fqa/Ebola%20antibody%20prevalence/Leroy%202011.pdf?dl=0

Udało mi się dotrzeć do jeszcze jednej ciekawej publikacji.

 Link: http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/2505350 i tutaj cała praca: https://www.dropbox.com/sh/cn7cb90c8y8rp56/AABtLdY_924fc4k-QGnmEXMAa/Ebola%20antibody%20prevalence/Gonzalez%201989.pdf?dl=0

Czytamy w niej m.in.:

W latach 1985 – 1987 wykonano badania serologiczne pod kątem gorączki krwotocznej na losowo dobranych 5070 mieszkańcach 6 krajów środkowej Afryki (Kamerunu, Republiki Środkowoafrykańskiej, Czadu, Konga, Gwinei Równikowej i Gabonu). Przeciwciała przeciw wirusowi Ebola znaleziono u 12.40% osobników!

Zaraz, zaraz, a gdzie wszystkie głodne sensacji media? Gdzie wirusowa histeria? Przecież informacje podane w powyższych publikacjach powinny stać się gorącym tematem medialnym! USA wysłały nawet w 2014 r. aż 3600 marines i spadochroniarzy  celem tłumienia „zarazy” w Liberii. W tym samym czasie do „walki z wirusem” Brytyjczycy wyekspediowali do Sierra Leone 750 komandosów z doborowych oddziałów specjalnych! Czy nie tak było? Przemilczam już kwestię, w jaki sposób biegający z karabinami żołnierze mieliby tłumić epidemię i pozostawiam to jedynie wyobraźni czytelnika. A może było inaczej i tak naprawdę Ebola stał się jedynie pretekstem do interwencji zbrojnej celem pacyfikacji tych obszarów? Państwa regionu posiadają m.in. największe na świecie zasoby złota i diamentów, a nie wgłębiając się zbytnio w ich sytuację społeczno-polityczną oraz w kwestię redystrybucji dochodów i administracji miejscowymi bogactwami naturalnymi, motywacja ekonomiczna mogłaby skłaniać światowe mocarstwa do przeróżnych, niekoniecznie chlubnych poczynań. Gdybym był rządowym doradcą któregoś z wielkich graczy na globalnej szachownicy i szukał pretekstu do zbrojnej interwencji w państwie afrykańskim, zasugerowałbym z całą pewnością szalejący wirus.

Aby czasem nikt nie zarzucił, iż cały ten trud polujących na wirusy poszedł na marne, autorzy ostatniej z wymienionych publikacji idąc w zaparte postanowili jakoś wybrnąć z całej sytuacji i wysunęli dość osobliwą tezę, która mogłaby wytłumaczyć powszechne występowanie przeciwciał przeciw wirusowi Ebola:

„Podsumowując, środowiska dalekie od tych, w których stwierdzono epidemie i wirusy, wysoka częstość występowania przeciwciał przy braku objawów klinicznych oraz nietypowy wzór odczynu serologicznego doprowadziły nas do postawienia hipotezy, iż w obiegu znajduje się wirus podobny do Ebola, występujący w centralnej Afryce, niemający właściwości patogennych wobec ludzi.”

Muszę przyznać, że jest to teza na miarę naszych czasów. Gdy czegoś nie jesteśmy w stanie wytłumaczyć, brak nam pomysłu, z pomocą zawsze przychodzą odpowiednie słowa – „wirus podobny do Ebola”. Ciśnie się na usta sentencja wypowiedziana przez Mefistofelesa w dramacie Faust:

Wszystko, co w ludzkim mózgu się nie mieści, co trochę mgliste, trochę osobliwe —

na wszystko znajdziesz nazwanie właściwe.”

Tak na marginesie. Nasuwa mi się na myśl kolejne pytanie, czy promowany ostatnio przez ratującą się przed zamknięciem rządową (wojskową) agencję CDC (Centers for Disease Control and Prevention) i spolegliwe media wirus Zika, to czasem nie Ebola w wersji 2.0, tyle że na innym kontynencie? Moim zdaniem cała historia z wybuchem epidemii Ebola została wymyślona w gabinetach chorych umysłowo urzędników i wsparta autorytetem nauki poprzez agencję propagandową – CDC. Żeby przekonać się, że to zwykłe oszustwo naukowe, na którym można świetnie zarobić, a przy okazji terroryzować opinię publiczną wystarczy sprawdzić, kto jest właścicielem patentu związanego z odkryciem tego wirusa. http://www.google.com/patents/CA2741523A1?cl=en