Witajcie w nowej rzeczywistości – zaczęło się od Covid-19

2670367c-1b06-11e9-9e64-d150b3105d21.jpg

„Z okna swojego mieszkania Winston
widział wyraźnie trzy hasła Partii, wymalowane starannie na białej fasadzie:

WOJNA TO POKÓJ
WOLNOŚĆ TO NIEWOLA
IGNORANCJA TO SIŁA”
Rok 1984, Orwell

Kichanie i kaszel – reakcja odruchowa czy sprawa państwowa?

Dotąd przekonany byłem, że kichnięcie jest zwyczajnym odruchem, czynnością fizjologiczną naturalną człowiekowi i niektórym zwierzętom. Jakże złudne okazało się owo założenie, gdy okazało się, że w związku z niedawnym ogłoszeniem stanu epidemii Covid-19 publiczne kichanie, obojętnie z jakich przyczyn, alergii, odruchu celem oczyszczenia przewodów nosowych, zwykłego nieżytu nosa, itp. staje się sprawą wagi państwowej. Nie inaczej jest z kaszlem.
Niniejszym współczuję mocno wszystkim osobom borykającym się z nasilonym jak co roku wiosną katarem siennym. Tym razem ta dość częsta przypadłość alergiczna może stanowić źródło lęku czy wręcz paniki w bezpośrednim otoczeniu. Takie osoby muszą mocno uważać robiąc zakupy, żeby nie spłoszyć innych klientów, narażając się w konsekwencji na wyproszenie przez obsługę sklepu.

Okazuje się, że w nowej kolektywistycznej rzeczywistości nie tylko publiczne kasłanie i kichanie oraz pociąganie nosem jest problematyczne. Teraz nawet oddychanie może być śmiertelnie niebezpieczne dla otoczenia.
Na konferencji prasowej, minister zdrowia Łukasz Szumowski zapowiedział, że od 16 kwietnia 2020 r. obowiązywał będzie nakaz zakrywania ust i nosa w przestrzeni publicznej. Zarządzenie wydał ten sam minister, który 26 lutego br. w porannej audycji RMF FM drwił: „Maseczki nie zabezpieczają przed wirusem, nie zabezpieczają przed zachorowaniem. Nie wiem po co ludzie je noszą”.

Link do jego wypowiedzi: https://twojezdrowie.rmf24.pl/porady/news-szumowski-o-koronawirusie-maseczki-nie-pomagaja-myjmy-rece-s,nId,4348586

Zakładam, że Łukasz Szumowski nie oszalał nagle, a skoro tak, to jedyne, co się nasuwa, to podejrzenie, że nasi umiłowani rządzący uznali, że najwyższy czas spuścić z tonu w pompowaniu zagrożenia koronawirusem. Co jak co, ale biurokracja musi się wyżywić, a źródełko powoli wysycha. Aby więc nie narazić się na śmieszność medyczna rada ocelenia narodowego postanowiła zachować w przestrzeni publicznej pewne rekwizyty, mające nam ciągle przypominać (przynajmniej przez jakiś czas), że coś złowrogiego czai się w powietrzu. Jest teatr, są i rekwizyty. Takie podprogowe programowanie tłumu. Maseczki ochronne będą więc odtąd pełnić rolę pastucha na bezwolne stado owiec.

Już sobie wyobrażam dzieci w przedszkolu lub szkole podstawowej, noszące grzecznie maski i nie strojące sobie żartów na tę okoliczność.

Tak samo groteskowy wydaje się obowiązek zakładania rękawic robiąc zakupy w sklepie. Wciąż pytam, czy chodzi o zły dotyk? Jaka jest różnica w dotykaniu produktów brudnymi rękawiczkami a czystymi rękoma na korzyść tych pierwszych? Czy drobnoustroje i ich przetrwalniki nie krążą pośród nas w powietrzu i nie osiadają na wszystkich rzeczach, które dotykamy? Zatem tak jak w przypadku coraz powszechniejszych „przeciwwirusowych” oprysków ulic, chodników, ławek czy siedzeń w autobusach, mamy do czynienia z działaniami pozorowanymi, obrzędami przeznaczonymi dla mas społecznych żyjących w całkowitej ignorancji, mającymi jedynie uspokoić ich otępiałe umysły.

wuhan_train_station-1.jpg

Policja Myśli

„Teleekran służył równocześnie za odbiornik i nadajnik, dostatecznie czuły, żeby wychwycić każdy dźwięk głośniejszy od zniżonego szeptu; co więcej, jak długo Winston pozostawał w zasięgu metalowej płyty, był nie tylko słyszalny, lecz także widoczny. Nikt oczywiście nie wiedział, czy w danym momencie jest obserwowany. Snuto jedynie domysły, jak często i według jakich zasad Policja Myśli prowadzi inwigilację. Nie sposób też było wykluczyć, że przez cały czas nadzoruje wszystkich.” – Rok 1984, Orwell

Tak więc nie wystarcza już zapędzanie stada do zagrody pod hasłem „Zostań w domu” za pomocą policyjnych szczekaczek, nawoływań usłużnych dziennikarzy i celebrytów. Na krnąbrnych świetnym batem stają się nowinki techniczne.

Niewielu z nas zdaje sobie sprawę z faktu, iż postęp technologiczny zwiększa autorytarną kontrolę nad życiem jednostek. Przykładem są krążące policyjne drony w czasie obowiązywania stanu epidemii, pilnujące czy obywatele przestrzegają zakazów zgromadzeń, przemieszczania się, czy stosują do kwarantanny.
Przy okazji ogłoszenia pandemii powstała też specjalna aplikacja, która kontroluje czy wypełniamy warunki kwarantanny. Co więcej, w momencie pisania tego tekstu pojawił się projekt nowelizacji ustawy (tzw. Tarczy Antykryzysowej), do którego dotarł DGP. Przewiduje on m.in., że w czasie zagrożenia epidemicznego, stanu epidemii lub stanu klęski żywiołowej operator telekomunikacyjny będzie zobowiązany dostarczyć ministrowi cyfryzacji dane (obejmujące okres ostatnich 14 dni) o lokalizacji telefonów komórkowych osób zarażonych koronawirusem lub objętych kwarantanną. Na tym jednak nie koniec. Minister ma także otrzymywać dane – co prawda zanonimizowane – o lokalizacji „urządzeń końcowych” wszystkich użytkowników sieci, także tych zdrowych.
Nie wiem jak czytelnika, ale mnie osobiście przeraża wizja wszechwidzącego i wszystko-słyczącego Wielkiego Brata. Tylko oddolny sprzeciw może być jedyną skuteczną bronią przeciw państwu totalitarnemu.

surveillance.jpg

Permanentny stan wojny

„Tak więc obecna wojna, jeśli stosować do niej miarę dawnych wojen, jest zwyczajną fikcją(…) Ale chociaż jest fikcyjna, nie znaczy to, że nie odgrywa żadnej roli. Likwiduje nawis produkcyjny i pomaga utrzymać psychozę niezbędną do prawidłowego funkcjonowania systemu(…) Teraz wojnę toczy rząd przeciwko obywatelom własnego państwa, a jej celem nie są korzyści terytorialne lub zapobieżenie grabieży, lecz zachowanie panującego ustroju w nie zmienionej formie.”Rok 1984, Orwell

Mamy więc na zmianę wojnę z terroryzmem, w tym m.in. straszenie nowiczokiem jako nowoczesną bronią biologiczną, walkę z globalnym ociepleniem, walkę z koronawirusem. Przypominam, że niedawno jeszcze walczyliśmy naprzemiennie z Ziką, Ebolą, AH1N1, MERS, SARS (tak jak obecnie, tylko w mniejszej skali). Dziś cywilizację zachodnią determinuje i spaja ciągła wojna. Większość z nas nie zdaje sobie sprawy, że tak naprawdę jest to wojna prowadzona przeciw naszym przywilejom, w tym wolności osobistej, integralności, swobodom obywatelskim oraz własności prywatnej. Nie jest to wojna w klasycznym rozumieniu lecz walka informacyjna. Główną bronią jest strach! Ostatnio coraz częściej w rolę straszaka wciela się wirus jako de facto narzędzie bio-terroru informacyjnego. Stąd mamy ciągłe straszenie chorobami zakaźnymi. Tak więc nie dziwi fakt, że zamykane w latach 90-tych XX w. oddziały zakaźne dziś przeżywają swój renesans.

Od dawna ostrzegałem, że upowszechnienie się technik molekularnych będzie katastrofą dla społeczeństwa. Odtąd co rok albo co dwa będzie odbywać się festiwal straszenia nowym „wirusem”, co stanie się pretekstem do wprowadzania państwa policyjnego i terroryzowania ludności.

Przyczyna śmierci – nowy koronawirus?

Ale jaka jest prawdziwa przyczyna tego zbiorowego szaleństwa? Przecież zgodziliśmy się na tak głębokie ograniczenie naszych praw i swobód obywatelskich, ponieważ zasiano w naszych umysłach potężny strach przed nieuchwytnym czynnikiem chorobotwórczym.

Jak mówi prof. Klaus Püschel, szef medycyny sądowej w Hamburgu: „Ten wirus wpływa na nasze życie w całkowicie przesadzony sposób. Nie ma to związku z zagrożeniem stwarzanym przez wirusa. A powstające obecnie astronomiczne szkody ekonomiczne nie są współmierne do zagrożenia stwarzanego przez wirus. Jestem przekonany, że śmiertelność koronawirusowa nawet nie osiągnie szczytu rocznej śmiertelności … ”
Püschel i jego zespół prowadzą obecnie dochodzenie w sprawie osoby z Hamburga uznanej za zmarłą na Covid-19. Cel: „Chcemy uczyć się od umarłych dla żywych. Staramy się zrozumieć, na co faktycznie umarli tzw. martwi koronaci, aby wyciągnąć wnioski dotyczące leczenia klinicznego osób cierpiących na tę chorobę. Przyjrzymy się bliżej: jak wirus wpłynął na serce, płuca i inne narządy wewnętrzne?”
Püschel zdobył już wstępne spostrzeżenia: jak dotąd ani jedna osoba bez wcześniejszej choroby nie zmarła z powodu wirusa w Hamburgu. „Wszyscy, których do tej pory badaliśmy, mieli raka, przewlekłą chorobę płuc, byli palaczami lub cierpieli na otyłość, mieli cukrzycę lub chorobę sercowo-naczyniową.” Tak więc wirus był ostatnią kroplą, że tak powiem, która przepełniła beczkę. „Mieliśmy – nikt jeszcze nie wie – pierwszego 100-latka, który zmarł na Covid-19.” – Czy to była ostatnia kropla? – „Ostatnia” – powiedział Püschel, dodając – „Covid-19 jest śmiertelną chorobą tylko w wyjątkowych przypadkach, ale w zdecydowanej większości przypadków jest to nieszkodliwa infekcja wirusowa.”
Profesor uważa, że decyzje podejmowane wobec zagrożenia nowym wirusem są mocno przesadzone – „Cieszę się, że nie muszę podejmować żadnych decyzji politycznych. Ale mówię, że jako lekarz podejmowałbym inne decyzje.”

https://www.focus.de/gesundheit/news/hamburg-rechtsmediziner-ohne-vorerkrankung-ist-in-hamburg-an-covid-19-noch-keiner-gestorben_id_11865398.html

compressed-62b1c593-fe12-43b3-9f27-4774db8d4f2d.jpg

Inne opinie ekspertów z Niemiec przytaczałem już w poprzednich artykułach, więc nie chcę się powtarzać. Zachęcam do przeczytania tego wywiadu z Prof. Sucharitem Bhakdi :
https://pubmedinfo.wordpress.com/2020/03/23/bedzie-to-jak-zbiorowe-samobojstwo-wywiad-z-prof-sucharit-bhakdi-czolowym-niemieckim-ekspertem-z-zakresu-mikrobiologii-na-temat-covid-19-i-obecnej-sytuacji-epidemiologicznej/

oraz wysłuchania wypowiedzi dr med. Wolfganga Wodarga na temat obecnej sytuacji epidemicznej:

https://drive.google.com/file/d/1MC-bLRTrDSxAvUBmdfKIgHVpk438MbUm/view?usp=sharing

Testy – broń masowego rażenia

Przy okazji pompowania wrzawy wokół testów na „koronawirusa”, chciałbym wyjaśnić – testy nie wykrywają wirusa.
Skąd w ogóle wzięły się testy?
Problemem jest nasze wirusowe jednowymiarowe pojmowanie przyczyn chorób, za co winę ponosi świat nauki i establishment medyczny.
Otóż po wynalezieniu i wdrożeniu do badań mikroskopów elektronowych w latach 60-tych XX w. okazało się, że wirusów nie można było zaobserwować, ani nie udało się ich wyizolować bezpośrednio z tkanek ludzkich.
Natychmiast przyjęto założenie, że jeśli wirusa nie można było zaobserwować w mikroskopie elektronowym u ludzi, to problem miał leżeć po stronie mikroskopu elektronowego, a nie dogmatu wirusowej etiologii chorób! Jeśli dowody przeczą teorii, tym gorzej dla dowodów.
Był to okres, kiedy biologia molekularna przyjęła totalnie dominującą pozycję w badaniach nad wirusami. W związku z tym wynaleziono „markery molekularne” dla retrowirusów (np. odwrotnej transkryptazy), które to najwygodniej zastąpiły nieobecne cząstki wirusowe, mając przez to nadzieję na uratowanie wiary w wirusa. Pozwoliło to, z pomocą coraz bardziej hojnego wsparcia agencji finansujących i firm farmaceutycznych, przetrwać wirusowej hipotezie przez kolejne dziesięć lat, aż do końca lat 70-tych.
Jednak wyniki badań żenująco obnażały ten centralny dogmat w badaniach medycznych. Sytuację „uratowało” pojawienie się AIDS na początku lat 80-tych. Dziś programy badań nad wzw-C, BSE, SARS, MERS, ptasią i świńską grypą, HPV, itp. rozwinęły się w oparciu o tę samą logikę maksymalizacji zysków finansowych. Za każdym razem staramy się zrozumieć, jak niektóre bardzo wątpliwe doktryny terapeutyczne są zalecane na najwyższych szczeblach władz zdrowia publicznego (WHO, CDC, RKI, itp.); często przy tym odkrywając albo żenujący konflikt interesów albo brak istotnych eksperymentów kontrolnych i zawsze ścisłe odrzucenie jakiejkolwiek otwartej debaty z autorytetami naukowymi przedstawiającymi odmienne postrzeganie procesów patologicznych.

Ponieważ wirusów nigdy nie wyizolowano z materiału biologicznego pobranego od pacjenta, współczesna medycyna odstawiła na bok próby bezpośrednich identyfikacji wirusów i wykorzystuje wątpliwe pośrednie narzędzia „udowadniające” istnienie i wykrywanie wirusów, takie jak testy przeciwciał i reakcji łańcuchowej polimerazy (PCR).

Wyhodowaliśmy sobie zatem współczesnych wróżbitów, przekonanych o swojej dziejowej misji, a tak naprawdę przenoszących nas do ciemnego średniowiecza. Porwali za sobą polityków, kompleks farmaceutyczny (który zwęszył zbliżające się żniwa testomanii), przemysł i establishment medyczny oraz medialny kompleks głównego ścieku dezinformacji.

Odnośnie testów przesiewowych twierdzi się, że istnieją przeciwciała, które łącza się tylko i wyłącznie z ciałem rzekomego wirusa. Jeśli więc uda się udowodnić istnienie połączenia ciał i przeciwciał twierdzi się, że tym samym udowodniono istnienie domniemanego wirusa. W rzeczywistości jednak rzekome przeciwciała to rozpuszczalne białka krwi , które odgrywają znaczącą rolę podczas uszczelniania rosnących i dzielących się komórek oraz podczas gojenia się ran. Te białka krwi, nazywane również globulinami, wiążą się w probówce, przy odpowiedniej koncentracji kwasów, zasad, minerałów i rozpuszczalników, z innymi białkami. W ten sposób można dowolnie pozytywnie lub negatywnie przetestować każdą próbkę pobraną od pacjenta.

1000_F_323512570_1KymsDUPV0iAPCLyyyDO9pyaDzVbsohk.jpg
Twierdzi się również, że za pomocą biochemicznej techniki rozmnażania, nazywanej reakcją łańcuchową polimerazy (w tym przypadku RT-PCR) materiał genetyczny wirusa został powielony, a tym samym stwierdzono nosicielstwo nowego koronawirusa. Chciałbym zauważyć, że nigdzie nie istnieje próbka RNA wirusa chorobotwórczego, z którą można by było porównać rozmnożone cząstki RNA pobrane od pacjenta. W przetłumaczeniu na nasze: nie ma wzorca wirusa, do którego możemy się odnieść wykrywając jakąś sekwencję genetyczną z materiału pobranego od pacjenta. Jak podają źródła testy RT-PCR „wykazują wysoką skuteczność, jednak czasem konieczne jest powtórne badanie w celu potwierdzenia wyniku.”
Hmm… Gdyby mnie przetestowano pod kątem śmiertelnej rzekomo wysoko-zakaźnej choroby, o której mówi cały świat, z pewnością nie myślałbym w kategoriach „wysokiej skuteczności” testu, ale chciałbym znać odpowiedzi na podstawowe pytania: czy jestem chory? A może zarażony? Czy zarażam innych? Jeśli pierwszy wynik testu nie daje zdaniem producentów pewności bycia zakażonym, to co da nam test potwierdzający?
Może odpowiedzią na to pytanie niech będzie fakt, że tak jak w przypadku testów na HIV, nie sam test, ale wywiad epidemiologiczny jest kluczem do załapania się do statystyk wirusa – celebryty.

Parafrazując cytaty uznanych ekspertów z dostępnych publikacji, stwierdzenie niewielkiej ilości wirusowego RNA nie świadczy o aktywnej replikacji wirusa. Nie jest jasne, powyżej jakiego progu poziom fluorescencji barwnika osiągnie  cykl graniczny (Ct, z ang. treshold cycle) w próbkach pobranych od podejrzanych o zakażenie, przez co można rozpoznać aktywną replikację, co obligowałoby do rozpoczęcia leczenia albo skierowania na kwarantannę. Arbitralne przyjęcie progu odcięcia w laboratoriach wprowadzających RT-PCR jako podstawową metodę monitorowania replikacji wirusów jest trudne, szczególnie wobec rozbieżnych doniesień w literaturze i braku międzynarodowego standardu, który umożliwiłby porównanie różnych metod.

Na przykład 10% osób z chorobą płuc we Włoszech przetestowano pozytywnie na „zakażenie koronawirusem” i 100 razy mniej w Korei Południowej, czyli tylko 0,1% dotkniętych chorobą.
Pytanie nasuwa się wówczas, czy mikrobiolodzy w Korei Południowej celowo ustanowili wyższy poziom odcięcia w celu zmniejszenia liczby przypadków Covid-19, aby chronić swoją populację i gospodarkę przed paniką korony? Czy też decydujące laboratoria były po prostu bardziej ostrożne w diagnozowaniu choroby? Okaże się w przyszłości.

Statystyki – liczenie nosicieli, liczenie trupów

Jeśli chodzi o „zakażonych” zadam pytanie, co w medycznym slangu oznacza słowo „zakażenie”? Czy establishment medyczny w końcu wyjaśni nam, zamiast straszyć sparaliżowane lękiem masy społeczne? Może ja Państwu pomogę. Osoba „zakażona” oznacza, że miała pozytywny wynik testu. Wówczas zdrowy czy nawet lekko przeziębiony człowiek, zostaje automatycznie napiętnowany „śmiertelnym” rzekomo wirusem, którego nosicielem jest zawsze między 7 a 15% populacji (zdrowej czy chorej). Testy są niespecyficzne, skalibrowane i produkowane masowo pod nową epidemię, o czym pisałem wyżej. Ale ta zdrowa napiętnowana osoba staje się wrogiem publicznym, chodzącym zombi. Media ścieku dezinformacyjnego czynnie uczestniczą w napędzaniu tej szalonej kampanii ogłupiania mas społecznych. Staje się to pretekstem do wprowadzania państwa policyjnego, szczucia i atomizacji społeczeństwa.

Mam zatem kilka pytań, które należałoby zadać ministrowi zdrowia:

Jaki jest stopień obłożenia szpitali i oddziałów zakaźnych w kraju? Wielokrotnie słyszałem od samych lekarzy, że szpitale świecą pustkami, we Włoszech i Hiszpanii także. Tutaj próbka:

http://www.aktualnosci24.com/polska/polscy-lekarze-na-pomoc-wlochom-to-co-sie-rzuca-w-oczy-to-paradoksalnie-pusty-szpital/934263-wiadomosci

Drugie pytanie, ile w tym samym czasie zmarło osób na grypę tzw. sezonową?

Trzecie pytanie, ile od początku roku zmarło ogółem Polaków i jak ta liczba zgonów na „Covid-19” ma się do ogółu zgonów?

Czwarte pytanie, ile osób w latach poprzednich umierało na zapalenie płuc? (jak wiemy jednym z cięższych powikłań Covid-19 jest właśnie zapalenie płuc). Może podpowiem za Eurostatem:
https://www.politykazdrowotna.com/24872,liczba-zgonow-z-powodu-zapalenia-pluc-w-ue-polska-na-czarnej-liscie

Piąte pytanie, czy działania rządu wobec koronawirusa – celebryty są pretekstem do wprowadzania w Polsce pseudo-medycznego permanentnego stanu wojennego celem zastraszania i ogłupiania ludzi, ograniczania swobód obywatelskich oraz okradania z ich dorobku życiowego?

Szóste pytanie, jak ta „nadzwyczajna” sytuacja epidemiologiczna ma się do faktu, że wg statystyk Euromomo Europa zachodnia obecnie nie odstaje znacząco, poza wyjątkami, od normalnych cyklów śmiertelności? I dlaczego owe wyjątki dotyczą w szczególności domów pomocy społecznej?

https://www.euromomo.eu/

Siódme pytanie, na podstawie jakich polskich badań naukowych i jakie instytucje w kraju ustandaryzowały testy przesiewowe oraz testy diagnostyczne?

Pytam również nie tylko polityków, ale i dziennikarzy, w jakim celu meldujecie codziennie o tych dziwacznych z naukowego punktu widzenia statystykach zachorowań i umieralności na koronawirusa, które zupełnie nic nam nie mówią? Liczenie osób zakażonych w tysiącach, testując nieustandaryzowanymi (po polsku lipnymi) testami jedynie garstkę „podejrzanych” przy 38 milionowej populacji jest szczytem ignorancji.

Jeśli zaś chodzi o liczenie zgonów, nasuwa się podstawowe pytanie: Ile z „ofiar koronawirusa” umarło na poważne rzeczywiste schorzenia? Niestety nie mamy dostępu do zbyt wielu publikacji, ale tak jak przytaczał w cytowanym wyżej wywiadzie prof. Püschel i jak również często podają rodzime źródła rządowe niemal zawsze występują tzw. „choroby współistniejące”.

Jeśli zatem ktoś jest przewlekle chory, często w stanie paliatywnym i przypadkiem przetestuje się go pozytywnie na koronawirusa, z automatu dołącza do ofiar Covid-19. Pytanie, czy jeśli spadnie z 10 piętra wieżowca i zdiagnozuje się go na koronawirusa, to jaka będzie przyczyna śmierci?
Rozumiem, że teraz już nikt na nic innego poza wirusem z koroną nie choruje! Jeśli starsza osoba umrze na zawał, nadciśnienie, zator, raka, to ma pecha. Nie dołączy do statystyk wirusa – celebryty. Gorzej, że ciężko chorymi na poważne schorzenia nikt się dziś nie zajmie, bo przecież mamy „pandemię”. Szpitale przygotowane są na „ofiary” nowego wirusa i nie mają czasu zajmować się nowotworami czy innymi „niemodnymi” obecnie schorzeniami. Choć jak słyszę, co piąte łóżko szpitalne jest obecnie zajęte, a respiratorów nie brakuje nigdzie.

Kolejny dowód na to, że żyjemy dziś w cywilizacji public relations i w epoce postprawdy. Nie ważne są fakty. Liczy się wizerunek nowej choroby.

SARS-CoV-2: Strach kontra dane

X09248579.jpg

Na łamach International Journal of Antimicrobial Agents grupa francuskich naukowców opublikowała przegląd porównawczy ryzyka związanego z nowym koronawirusem SARS-CoV-2.

Link tutaj:

https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S0924857920300972?via%3Dihub

 

SARS-CoV-2: strach kontra dane

Data publikacji 19 Marca 2020, 105947

Czytamy w niej:

SARS-CoV-2, nowy koronawirus z Chin, rozprzestrzenia się na całym świecie i pomimo obecnie niskiej częstotliwości poza Chinami i na Dalekim Wschodzie wywołuje ogromną reakcję. W obiegu występują cztery popularne koronawirusy, powodujące miliony zachorowań na całym świecie. W tym artykule porównano zapadalność i śmiertelność tych czterech powszechnych koronawirusów oraz SARS-COV-2 w krajach OECD. Stwierdzono, że problem SARS-CoV-2 jest prawdopodobnie przeszacowany, ponieważ 2,6 miliona ludzi umiera z powodu infekcji dróg oddechowych każdego roku w porównaniu z mniej niż 4000 zgonów z powodu SARS-CoV-2 w momencie pisania tej publikacji.

Coronaviridae stanowią bardzo ważną rodzinę wirusów zwierzęcych i ludzkich, które są w stałym obiegu. Cztery powszechne ludzkie koronawirusy (HKU1, NL63, OC43 i E229) powodują 10–20% zakażeń dróg oddechowych na całym świecie i są obecne na wszystkich kontynentach. Śmiertelność jest słabo oceniana, ale jasne jest, że istnieją zarówno nosiciele przewlekli, jak i nosiciele bezobjawowi. Badania wykazały, że istnieje tyle samo bezobjawowych nosicieli, co pacjentów z objawami. Zgłoszono trzy epizody epidemii pojawiających się koronawirusów. Pierwszy wirus ostrego zespołu ostrej niewydolności oddechowej (SARS) miał bardzo niewielki wpływ na ogólną chorobowość i śmiertelność, z ponad 8000 rozpoznanych przypadków i 774 zgonami. Drugi, środkowo-wschodni zespół oddechowy (MERS) -koronawirus, został zlokalizowany w Arabii Saudyjskiej, z niewielką epidemią głównie zakażeń szpitalnych w Korei Południowej (…) Wreszcie SARS-CoV-2, nowy koronawirus, który pojawił się w grudniu 2019 r., rozwinął się i dotknął ponad 90 000 osób na całym świecie. W momencie pisania tego tekstu znaczna liczba przypadków miała miejsce na Dalekim Wschodzie (…) Jednak koronawirusy we wspólnym obiegu pozostają dominujące ze względu na ich globalny rozkład i ich nieistotną śmiertelność. Celem tego badania była wymiana doświadczeń laboratorium referencyjnego reprezentującego około 1% poważnych i zdiagnozowanych infekcji dróg oddechowych, szczególnie sezonowych, we Francji. Umożliwi to ocenę względnej śmiertelności różnych ludzkich koronawirusów prezentowanych w szpitalach w Marsylii w porównaniu z SARS-CoV-2.

Wyniki badań

W 2016 r. We Francji odnotowano 594 000 zgonów; 59,2% tych zgonów miało miejsce w szpitalach. W tym samym roku uniwersyteckie szpitale w Marsylii – L’Assistance publique – Hôpitaux de Marseille (AP-HM) zgłosiły 2854 zgony. W związku z tym można oszacować, że około 0,8% zgonów w placówkach opiekuńczych we Francji zmarło w szpitalach AP-HM. Szacunki te przybliżają liczbę osób dotkniętych patogenem w całej Francji w zależności od liczby osób zmarłych każdego roku w szpitalach AP-HM.

Od 1 stycznia 2013 r. do 31 grudnia 2019 r. Laboratorium diagnostyczne IHU Méditerranée Infection przetestowało 21 662 próbek. Wśród nich 770 próbek dało wynik pozytywny na koronawirusy, z ośmioma zgonami (śmiertelność 1%). Spośród rozpoznanych koronawirusów 63 próbki zidentyfikowano jako HKU1 (jeden zgon, śmiertelność 1,6%), 74 zidentyfikowano jako NL63 (dwa zgony, śmiertelność 2,7%), 92 zidentyfikowano jako E229 (jeden gon, śmiertelność 1,1%) oraz 160 zidentyfikowano jako OC43 (cztery zgony, śmiertelność 2,5%). 381 próbek zawierających koronawirusy, zdiagnozowane przed 2017 r., nie zostało przypisane do żadnego z tych czterech szczepów.

Systematyczne testy (biologia molekularna) SARS-CoV-2 przeprowadzono od 1 stycznia 2020 r. do 2 marca 2020 r. W sumie laboratorium diagnostyczne IHU Méditerranée Infection przetestowało 7059 próbek od pacjentów z objawami zakaźnymi. Wśród nich 543 próbki dały wynik pozytywny na koronawirusy, przy dwóch zgonach (wskaźnik śmiertelności 0,36%): 277 próbek pozytywnych na HKU1, 146 próbek na NL63, 77 próbek na OC43, a 43 próbek na 229E. Wśród tych próbek nie zidentyfikowano przypadków SARS-CoV-2. Z dwóch zgonów, jeden pacjent miał OC43 (śmiertelność 1,3%), a jeden pacjent miał HKU1 (śmiertelność 0,36%). W tym okresie nie było zgonów z powodu NL63 lub E229.

W tym samym okresie IHU Méditerranée Infection była regionalnym centrum wykrywania nowego koronawirusa SARS-CoV-2. W chwili pisania tego tekstu przeprowadzono 596 analiz podejrzanych przypadków od czasu pojawienia się nowego patogenu, z których zidentyfikowano cztery przypadki SARS-CoV-2. Ponadto przebadano 709 obywateli francuskich powracających z prowincji Hubei, z których wszystkie były negatywne pod względem SARS-CoV-2.

Do 2 marca 2020 r. Ogółem 90 307 pacjentów uzyskało pozytywny wynik testu SARS-CoV-2 na całym świecie, z 3086 zgonami (śmiertelność 3,4%). Wśród krajów Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) 7476 pacjentów uzyskało wynik pozytywny na SARS-CoV-2, przy 96 zgonach (wskaźnik umieralności 1,3%). We Francji 191 osób uzyskało wynik pozytywny na SARS-CoV-2, przy trzech zgonach (śmiertelność 1,6%).

W badaniu tym porównano śmiertelność SARS-CoV-2 w krajach OECD (1,3%) ze wskaźnikiem umieralności powszechnych koronawirusów zidentyfikowanych u pacjentów z AP-HM (0,8%) od 1 stycznia 2013 r. do 2 marca 2020 r.

Dyskusja

Badanie to wykazało, że śmiertelność z powodu powszechnych zakażeń koronawirusem wynosi we Francji 0,8%. Dla porównania w krajach rozwiniętych Europy lub Ameryki z porównywalnym poziomem rozwoju ekonomicznego wskaźnik umieralności SARS-CoV-2 wynosi 1,3%.

Jeśli ekstrapolacja zgonów w szpitalach AP-HM jest prawidłowa, w metropolitalnej Francji byłoby to 543 / 0,8 * 100 = 67 875 przypadków pacjentów hospitalizowanych z powodu infekcji dróg oddechowych z częstymi koronawirusami w ciągu 2 miesięcy, co stanowi prawie tyle samo przypadków SARS-CoV-2 na całym świecie. W rzeczywistości śmiertelność z powodu infekcji dróg oddechowych jest niezwykle zależna od jakości opieki i dostępu do opieki, a ciężkie postacie mają lepsze rokowanie w krajach o lepszej infrastrukturze medycznej. W tych warunkach wydaje się, że nie ma istotnej różnicy między śmiertelnością SARS-CoV-2 w krajach OECD a częstością koronawirusów (test χ2, P = 0,11). Oczywiście główną wadą tego badania jest to, że nie ustalono odsetka zgonów związanych z wirusem, ale dotyczy to wszystkich badań zgłaszających zakażenia wirusem układu oddechowego, w tym SARS-CoV-2. Faktem jest, iż infekcje wirusowe są infekcjami ekosystemowymi, których wynik zależy od inokulum i otaczającej mikroflory. Zatem niektóre bakterie, jak Streptococcus pneumoniae, Haemophilus influenzae i Staphylococcus aureus, o których wiadomo, że powodują nadmierną śmiertelność z powodu wtórnej infekcji, wydają się być związane z symptomatycznymi objawami. Wreszcie, czynniki sezonowe, położenie geograficzne, ciepło i wilgotność to czynniki współistniejące, podobnie jak wiek, płeć i związane z nimi patologie. W tych warunkach, przy wspólnych wszystkich innych czynnikach, infekcja SARS-CoV-2 nie może być opisana jako statystycznie cięższa niż infekcja innymi koronawirusami występującymi w powszechnym obiegu.

Wreszcie w krajach OECD SARS-CoV-2 nie wydaje się bardziej zabójczy niż inne krążące wirusy. Oprócz koronawirusów w krajach rozwiniętych występuje 16 wirusów endemicznych (adenowirus, wirusy Boca, cytomegalowirus, enterowirus, wirus grypy A H1N1, wirus grypy A H3N2, wirus grypy B, metapneumowirus, wirus paragrypy 1, wirus paragrypy wirus 3, wirus paragrypy 4, parechowirus, pikornawirus, rinowirus, syncytialny wirus oddechowy), a rocznie odnotowano w ostatnich latach na całym świecie 2,6 miliona zgonów z powodu infekcji dróg oddechowych (z wyłączeniem gruźlicy). Istnieje niewielkie prawdopodobieństwo, że pojawienie się SARS-CoV-2 mogłoby znacząco zmienić tę statystykę. Strach może mieć większy wpływ niż sam wirus; w Indiach odnotowano przypadek samobójstwa motywowanego strachem przed SARS-COV-2.

Ponadto koronawirusy, które rzadko są systematycznie testowane na całym świecie, mogą utrzymywać się w gardle osób bezobjawowych, stanowiąc potencjalne źródło odporności populacji. Ponadto należy zauważyć, że systematyczne badania innych koronawirusów (ale jeszcze nie SARS-CoV-2) wykazały, że odsetek bezobjawowych nosicieli jest równy lub nawet wyższy niż odsetek pacjentów z objawami. Te same dane dla SARS-CoV-2 mogą wkrótce być dostępne, co dodatkowo zmniejszy względne ryzyko związane z tą specyficzną patologią.

Autorzy: Yanis Roussel , Audrey Giraud-Gatineau , Marie-Thérèse Jimeno , Jean-Marc Rolain , Christine Zandotti , Philippe Colson , Didier Raoult , SARS-CoV-2: fear versus data, International Journal of Antimicrobial Agents (2020)

 

Medyczny stan wojenny

francja-przedluzono-stan-wyjatkowy.jpg

Oficjalne dane na dzień 27 marca 2020 r.: mamy 1340 zakażonych oraz 16 zgonów na 38 milionowe społeczeństwo. Wprost porażające statystyki „wielkiej zarazy”. Co do zakażonych, nie będę uskuteczniał statystyk opartych na lipnych testach. Skupmy się na liczbie podanych zgonów. 16 zmarłych i wszyscy mieli współistniejące choroby.
Ile z tych osób umarło na poważne choroby, a ile z powodu wirusa?
Ile osób w tym czasie zmarło w Polsce na zwykłą grypę i jej powikłania?
Ile osób umierało w latach poprzednich choćby na różnego rodzaju zapalenia płuc?
Zobaczmy dane z lat poprzednich:

https://www.politykazdrowotna.com/24872,liczba-zgonow-z-powodu-zapalenia-pluc-w-ue-polska-na-czarnej-liscie

Jak wynika ze statystyk prowadzonych przez Eurostat w Polsce średnio 43 osoby na 100 tys. mieszkańców umarło na zapalenie płuc w 2014 r. ! To daje ponad 16 tys. przypadków śmiertelnych rocznie w skali całego kraju. A przecież jako główne powikłanie Covid-19 podaje się właśnie zapalenie płuc.
Kolejne pytanie, ile osób zmarło od stycznia br. na wiele innych chorób?
Ale kto się nimi dziś przejmuje? Wirus-celebryta jest na świeczniku. I do tego wszędzie pojawiający się w mediach szaleńcy w śmiesznych skafandrach, goglach i maskach, pozujący do zdjęć i nagrań.
Mogę stwierdzić tylko jedno, niesamowicie zwariowane i płochliwe jest nasze społeczeństwo.

I z powodu tej niedorzecznej liczby 16 zmarłych rzekomo w wyniku zarażenia koronawirusem, gdzie trudno nawet stwierdzić czy chociaż w jednym przypadku domniemany wirus był przyczyną zgonu, wprowadzono i utrzymuje się w Polsce medyczny stan wojenny. Minister Zdrowia stworzył medyczną radę ocalenia narodowego i pełni de facto funkcję tymczasowego dyktatora. Do pomocy ma policję sanitarną zwaną potocznie Sanepidem, policję umundurowaną oraz wojsko, pilnujące m.in. czy delikwenci przebywają w wyznaczonym im areszcie domowym. Brakuje tylko czołgów na ulicach. Wolność zrzeszania się jest zdeptana, swoboda kultu jest zawieszona, ogłoszono zakaz wychodzenia z domu (godzina policyjna). Pytanie, gdzie są nasze swobody zagwarantowane w Konstytucji? Gdzie nasze podstawowe prawa, jak wymieniona swoboda kultu religijnego? Nawet zaborca i okupant nie stosowali takich obostrzeń wobec naszego narodu. Co istotne, hierarchia kościelna od razu wywiesiła białą flagę w sprawie zakazu sprawowania kultu. Przecież życie doczesne jest dobrem najwyższym, zdają się wołać biskupi, reszta to baśnie z tysiąca i jednej nocy. Pojedyńczy gorliwi i głęboko wierzący kapłani mają związane ręce.

Tak, wiem. Za moment z 16 zmarłych zrobi się 30 albo 400. W zależności od tego, jakimi kryteriami będziemy diagnozować nową chorobę, tyle ofiar załapie się do naszych statystyk. Można wręcz z kryminalną samowolą żonglować danymi oraz kreować gwałtowny wzrost liczby chorych i zmarłych na COVID-19.

Odnośnie inspektorów sanitarnych, od dawna alarmowałem, że mają oni uprawnienia całkowicie niekonstytucyjne i niewspółmiernie duże w porównaniu z jakąkolwiek instytucją w naszym kraju. W dodatku poza wszelką kontrolą organów konstytucyjnych. W rękach nieodpowiedzialnych rządzących, bądź polityków z zapędami dyktatorskimi inspektorzy sanitarni mogą się stać bronią niezwykle niebezpieczną. Czy politycy opozycji, rozmaite instytucje i organizacje broniące praw człowieka naprawdę tego nie widzą?

W mediach, także tych społecznościowych namawia się do donoszenia Sanepidowi, kto z sąsiedztwa nie poddaje się kwarantannie.
Reporter TVP Info tłumaczy nam, jak bardzo ważna jest „izolacja społeczna”. Mnie natomiast uczono zawsze, jak doniosłe znaczenie ma utrzymywanie więzi społecznych.

Szaleństwo goni głupotę. Niedouczeni dziennikarze mylą co chwila „zakażonych” z chorymi, wrzucając wszystkich do jednego worka (inteligentnego dziennikarza ze świeczką dziś szukać). Cała medialna tuba propagandowa bije na alarm, że dzieje się tragedia, że starsi ludzie masowo wymierają we Włoszech i Hiszpanii. Tymczasem okazuje się, że osoby w bardzo podeszłym wieku z objawami grypy lub przeziębienia umieszczani są na korytarzach oddziałów szpitalnych w skrajnie spartańskich warunkach. Stłoczeni, bez możliwości odwiedzin przez krewnych, odizolowani od społeczeństwa, umierają w panice i samotności. To co tam się odbywa bardziej przypomina widok szpitali w krajach trzeciego świata. To przepis na katastrofę humanitarną.

Za chwilę słyszymy w wiadomościach, że koronawirusa ma premier Wielkiej Brytanii, koronawirusa ma minister, koronawirusa ma ten czy inny polityk lub celebryta (choć dziś trudno odróżnić jednego od drugiego). Po czym ci celebryci wrzucają do sieci głupawe filmiki i selfie, nie przejawiając skądinąd symptomów jakiejś poważnej choroby… Szopka medialna trwa.

Co ciekawe rodzima opozycja parlamentarna walczy ramię w ramię z rządem przeciwko „wirusowi”, prześcigając się o jeszcze większe restrykcje wobec społeczeństwa i zawężenie resztek istniejących praw obywatelskich.

Nie podajemy sobie rąk, rozmawiamy na dystans, unikamy odwiedzin bliskich i znajomych. Kierowcy jeżdżący za granicę w transporcie międzynarodowym odczuwają niemal atmosferę linczu w swoim sąsiedztwie po powrocie do kraju.
Obserwując dziwaczne zachowania spanikowanego społeczeństwa, przeszytego paraliżującym strachem przed niewidzialnym wirusem, zaczynam uświadamiać sobie, jak czuli się trędowaci, bądź napiętnowani tą chorobą w starożytności i średniowieczu. Dziś mamy własnych „trędowatych” i własne średniowiecze.

Do tego jeszcze te głosy dobywające się ze szczekaczek w marketach, informujące, jak bardzo właściciele dyskontów dbają o nasze bezpieczeństwo, wydając nam groteskowe zalecenia. Robiąc zakupy czuję się trochę jak pacjent szpitala psychiatrycznego. Brakuje tylko obowiązkowego automatu z psychotropami przy wejściu do sklepu.

Za to kasjerki oraz klienci marketu czują się bezpieczni przywdziewając lateksowe rękawice, izolujące ich od skażonego świata zewnętrznego. Pytanie za milion, jaka jest różnica pomiędzy dotykaniem towarów, pieniędzy albo czyjejś dłoni z rękawiczkami i bez? Może chodzi o zły dotyk?

A te coraz popularniejsze maseczki przeciwpyłowe? Przed czym one właściwie chronią (czyżby „wirus” miał na nich osiadać?) i dlaczego w ogóle pozwala się na publiczne przemieszczanie się zamaskowanych osób?

Teraz poważnie. Nie wiem jakie globalne siły stoją za tą całą wirusową mistyfikacją. Gdybym dysponował takimi informacjami, z pewnością byłbym albo bardzo bogaty albo już nie żyłbym. Jedno jest pewne, trzeba mieć duże zasoby finansowe, propagandowe i know how, żeby przygotować tak zmasowaną wojnę dezinformacyjną wobec całych społeczeństw świata Zachodu. Operacji na tym poziomie nie da się zorganizować w jednym kraju. Oczywiście po drodze zawsze potem znajduje się mnóstwo koniunkturalistów ze świata nauki oraz różnej maści pożytecznych ignorantów i mamy do czynienia z efektem kuli śniegowej. Jak to napisał Johann Wolfgang Goethe: Nie ma nic gorszego niż aktywna głupota.

Jeśli można zrozumieć działanie chińskich władz wobec swych obywateli, wszak Chiny są państwem totalitarnym z wszechrządzącym aparatem biurokratycznym, to podobna sytuacja byłaby jeszcze do niedawna nie do pomyślenia na przykład w Europie Zachodniej. Należało jednak wcześniej odpowiednio zmiękczyć opinię publiczną i przyzwyczaić ją do wszechobecnych uzbrojonych w karabiny funkcjonariuszy policji oraz wojsko. Potrzebny był do tego pretekst.

Zupełnie przypadkiem tę wojnę dezinformacyjną upakowaną w czysto hollywoodzkiej konwencji bio-terroryzmu pod szyldem „koronawirus” poprzedził kilkuletni okres serii moim zdaniem sfingowanych, bądź zorganizowanych pod fałszywą flagą zamachów terrorystycznych (Paryż, Nicea, Bruksela, Londyn, Manchester, Berlin, Sztokholm). Terror miał na celu przestraszenie całych społeczeństw cywilizacji zachodniej aby te same prosiły o „ochronę” uzbrojonych po zęby policjantów. Przynajmniej nikt nie odważył się publicznie kwestionować obecności funkcjonariuszy z karabinami czy wozy opancerzone na ulicach wielkich miast europejskich.

Na myśl przychodzą wówczas czasy Zimnej Wojny i operacja „Gladio”, kiedy szkolone przez CIA partyzanckie bojówki organizowały zmasowane ataki terrorystyczne w krajach NATO w ramach tzw. strategi potęgowania napięcia. Winą za te zamachy obarczano wówczas środowiska lewicowe, które oskarżano o współpracę ze Związkiem Radzieckim. Tak naprawdę operacja „Gladio” służyła masowemu zastraszaniu całych społeczeństw zachodniej Europy. Takim osłabionym „sojusznikiem” łatwo było manipulować i podtrzymywać ustalone status quo w ramach Pax Americana. Rosjanie mieli trzymać „za mordę” swoich satelitów, jankesi swoich. Tak zostało ustalone w Jałcie i sytuacja taka trwała do upadku ZSRR w 1991 r. Na marginesie tylko dodam, że siły urzymujące wówczas władzę w USA dla realizacji swoich interesów terroryzowały również własnych obywateli.
Powiązanie obecnej sytuacji zagrożenia nowym wirusem SARS-CoV-2 z terroryzmem jest oczywiście spekulacją z mojej strony, ale wszystkie te sekwencyjnie układające się procesy – Arabska Wiosna, najazd imigrantów na Europę, serie ataków terrorystycznych, straszenie globalnym ociepleniem, a teraz koronawirus – ciężko uznać za zupełnie przypadkowo skorelowane w czasie. Być może polityczno-medialne pompowanie w krajach UE Covid-19 było odpowiedzią na tzw. Europejski Zielony Ład, a przynajmniej wsprzęgnięto „wirusa” w negocjacje nad zmienionym wieloletnim budżetem Unii Europejskiej, wzbogaconym o środki na odbudowę gospodarczą związaną ze skutkami „pandemii”.

Faktem jest, że wirus miał być impulsem, zasłoną dymną dla działań globalistów, którzy dążą do realizacji swoich celów, jak redukcja populacji i zniszczenie klasy średniej. Odwrócenie uwagi od meritum i wzbudzenie paraliżującego strachu przed pandemią spowoduje, że większość z nas nie zorientuje się, że została okradziona i zniewolona. Teraz będziemy się poruszać „na smyczy” i w kagańcu (póki co dosłownie – patrz maski ochronne), a władza będzie nam dozować strzępy wolności. Winą za kryzys gospodarczy będzie się obarczać wirusa, a machina biurokratyczna powiązana z wielkim kapitałem ogłosi się zbawicielem świata. Tak też zostanie zapisane w podręcznikach historii XXI w.

Bez względu na to, jakimi przesłankami kierują się stratedzy obecnej wojny informacyjnej, inżynieria społeczna odniosła spodziewany skutek, a terror pompowany przez medialny kompleks głównego ścieku dezinformacji spełnił swoje zadanie. Będziemy odtąd już reagować automatycznie, niczym pies Pawłowa. Zapanowały nad nami pierwotne instynkty na poziomie zwierzęcym, a relacje społeczne zeszły o kilka poziomów niżej, do wzajemnej nieufności i podejrzliwości. To co budowaliśmy przez dziesiątki lat od zakończenia wojny, zostało zburzone w bardzo krótkim czasie. Mamy pełzający medyczny stan wojenny.

Na koniec polecam poniższy cytat:

„W wielkim kłamstwie zawsze istnieje pewna siła wiarygodności; ponieważ szerokie masy narodu (…) w prymitywnej prostocie ich umysłów łatwiej padają ofiarami wielkiego kłamstwa niż małego kłamstwa, gdyż sami często opowiadają małe kłamstwa w małych sprawach, ale wstydziliby się uciekać do wielkiej skali kłamstw.
Nigdy nie przyszłoby im do głowy, aby sfabrykować kolosalne nieprawdy i nie uwierzyliby, że inni mogliby mieć zuchwałość, aby tak zniekształcić prawdę. Mimo że fakty, które to potwierdzają, mogą być wyraźnie przywołane w ich umysłach, nadal będą wątpić i wahać się i nadal będą myśleć, że może być jakieś inne wytłumaczenie. Ponieważ rażąco bezczelne kłamstwo zawsze pozostawia po sobie ślady, nawet po jego obnażeniu. Fakt ten znany jest wszystkim znanym kłamcom na tym świecie i wszystkim, którzy spiskują razem w sztuce kłamstwa.” – Adolf Hitler, „Mein Kampf”

Panika nakręcana przez polityków groźniejsza niż koronawirus

Ponad-500-przypadkow-zakazenia-koronawirusem-w-Polsce_article.jpg

Autor: Jerzy Milewski, Członek Narodowej Rady Rozwoju przy Prezydencie RP

W przypadku nowego typu koronawirusa mamy do czynienia z zasadniczym deficytem danych. Dominują niejasne informacje, spekulacje, hipotezy, modele in silico. Brak jednolitych definicji, brak standardowych publikacji medycznych. W większości nie wiemy, jak interpretować dane powielane w ogólnych mediach. Szczególnie dotkliwy jest niedobór (prawie brak) publikacji na temat wyników badań obrazowych. A bez tych badań trudno jest rozpoznawać chorobę COVID-19.

Zachęcam również do wysłuchania wywiadu pod tym linkiem:

Jerzy Milewski: Globalna kwarantanna jest dla mnie historycznym przykładem decyzji podjętych niemal bez danych

 

Taki straszny?

Każdego dnia w Polsce na raka umiera 270 osób. Każdego roku 100 tys. Polaków zapada na choroby onkologiczne. Na świecie to 10 milionów ludzi. To jest realna epidemia, o której media i politycy nie mówią tak głośno. Co więcej, każdego roku grypa zabija na świecie 600 tys. osób. W samej Polsce w tym roku odnotowaliśmy 150 ofiar i 3 miliony chorych. Gruźlica zabija rocznie na świecie prawie 2 miliony ludzi, malaria 1,2 mln, AIDS ponad 1 mln, cholera ponad 100 tysięcy. Obecne „straszydło w koronie” nie mieści się nawet w pierwszej setce największych zagrożeń dla zdrowia i życia człowieka.

Tak naprawdę nie wiemy, czy w Polsce ktokolwiek umarł w związku z zakażeniem koronawirusem. Brak brak publikacji medycznych na ten temat. W mediach podano, że osoby, które zmarły, chorowały na poważne schorzenia, a do szpitala trafiały w ciężkim stanie. Media w Wielkiej Brytanii poinformowały, że wśród ofiar śmiertelnych w kraju nie było osób nieobciążonych innymi chorobami. We Włoszech opublikowano analizę, z której wynika, że jedynie w przypadku 1,2% zmarłych nie wiadomo, by chorowali na inne choroby.

 

Przypadek Włoch

Ogólna liczba zgonów we Włoszech w 2020 roku, do 21 marca włącznie, wynosi 135 589. Jeśli podzielimy liczbę zgonów przez 81 dni, które upłynęły od 1 stycznia, daje nam to 1 674 zgony dziennie, 50 218 miesięcznie. W 2018 roku w miesiącu umierało średnio 52 tys. osób. Średnia miesięczna w 2020 roku to tylko 50 tys. (i to w trakcie pandemii). Zastanawia brak informacji w mediach o liczbie zgonów na inne choroby i z przyczyn naturalnych. Można więc odnieść wrażenie, że Włosi przestali umierać na inne choroby i z przyczyn naturalnych. Umierają już tylko na koronawirusa. W liczbie zgonów nie widać żadnej wartości dodanej (tych 4,5 tys., które mamy teraz). Spójrzmy na inne źródło. Jak się okazuje, we Włoszech średnia wieku ofiar to 79 lat. Prawie wszystkie ofiary, czyli 98%, miały poważne choroby współistniejące. A przecież ludzie ciężko chorzy i bardzo starzy zawsze umierali – głównie na jakieś infekcje. Ten wirus jest potencjalnie groźny, tak jak każda inna infekcja, dla osób z deficytem immunologicznym.

 

Powszechna izolacja sprzyja panice

Według szacunków ICL nawet 80% wszystkich zakażonych nie ma żadnych objawów COVID-19. Największa liczba zainfekowanych zakaża się właśnie od osób bezobjawowych. Nie ma szans na powstrzymanie transmisji wirusa obecnie stosowanymi metodami. Podsycająca panikę powszechna izolacja doprowadzi do destrukcji państwa i ogromnych szkód gospodarczych. Ten wirus nie jest groźny dla osób ze zdrową immunologią. Dlatego bardziej niż wirusa, powinniśmy bać się paniki i załamania gospodarki. Powszechna izolacja nie tylko sprzyja panice, ale jest błędem. Nie ma szans na osiągnięcie zakładanych celów. Za to gwarantuje rozmontowanie państwa oraz spowodowanie ogromnych szkód w gospodarce, a tym samym tragedie wielu ludzi. Kolejne decyzje rządu nakręcają panikę. Fatalną rolę wypełnia tu GIS.

Należy zatem natychmiast zamienić dotychczasową strategię na izolację selektywną, skierowaną do osób zagrożonych. Osoby te należy wyselekcjonować na podstawie kryteriów opisowych: wiek powyżej 80 lat, pacjenci po przeszczepie, po leczeniu onkologicznym w ciągu ostatniego roku itp. Dodatkowo należy wykorzystać metody oceny odporności komórkowej u tych osób, takie jak wskaźnik CD4/CD8. Wobec tych osób należy wdrożyć etapowo kolejne stopnie izolacji, aż do pełnej izolacji. W szczególności osoby mające jakikolwiek kontakt z tymi osobami powinny być badane testem na obecność koronawirusa. Takie działanie będzie znacznie bardziej efektywne.

W całej tej retoryce wokół wirusa mamy dwa główne cele. Pierwszy, by chronić ludzi, dla których ta infekcja (jak również inne) może być groźna, przez zmianę strategii na izolację selektywną oraz zintensyfikowanie działań Systemu Opieki Zdrowotnej w stosunku do tych osób. Drugi to minimalizowanie szkód gospodarczych. Niewiele pomogą dotacje i źle zaadresowane ulgi. Jedyna szansa na skuteczną obronę przed katastrofą gospodarczą to natychmiastowy powrót zdrowych ludzi do pracy i normalnego życia. Pomoc państwa powinna im to ułatwiać. Jednak aby cele te zostały zrealizowane, niezwykle ważne jest zwalczanie dezinformacji i paniki.

 

Za https://biotechnologia.pl/biotechnologia/panika-nakrecana-przez-politykow-grozniejsza-niz-koronawirus,19532

 

„Będzie to jak zbiorowe samobójstwo”. Wywiad z prof. Sucharit Bhakdi na temat COVID -19 i obecnej sytuacji epidemiologicznej

maxresdefault.jpg

Tutaj cały wywiad po niemiecku z angielskimi napisami https://www.youtube.com/watch?v=JBB9bA-gXL4&feature=youtu.be

Poniżej tłumaczenie:

– Haberstumpf: Prof. Sucharit Bhakdi, jest Pan lekarzem, patologiem, ekspertem w dziedzinie mikrobiologii; jednym z najczęściej cytowanych badaczy medycznych w Niemczech. Dzisiaj mówimy o koronawirusie. Wirus ustawia świat w stan wysokiej gotowości, konsekwencje stają się coraz bardziej dramatyczne. Również w Niemczech ogłoszono stan wyjątkowy. Czym dokładnie jest koronawirus?

– Dr Bhakdi: Wirus istnieje u ludzi i zwierząt, na całym świecie stanowi on rodzaj dużej rodziny, będąc wśród nas. Zwykle nie odgrywa on istotnej roli medycznej, ponieważ powoduje jedynie niewielkie infekcje związane z grypą lub stany gorączkowe powiązane z przeziębieniem. Tylko osoby starsze z istniejącymi już chorobami są potencjalnie zagrożone. Teraz pojawia się nowa odmiana wirusa, która wpędza świat w strach i panikę. Dlaczego?

Covid-19 został odkryty w Chinach i tam rozprzestrzenił się bardzo szybko i towarzyszyło mu wiele ofiar śmiertelnych, więcej niż się spodziewaliśmy. Potem pojawiły się raporty alarmowe z północnych Włoch, z podobnymi zmianami. Należy to jednak wziąć pod uwagę: w innych częściach świata, gdzie rozprzestrzenił się wirus, tak pozornie wysoka śmiertelność na poziomie 4, 5 lub 6% nie została osiągnięta. Na przykład w Korei Południowej śmiertelność wynosiła podobno 1%, w Anglii 0,3%.

– Haberstumpf: „Dlaczego Pan mówi„ najwyraźniej ”wysoki wskaźnik śmiertelności?”

– Dr Bhakdi: „Mówię„ najwyraźniej ”, ponieważ jeśli wirus nie zabija sam, ale tylko w związku z innymi istniejącymi chorobami, nie możemy winić go wyłącznie. To, że zrobiono to z COVID -19, jest nie tylko fałszywe, ale niebezpiecznie wprowadzające w błąd. Z tego powodu zapomina się, że wiele innych czynników lokalnych może odgrywać decydującą rolę. Na przykład: co mają wspólnego Chiny i Włochy (północne Włochy)? Chiny mają najwyższy stopień zanieczyszczenia powietrza na świecie. pod tym względem Włochy są Chinami Europy. Płuca ludzi w tych regionach są upośledzone i obciążone chorobami znacznie inaczej niż płuca ludzi w innych regionach ”.

– Haberstumpf: A co z Niemcami? Tutaj także wirus rozprzestrzenia się szybko.

– Dr Bhakdi: Tak, wygląda na to, że rozprzestrzenianie się trwa i, co zaskakujące, daje nam dane, dzięki którym możemy teraz lepiej zdecydować, co robić.

– Haberstumpf: Tak właśnie postępowali eksperci i politycy, dlatego ogłaszają najwyższy stan gotowości.

– Dr Bhakdi: Tak i to jest w rzeczywistości wielka tragedia w tej historii, ponieważ środki, które zostały wdrożone, są w zasadzie bezużyteczne. Odpowiedzieliśmy sobie już na bardzo ważne pytania: po pierwsze, czy wirus zabija wyłącznie osoby starsze i osoby z istniejącymi wcześniej chorobami, podobnie jak inne „normalne” koronawirusy? A może zabija także młodych ludzi? Odpowiedź jest bardzo jasna. Mamy 10 000 zgłoszonych przypadków (18.03.2020 w Niemczech), 99,5% z nich nie ma żadnych objawów lub ma jedynie łagodne objawy. Z tego wynika już, że fałszywe jest mówienie o 10 000 chorych pacjentów (nie powinno to być dozwolone). Nie są chorzy. Zakażenie nie jest identyczne z chorobą. Jest tylko 40–60 chorych, a 30 zmarło w ciągu 30 dni [Niemcy, 18.03.2020]. Tak więc do tej pory śmiertelność wynosi 1osoba jako Covid-19- dodatnia śmierć na dzień. Scenariusz grozy polega na tym, że liczba ta mogłaby się pomnożyć przez sto. Wtedy mielibyśmy milion przypadków, a być może 3000 zgonów w ciągu kolejnych 60 dni, czyli w sumie 100 dni. Oznaczałoby to 30 śmierci dziennie. Władze próbują zapobiec temu strasznemu scenariuszowi.

– Haberstumpf: Nałożone środki [w Niemczech] mają na celu spowolnienie rozprzestrzeniania się wirusa i zapobieganie codziennym ofiarom śmiertelnym.

– Dr Bhakdi: Tak, ale zgodnie z tym, co wiemy do tej pory, liczba zgonów wynosi około 30 zgonów dziennie. 30 zgonów dziennie może wydawać się bardzo wysoką liczbą. Należy wziąć pod uwagę, że tutaj w Niemczech każdego dnia umiera 2200 osób powyżej 65 roku życia. Musimy wziąć pod uwagę, że co najmniej 1% tych osób jest nosicielami normalnego koronawirusa. To czyni 22 dziennie, którzy niosą siostrzany gatunek COVID-19. I umierają każdego dnia. Różnica polega na tym, że tutaj nie mówimy o śmierci w wyniku koronawirusa, ponieważ wiemy, że odgrywa on podrzędną rolę w tym procesie.

Teraz chcemy zapobiec temu scenariuszowi: mianowicie, że te 30 ofiar zastępuje tamte 22. Tak właśnie się dzieje. Obawiamy się, że przy 1 000 000 zakażeń nowym wirusem możemy osiągnąć 30 zgonów dziennie i nie zdajemy sobie sprawy, że przez cały czas co najmniej 20 lub 30, 40 lub nawet 100 pacjentów umierało każdego dnia z tą samą wcześniej istniejącą chorobą i w tych samych istniejących wcześniej okolicznościach, jednocześnie wykazując pozytywny wynik na obecność koronawirusa. I aby zapobiec czarnemu scenariuszowi, podejmowane są przerażające środki.

– Haberstumpf: Co Pan sądzi o tych środkach?

– Dr Bhakdi: Myślę, że są groteskowe, przesadnie reagujące i wręcz niebezpieczne. Niebezpieczne, ponieważ każda starsza osoba w wieku powyżej 65 lat ma prawo starać się nie być jednym z 2200 osób, które odchodzą od nas każdego dnia. Aby temu zapobiec, mają swoje hobby, ćwiczą, nawiązują kontakty społeczne, uczestniczą w wydarzeniach i tak dalej. Wszystko to jest teraz anulowane. Możesz założyć, że te drakońskie ograniczenia ogólnie skracają długość życia tych 2200 osób. Mamy zatem konsekwencje ekonomiczne, które są tak przerażające i dla wielu egzystencjalne. I wreszcie, mamy bezpośrednie konsekwencje medyczne. Mamy już braki w zapewnieniu opieki medycznej, operacje są anulowane, chorzy ludzie nie mogą być optymalnie leczeni. Personel szpitala zostaje przeniesiony lub jest nieobecny, na przykład dlatego, że matka musi dbać o swoje dzieci (przy zamkniętych przedszkolach). Wszystkie te kwestie będą miały poważne konsekwencje. Mogę tylko powiedzieć, że podjęte środki zaradcze są autodestrukcyjne, a jeśli społeczeństwo je przyjmie i zastosuje, będzie to jak zbiorowe samobójstwo.

Za http://www.abruptearthchanges.com

Koronawirus – pandemia czy panika?

koronawirus-001.jpg

Wirusowe szaleństwo

Tak więc znaleźliśmy się w stanie oblężenia. Zdecydowana większość z nas została właśnie (połowa marca 2020 r.) zoperowana i zaprogramowana tak, jakbyśmy wszyscy byli już objęci wielką zbiorową kwarantanną.

Mimo że człowiek jest z natury istotą społeczną, za namową rządzących, tzw. ekspertów oraz wtórujących im mediów, unikamy utrzymywania więzi społecznych czy jakichkolwiek kontaktów. Witamy się bez podawania sobie rąk, publiczne kichnięcie czy kaszlnięcie wywołuje paniczny strach wokół i przeszywające spojrzenia. Osoba przeziębiona staje się trędowatym naszych czasów. – Jak on mógł pokazywać się publicznie z wirusem i zarażać innych? – pomyślimy. – Trzeba by go zdezynfekować i odizolować.

Szaleństwo trwa w najlepsze. Jak słusznie zauważył nieżyjący już wirusolog i patolog Etienne de Harven: Wirus-mania jest chorobą społeczną naszej wysoko rozwiniętej cywilizacji. Aby ją wyleczyć, niezbędne będzie pokonanie strachu. Strach jest najbardziej zabójczym, zakaźnym wirusem, najefektywniej przenoszonym przez media.

W poprzednich wcieleniach „szalejących wybuchów epidemii” propaganda kontrolowana przez promotorów kampanii (CDC, WHO) znikała po krótkim czasie. Tym razem jednak organizatorzy operacji epidemicznej czują się wystarczająco odważni, aby wlać paliwo do ognia kłamstwa i przekształcić go w iluzję pożaru. Pod wieloma innymi względami „epidemia” w 2020 r. jest identyczna z poprzednimi niewypałami: farsa ogłoszenia wybuchu epidemii; cudownie szybkie, a jednocześnie wątpliwe „odkrycie” wirusa; szybkie wdrożenie testów diagnostycznych, które nie działają; zwodnicza inflacja liczby zarażonych; absurdalne twierdzenie o globalnym rozprzestrzenianiu się choroby; w sytuacji, gdy mamy do czynienia z faktyczną chorobą, ukrywanie prawdziwych przyczyn, które nie mają nic wspólnego z wirusem.

Z tym ostatnim procederem mieliśmy do czynienia w związku z podaniem do publicznej wiadomości informacji o pierwszym w Polsce „zgonie z powodu koronawirusa” na oddziale szpitalnym w Poznaniu. Natychmiast po przekazaniu tej smutnej informacji okazało się, że zmarła pacjentka „miała towarzyszące choroby, które wymagały przyjmowania leków obniżających odporność.” Jak poinformowało Ministerstwo Zdrowia w dniu 13 marca, gdy zacząłem zbierać dane do tego artykułu, w szpitalu we Wrocławiu zmarła druga osoba „zarażona koronawirusem”. W lakonicznej informacji dowiadujemy się tylko, że 73-letni „pacjent został przyjęty do szpitala w ubiegły piątek; od początku jego stan był ciężki. Starszy mężczyzna był niewydolny oddechowo i miał schorzenia towarzyszące.” Nie inaczej było z trzecią „ofiarą wirusa” – 66-letni mężczyzna, który w „stanie poważnym przebywał w szpitalu w Lublinie i miał choroby współistniejące.” Kolejnych śmiertelnych przypadków nie będę wymieniał, ponieważ zakładam, że w zdecydowanej większości sytuacji będzie podobnie.

Nie wnikam, jakimi przesłankami kierują się rządzący i działający na froncie walki z domniemaną epidemią, podając takie informacje. Rząd przede wszystkim powinien zasięgać rad niezależnych (!) ekspertów i zachowywać trzeźwą ocenę sytuacji. Jeżeli zatem mamy mieć do czynienia z wybuchem epidemii, to należy zadać nauce niewygodne pytania i zażądać twardych dowodów na to, że coś nadzwyczajnego się dzieje. Jeśli tak nie jest, na co wskazuje wiele danych, to obowiązkiem rządzących jest wyciszenie paniki i wytłumaczenie społeczeństwu, że zostało wprowadzone w błąd. W przeciwnym razie możemy zakładać, że jesteśmy świadkami epidemii strachu, za którą współodpowiedzialni są politycy, medyczni biurokraci oraz media. Ktoś będzie przecież musiał ponieść polityczne konsekwencje narażania na zdrowie i życie milionów obywateli naszego kraju, nie wspominając o gospodarczych następstwach obecnego kryzysu.

Ponieważ łączny tonaż propagandy strachu jest tym razem znacznie większy, niż w poprzednich fałszywych epidemiach, możliwe są masowe kwarantanny na całym świecie. Dla niedoinformowanych ogłaszane kwarantanny wydają się dowodzić, że wirus jest bardzo niestabilny i niebezpieczny.

Chiny były idealnym punktem wyjścia. Rząd nie zawahałby się zamknąć 100 milionów obywateli, zwiększając tym samym u samego zarania „powagę sytuacji” i rozpoczynając ogólnoświatowy dreszczowiec. Chiny były modelem. Inne kraje poczują się komfortowo, idąc za ich przykładem.

Z drugiej strony, reżyserzy najnowszego serialu virus-fiction zbyt mocno rozgrywają swoją partię. Ale jak mogliby tego nie zrobić, skoro ich propagandziści przepowiadali, że 40 do 70 procent światowej populacji zostanie „zainfekowanych”, a miliony umrą. Kiedy tak się nie stanie, wiele osób będzie pamiętać te rozdęte projekcje. Oczywiście po raz kolejny spróbują wymazać przeszłość poprzez cenzurę, niczym w świecie Orwella opisanym w książce „Rok 1984”.

Jesteśmy świadkami trwającej wojny na naszym kontynencie – wojny informacyjnej. Idąc za doc. Józefem Kosseckim, w dobie społeczeństwa informacyjnego tradycyjne energetyczne konflikty zbrojne są nieefektywne; zamiast tego informacja, a właściwie dezinformacja staje się bronią masowego rażenia. Tak więc wrogie naszej cywilizacji siły postanowiły podpalić Europę. Wirus stał się jedynie narzędziem do terroryzowania mieszkańców państw rozwiniętych. Nieodzownym elementem zastraszania jest tresura za pomocą bio-dyktatury całych narodów zachodniej Europy, mocno osadzonych kulturowo w ramach cywilizacji łacińskiej i przyzwyczajonych do swobód obywatelskich. Przykładem są Włochy, gdzie szaleni politycy postanowili wziąć całe państwo kwarantanną oraz ostatnio Hiszpania. W obu tych krajach elementem kultury są spotkania towarzyskie, zabawa, sjesta, przeplatające się jedynie z pracą. Nie trzeba chyba wyjaśniać, co dla mieszkańców tych krajów oznacza przymusowa domowa kwarantanna.

Trudno na dzień dzisiejszy zweryfikować przerażające dane dotyczące umieralności we Włoszech, ponieważ nie pasują one w żaden sposób do statystyk odnotowywanych w innych krajach, w tym w Chinach. Przecież prawa biologii (tutaj zjadliwość patogenu) nie przestają obowiązywać po przekroczeniu granicy danego kraju.

Nieco światła w chaosie dezinformacyjnym, płynącym z Włoch może rzucać fakt, iż doradca włoskiego ministra zdrowia – Walter Ricciardi – jest jednocześnie członkiem Rady Wykonawczej Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Tej samej organizacji, która ma na koncie fałszowanie danych, zwane eufemistycznie „nadinterpretacją” oraz radosną twórczość w produkcji prognoz zachorowalności i umieralności na choroby zakaźne. Wystarczy wspomnieć akcję straszenia tzw. „świńską grypą”, a wcześniej katastroficzne wizje świata z AIDS. Jeśli rząd Włoch ucieka się do zatrudniania komisarza z zewnątrz, stojącego w jawnym konflikcie interesów, oznacza to, że oddał swój kraj na pastwę dyktatury obcych wpływów oraz skorumpowanej nauki, pozbawionej kontroli społecznej.

Spróbujmy wyjaśnić obecną sytuację we Włoszech. Zewsząd słyszymy, że oddziały szpitalne OIOM w tym kraju są przepełnione. – „To przez wirusa”.

A jak jest w rzeczywistości? Przed ogłoszeniem epidemii koronawirusa osoby, które pojawiły się w szpitalach i przychodniach z grypą, objawami grypopodobnymi, infekcjami oskrzeli, zapaleniem płuc, były umieszczane na oddziałach ogólnych i leczone, ale najczęściej wysyłane do domu z przepisanymi medykamentami.

Lecz teraz wielu z tych pacjentów zostanie nazwanych „domniemanymi przypadkami koronawirusa”. Czekając na wyniki testów, które nie działają, etykietując tych pacjentów „zakaźnym koronawirusem”, lekarze szpitalni są zmuszeni wysłać ich na OIOM, aby „chronić innych przed infekcją”. Tak więc oddziały te są zatłoczone.

Jeśli chodzi o doniesienia dotyczące zgonów, podobnie jak w innych krajach, ludzie we Włoszech umierają. Zwłaszcza starzy ludzie, którzy mają różnego rodzaju długotrwałe problemy zdrowotne. Oznaczenie ich „koronawirusem” tuż przed śmiercią nie wyjaśnia przyczyny śmierci. Przypadki te są z resztą niejednoznaczne, ponieważ nie mamy dostępu do publikacji na temat zachorowań i zgonów we Włoszech. Od polskich pielęgniarek pracujących w tym kraju dowiadujemy się, że nie wykonuje się już nawet testów na koronawirusa. Przypuszczalnie osoby z symptomami grypy czy dusznościami, bądź oznaczone jako „zarażone”, które miały pecha i wpadły w sidła tropiących nowego wirusa, mogły zejść w wyniku ogromnych dawek toksycznych leków przeciwwirusowych. Odizolowani pacjenci, otoczeni przez szaleńców w maskach i fartuchach, umierają w panicznym strachu w wyniku zapaści funkcji wielu organów.

Według badań przeprowadzonych przez włoski Wyższy Instytut Zdrowia ponad 99% śmiertelnych przypadków koronawirusa w tym kraju to osoby, które cierpiały na wcześniejsze schorzenia. Średni wiek osób, które zmarły „na wirusa” we Włoszech, wynosi 78,5 lat. Według stanu na połowę marca jedynie 17 osób poniżej 50. roku życia zmarło z powodu tej choroby. Wszystkie włoskie ofiary poniżej 40 roku życia to mężczyźni z współistniejącymi poważnymi schorzeniami, więc wliczanie ich do statystyk ofiar wirusa jest moim zdaniem ogromnym nadużyciem.

https://www.bloomberg.com/news/articles/2020-03-18/99-of-those-who-died-from-virus-had-other-illness-italy-says

za Istituto Superiore di Sanità

A tutaj dostępne aktualne raporty służb włoskich na dzień 19 marca:

Report per COVID_20_3_2019

Bollettino sorveglianza integrata COVID-19_19 marzo 2020

Zakładam, że starsi, schorowani mieszkańcy Lombardii znajdowali się dotąd pod stałą opieką. Sytuacja zmieniła się w momencie ogłoszenia epidemii, gdy wszystkie osoby zajmujące się nimi ewakuowały się z zagrożonych obszarów, ratując w ich własnym mniemaniu zdrowie i życie. W tym momencie ci starsi ludzie, pozostawieni z dnia na dzień bez opieki, zdani jedynie na siebie, wpadli w jeszcze większą panikę. Kto miałby się teraz nimi zająć? Czy ten strach potęgowany świadomością domniemanej epidemii może zabić?

Zwróćmy uwagę na jeszcze jeden czynnik, tym razem środowiskowy, który bardzo często umyka łowcom wirusów. Niedawno opublikowane zdjęcia Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) pokazują niewyjaśnione ekstremalne stężenia dwutlenku azotu (NO2) w całej dolinie Padu aż po Adriatyk w styczniu i lutym, znacznie odbiegające od reszty Europy. Poziom NO2 w atmosferze zaczął spadać do średnich wartości dopiero w marcu.

 

ESA Image.jpg

Nawet przy krótkotrwałej ekspozycji na NO2 u osób mieszkających w zanieczyszczonych miastach mogą wystąpić problemy z oddychaniem i choroby płuc. Dwutlenek azotu ma właściwości utleniające, powodując utlenienie Fe2+ zawartego w hemoglobinie do Fe3+, w efekcie czego hemoglobina traci zdolność do przenoszenia tlenu.

Krótkotrwała ekspozycja na wysokie stężenie NO2 może prowadzić do:

  • podrażnienia dróg oddechowych;
  • nasilenia chorób układu oddechowego, zwłaszcza astmy, co prowadzi do objawów oddechowych (takie jak kaszel, świszczący oddech lub trudności w oddychaniu);
  • wzrostu liczby hospitalizacji i wizyt na izbach przyjęć;
  • chemicznego zapalenia i obrzęku płuc w wyniku reakcji NO2 z płynami ustrojowymi i powstawaniu kwasu azotawego i azotowego

„Idealny przepis” na kojarzone z koronawirusem choroby płuc, z przykrymi konsekwencjami. Zwłaszcza, gdy do równania dodamy panikę starszych ludzi, zdiagnozowanych jako „zarażeni” śmiertelną chorobą (oznaczającą dla nich wyrok śmierci), dodatkowe przewlekłe schorzenia, długotrwałe odosobnienie i szaleńców w skafandrach kosmicznych wokół.

Uganiając się za wirusem prawdopodobnie umykają nam z oczu prawdziwe przyczyny „epidemii” w Lombardii.

 

za http://www.abruptearthchanges.com

Wirus celebryta

Jak stwierdził gość Polsat News dr hab. Tomasz Dzieciątkowski, wirusolog z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego – Grypa jest bardziej poważna niż te zakażenia koronawirusem. Ten nowy koronawirus, to według mojego prywatnego określenia „wirus-celebryta” – Jak dodał, „jest znany, bo jest znany”.

Wtórowała mu prof. Lidia Brydak, wirusolog z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego, PZH. – W ubiegłym sezonie w Polsce zmarło 150 osób z powodu powikłań pogrypowych i tego typu powikłania po koronawirusie są identyczne – tłumaczyła.

Jeśli wierzyć oficjalnym statystykom, przeciętnie tzw. grypa sezonowa zabija około 0,1% spośród chorych. Za najbardziej niebezpieczną pandemię grypy, która dotknęła ludzkość uważa się tę z 1918 r. Miała ona niezwykle wysoką śmiertelność, około 2%.

Co do tej pory wiemy na temat statystyki umieralności nowej „wirusowej” plagi? Wczesne szacunki śmiertelności koronawirusa z Wuhan w Chinach, epicentrum epidemii, wynosiły około 2%. Ale nowy raport na temat 1099 przypadków z wielu części Chin, opublikowany na łamach The New England Journal of Medicine, stwierdza niższy odsetek: 1,4%.

Śmiertelność „koronawirusa” może być nawet niższa, jeśli – jak podejrzewa większość ekspertów – istnieje wiele łagodnych lub bezobjawowych przypadków, których nie wykryto.

Rzeczywista śmiertelność może okazać się podobna do ciężkiej grypy sezonowej, poniżej 1%, zgodnie z artykułem wstępnym opublikowanym przez dr Anthony’ego S. Fauciego i dr H. Clifford Lane z National Institute of Allergy and Infectious Diseases oraz dr Robert R. Redfield, dyrektor Centers for Disease Control and Prevention.

New York Times coronavirus and flu

Pomimo zachorowalności i umieralności na grypę, istnieje pewność sezonowej grypy”, powiedział Anthony Fauci podczas konferencji prasowej w Białym Domu 31 stycznia. „Mogę powiedzieć, że wszyscy gwarantujemy, że wraz z upływem marca i kwietnia liczba przypadków grypy spadnie. Można dość dokładnie przewidzieć, jaki jest zakres śmiertelności i ile będzie hospitalizacji”- powiedział Fauci. „Problem z COVID-19 polega na tym, że istnieje wiele niewiadomych.”

Comparing the coronavirus to the flu

Epidemia testów – testomania

Co więcej pojawiły się obawy o skuteczność testów na koronawirusa. W Chinach znane są przypadki osób, u których badania dały sześć razy wynik negatywny, zanim siódmy test potwierdził, że rzeczywiście są pozytywne”. Tak było również w Tajlandii i Singapurze.

Pytanie o skuteczność testów jest o tyle zasadne, że urzędnicy w prowincji Hubei w Chinach zaczęli od liczenia osób z objawami choroby, zamiast używać testów do potwierdzenia, czy ​​pacjenci rzeczywiście są nosicielami koronawirusa, a nie np. zwykłej grypy. Urzędnicy doliczyli się w ten sposób około 15 000 przypadków – co z perspektywy czasu stanowi (w momencie zbierania tych danych) około jednej czwartej wszystkich przypadków od momentu wybuchu domniemanej epidemii.

Raport Fox News stwierdza, że ​​poziom dokładności testów koronawirusa wynosi tylko około 30-40%!

How Accurate Are the Coronavirus COVID-19 Tests?

Tymczasem w USA dr Nancy Messonnier z Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom (CDC) twierdzi, że niektóre testy przynoszą „niejednoznaczne” wyniki.

W przypadku poważnych chorób fałszywie dodatni test może mieć poważne konsekwencje z powodu efektu Nocebo (przeciwieństwo placebo). Ostry strach przed śmiercią po śmiertelnej diagnozie może zabić.

Do dziś ani WHO, ani żaden rząd zachodu nie podaje wskaźnika dokładności dla nowego testu wirusa SarsCoV2.

Relacje medialne z szybko rozwijającej się epidemii Coronavirus 2019 nCov są jednomyślne, że oficjalne organy robią wszystko, co możliwe, aby ją powstrzymać, korzystając ze wszystkich narzędzi współczesnej medycyny i zasobów zdrowia publicznego.

Rząd Wielkiej Brytanii przeznaczył 40 milionów funtów na badania. Powiedziano nam, że nowy wirus został szybko zidentyfikowany, opracowano test, a osoby z wynikiem pozytywnym są szybko poddawane kwarantannie i leczone najnowszymi lekami.

Ale jest głos odrębny. Niezależny kanadyjski badacz epidemii David Crowe, korzystając z bazy danych zawierającej 10 000 artykułów naukowych, raportów rządowych, korporacyjnych i mediów głównego nurtu, zadawał podstawowe pytania dotyczące sposobu, w jaki epidemie wirusowe są identyfikowane i leczone.

Crowe opisuje obecną reakcję jako „pośpiech do osądu, oparty na szybkim zastosowaniu niesprawdzonego testu, pogarszany przez stosowanie silnych niesprawdzonych leków o toksycznych skutkach ubocznych u tych, którzy wykazują pozytywny wynik testu”. Chińczycy wydają się milcząco przyznawać, że problem występuję, zaczynając zmieniać sposoby rejestrowania diagnozowanych przypadków koronawirusa.

Niektóre dowody na jego twierdzenia pojawiły się po ostatniej globalnej epidemii spowodowanej przez koronawirusa znanego jako SARS (zespół ciężkiej ostrej niewydolności oddechowej). Pierwszy przypadek został zgłoszony w Azji w lutym 2003 r.. Następnie rozprzestrzenił się na ponad dwadzieścia krajów na całym świecie, ale został powstrzymany w ciągu roku. Według oficjalnych statystyk, spośród 8 098 osób, które go złapały, 774 zmarło.

Po epidemii, która wywołała niemal taką samą reakcję, jak obecna sytuacja kryzysowa, lekarze i naukowcy zaczęli publikować poufne relacje z tego, co się wydarzyło w czasopismach rzadko czytanych przez ogół społeczeństwa. Niektóre dotyczyły bardzo toksycznych leków stosowanych w leczeniu pacjentów z SARS.

Badania te sugerują, że we wczesnych dniach u pacjentów z zapaleniem płuc rozpoznano SARS, ponieważ objawy – gorączka, ból głowy, bolące ciało i suchy kaszel – były podobne do objawów zapalenia płuc i grypy. Ale podawane im leki były znacznie bardziej toksyczne, niż leki stosowane w zapaleniu płuc, i dlatego SARS zyskał reputację tak śmiertelnej choroby. Przynajmniej niektórzy pacjenci zmarli z powodu leczenia, a nie z powodu choroby.
Na przykład w raporcie zleconym przez panel ekspertów Światowej Organizacji Zdrowia stwierdzono, że rybawiryna, lek przeciwwirusowy, szeroko stosowany podczas epidemii, powoduje zniszczenie czerwonych krwinek (niedokrwistość hemolityczna) u jednej trzeciej do dwóch trzecich pacjentów, a 75 % z nich miało problemy z wątrobą. Wiadomo również, że lek wywołuje objawy grypopodobne, takie jak gorączka, trudności w oddychaniu, bóle, a także zdolność wywoływania stanów psychicznych, takich jak depresja, psychoza i zachowania agresywne.

Inne raporty wykazały, że kortykosteroidy w dużych dawkach, również szeroko stosowane, powodowały trwałe działania niepożądane, w szczególności poważne problemy neurologiczne i kostne.

Istnieją również dowody na to, że te leki, z ich wyjątkowo nieprzyjemnymi skutkami ubocznymi, przyczyniły się do śmierci pacjentów. Badania Crowe pokazały, że wśród krajów najbardziej dotkniętych SARS, bogate kraje – Singapur, Hongkong i Kanada – miały wyższą śmiertelność niż kraje biedniejsze – Chiny i Wietnam. Mogło to wynikać z wysokich dawek droższej rybawiryny stosowanej w zastrzykach wobec pacjentów w bogatych krajach, podczas gdy tańsza rybawiryna doustna w niskich dawkach była często stosowana w biedniejszych krajach.

SARS był przerażający, nie tylko dlatego, że uważano go za bardziej zabójczy, niż inne choroby układu oddechowego, ale także dlatego, że uważano go za wysoce zakaźny. Ale Crowe ma dowody, że to również było błędne przekonanie. Z pewnością nie pasuje to do przypadkowego eksperymentu przeprowadzonego w chińskim szpitalu, który omyłkowo umieścił pacjentów z SARS i AIDS na tym samym piętrze szpitala. Chorzy na AIDS cierpieli z powodu znacznej immunosupresji i przez kilka tygodni mieszali się z rzekomo wysoce zakaźnymi pacjentami z SARS. Ani jeden pacjent z AIDS, nawet ten, który został umieszczony w pokoju razem z pacjentami z SARS, nie miał objawów SARS.

Wydaje się raczej prawdopodobne, że idea wysoce zaraźliwego SARS wynikała z oficjalnej definicji choroby. Aby zdiagnozować SARS, musiałeś mieć kontakt z inną ofiarą. Tak więc pacjenci z SARS zawsze wykazywali kontakt z innym pacjentem z SARS, ponieważ wymagała tego definicja.

Chociaż media i wiele prac naukowych brzmią tak, jakby używany test mógł wykrywać najnowszego wirusa, tak jednak nie jest. Tym, czego faktycznie szuka test, jest konkretna nić RNA, która, jak się zakłada, pochodzi od nowego wirusa. Następnie test zakłada, że ​​kombinacja RNA / wirus jest zawsze przyczyną choroby, gdy zostanie znaleziona u chorego.
Żadnych objawów? Nadal możesz sprawdzić wynik testu na obecność wirusa.

Podstawowe zasady dowodzenia przyczynowości choroby znane są jako postulaty Kocha (po wielkim XIX-wiecznym bakteriologu Robercie Kochu) i wymagają, aby jednostka wywołująca chorobę, taka jak wirus, została oczyszczona jako pierwszy krok. Nie zostało to jednak zrobione, jak przyznali autorzy ostatniego artykułu: „ … nie przeprowadziliśmy testów w celu wykrycia zakaźnego wirusa we krwi”.

Jeśli wirus jest przyczyną infekcji, powinien być w stanie sam wywołać chorobę. Ale istnieje wiele raportów, w których tak się nie dzieje. Na przykład w jednej rodzinie chłopiec, który nie miał żadnych objawów, uzyskał wynik dodatni, podczas gdy jego matka, która była dość chora, została przebadana 18 razy, ale za każdym razem była negatywna.

W innym badaniu stwierdzono, że czterech Niemców uzyskało wynik pozytywny po spotkaniu kobiety pochodzącej z Szanghaju, która zachorowała w drodze do domu; nie wykazali jednak żadnych późniejszych oznak „ciężkiej choroby klinicznej”.

Fałszywe trafienia są niebezpiecznie wprowadzające w błąd. Na przykład, nawet gdyby epidemia zaczęła wymierać, urzędnicy zdrowia publicznego nadal będą uzyskiwali pozytywne wyniki z niewiarygodnego testu i twierdzili, że epidemia nadal stanowi zagrożenie.

Jednym prostym sposobem na ustalenie wskaźnika fałszywie dodatnich byłoby przetestowanie co najmniej tysiąca zdrowych osób bez objawów poza strefą epidemii, aby dowiedzieć się, ile z nich było pozytywnych. Nie opublikowano jednak poważnych prób ustalenia prawdziwych lub fałszywie pozytywnych wskaźników.

Ale rząd chiński właśnie zmienił sposób rejestrowania nowych przypadków, zgodnie z tweetem dziennikarza z Hongkongu. Oryginalne wytyczne WHO dotyczące diagnozowania koronawirusa 2019 mówiły, że wystarczyłby pozytywny test. Osoba ta nie musiała mieć objawów ani mieć niedawnego kontaktu z osobą zarażoną.

Teraz przypadki, które zostały zdiagnozowane bez objawów, jeśli ich nie rozwiną, są usuwane z rejestru nowych przypadków. Rozpoznanie wad testu powinno uczynić liczby osób chorych bardziej realistycznymi.

Dr Wolfgang Wodarg z Niemiec jest pierwszym specjalistą, który pomaga nam zrozumieć obecny kryzys związany z koronawirusem.
Dr Wolfgang Wodarg jest internistą, pneumologiem, ekspertem medycyny społecznej, doktorem higieny, klinikiem ochrony środowiska i byłym szefem niemieckiej administracji ds. Zdrowia. Wolfgang Wodarg mówi:
Szum medialny związany z koronawirusem nie jest oparty na żadnym nadzwyczajnym zagrożeniu dla zdrowia publicznego. Powoduje on jednak znaczną szkodę dla naszej wolności i dóbr osobistych poprzez niepoważne i nieuzasadnione środki i ograniczenia związane z kwarantanną. Obrazy w mediach są przerażające, a ruch w chińskich miastach wydaje się być regulowany przez termometr kliniczny. Oparta na dowodach ocena epidemiologiczna tonie w głównym nurcie siejących strach pracowników laboratoriów, mediów i rządzących.

https://drive.google.com/file/d/1MC-bLRTrDSxAvUBmdfKIgHVpk438MbUm/view?usp=sharing

 

Leki gorsze od choroby

„Lecz gorzej, kiedy chorych tym wywarem leczył,
boć, rzecz jasna — nikogo tym nie zabezpieczył
przed śmiercią, wprost przeciwnie, dużo zdziałał złego,
umierali — nie wiedząc przez kogo i z czego”.

Goethe, Faust

Lekarze, którzy uważają, że mają do czynienia z nową śmiertelną epidemią wirusową, prawie zawsze sięgają po najsilniejsze leki dostępne na oddziale. Leki te były wcześniej rzadko używane lub stosowano je w przypadku zupełnie innych chorób i nie można uzyskać dobrych danych naukowych w sytuacji, w której odmawianie pacjentom leków „ratujących życie”, zamiast tego podając im placebo byłoby uważane za nieetyczne.

Ale skąd ktokolwiek może wiedzieć, że leki nigdy wcześniej nie stosowane w przypadku danej choroby „ratują życie” i nie są szokująco niebezpieczne?

Epidemia przebiega według tego schematu. W pierwszym dużym badaniu 41 pacjentów z koronawirusem wszyscy otrzymali antybiotyki (nieskuteczne wobec wirusów), a 93% lek przeciwwirusowy oseltamiwir (Tamiflu). Kortykosteroidy podano 22%, a niektórym zapewniono inwazyjne wspomaganie oddychania, co wiązało się również z trwałymi problemami podczas SARS.

Drugie badanie opublikowane 6 dni później polegało na tym, że mniej pacjentów otrzymywało leki przeciwwirusowe, ale stosowano więcej ich rodzajów. Oprócz oseltamiwiru użyto trzy, o których wiadomo, że mają szeroki zakres działań toksycznych – Gancyklowir, Lopinawir i Rytonawir.

Istnieje obszerna literatura na temat działań ubocznych oseltamiwiru, tj. Tamiflu, Ebilfumin, Tamivil. Pamiętając, że objawy choroby, która ma być wywołana koronawirusem są podobne do symptomów innych znanych chorób układu oddechowego, w tym sezonowej grypy, warto zaznaczyć, że wymienione w ulotkach preparatów skutki uboczne są niemal identyczne jak symptomy ciężkiej grypy. Jeżeli oseltamiwir zostanie podany osobom chorym, należy liczyć się z dużo cięższymi objawami, niż te, które występują przy normalnej grypie. W chwili obecnej, gdy została ogłoszona pandemia, wiele osób przyjmie ten medykament. Wówczas będziemy mieli rzeczywiście jednoznaczne symptomy epidemii oseltamiwiru. Należy się więc spodziewać ofiar toksycznej terapii i zostanie to uznane jako dowód zagrożenia koronawirusem oraz największej troski państwa o zdrowie obywateli.

W momencie, gdy piszę ten artykuł, okazało się, że pacjenci hospitalizowani w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym im. J. Gromkowskiego we Wrocławiu i oznaczeni jako zarażeni koronawirusem, są leczeni m.in. lekami na HIV i malarię – przekazał ordynator oddziału zakaźnego, prof. Krzysztof Simon.

Do takich należy m.in. Gancyklowir, który zakłóca syntezę DNA, będąc jednym ze sposobów działania wielu leków przeciw AIDS. Powoduje poważną niedokrwistość i wykazano, że wywołuje mutacje u zwierząt.

Leki przeciw AIDS, Lopinawir i Ritonawir, od dawna są pakowane w jedną tabletkę razem jako Kaletra: jego główne działania niepożądane, to niewydolność trzustki, toksyczność wątroby, cukrzyca i utrata tkanki tłuszczowej.

13 marca br. Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych wydał pozytywną decyzję w sprawie zmiany do pozwolenia na dopuszczenie do obrotu dla produktu zawierającego chlorochinę – leku pierwotniakobójczego. Stosowany był dotychczas w leczeniu malarii, ale czemu nie użyć jej w nowej epidemii, wszak wielkiego zbytu na chlorochinę w Polsce nie było (malaria występuje w krajach tropikalnych) i trafiła się idealna sytuacja, żeby wejść z „cudownym lekarstwem” masowo na nasz rynek. Biorąc pod uwagę toksyczne działanie tego leku wobec chorych na malarię, nie sposób stwierdzić, czy chory ma objawy malarii czy są to skutki uboczne przyjmowania specyfiku. Innymi słowy – malaria na receptę. Teraz chlorochina z pewnością wyleczy nas z „koronawirusa”!

A oto niektóre działania niepożądane leku Arechin (fosforan chlorochiny) wymienione w ulotce dla pacjenta, opublikowanej przez Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych:

– niedokrwistość, zmiany w obrazie krwi (agranulocytoza, zmniejszenie liczby krwinek białych we krwi, małopłytkowość, zmniejszenie liczby granulocytów obojętnochłonnych), hamowanie czynności szpiku kostnego

– drgawki, napady padaczkowe, zmiany nastroju i zmiany zachowania (psychozy, pobudzenie psychoruchowe, przypadki manii, lęk), bóle głowy, myśli samobójcze

– nieostre widzenie, częściowa lub całkowita utrata wzroku, zaburzenia akomodacji, podwójne widzenie, zmiany w siatkówce oka (retinopatia) lub w rogówce, zaburzenia pola widzenia

– głuchota (typu nerwowego), szumy uszne.
– zaburzenia żołądka i jelit, jadłowstręt, nudności, wymioty, biegunka, kolki.
– siwienie, łysienie, świąd, pokrzywka, wysypka, przebarwienia skóry, błon śluzowych, paznokci,
– skórne reakcje alergiczne, zmiany typu liszaja płaskiego, rzut łuszczycy, rumień
wielopostaciowy, ciężkie reakcje skórne (zespół Stevensa-Johnsona), martwica toksycznorozpływna naskórka.
– neuromiopatia i miopatia (choroby mięśni, osłabienie mięśni)
– nadwrażliwość na światło, reakcje alergiczne i anafilaktyczne, w tym pokrzywka, obrzęk naczynioruchowy

Arechin Ulotka dla Pacjenta

Pacjenci, którzy są już starsi i osłabieni przewlekłymi schorzeniami, jak choroby serca, cukrzyca, choroby układu oddechowego, nowotwory lub choroby układu nerwowego, mogą nie wytrzymać leków przeciwwirusowych, przeciwmalarycznych i kortykosteroidów. Ale ci, którzy umarli i umrą w wyniku zażywania toksycznych dawek, są i będą sklasyfikowani jako „zmarli z powodu koronawirusa.”

Oprócz zachęcania do stosowania leków o działaniu toksycznym, panika pandemiczna prawie na pewno wygeneruje pozwolenie na testowanie i zatwierdzanie szczepionek na wirusa, zwłaszcza jeśli nadal będą przeprowadzane błędne testy i zdiagnozuje się coraz więcej przypadków. Biorąc pod uwagę stosunkowo niewielką liczbę pacjentów, nawet w tej pandemii, stosowanie leków nie jest dużym źródłem pieniędzy, ale z pewnością jest dobrą reklamą; duże pieniądze zostaną przeznaczone na szczepionkę, którą można podać milionom, a nawet miliardom ludzi.

W panice wywołanej epidemią coraz więcej osób udaje się na pogotowie ratunkowe z objawami grypopodobnymi, gdzie lekki kaszel lub gorączka mogą być postrzegane jako przewidywanie nieuchronnego zgonu. Ale dzięki skutecznemu testowi można powiedzieć, że osoby niezainfekowane nie martwią się. Ci, którzy mieli objawy i będą uznani za zainfekowanych, mogą zostać poddani kwarantannie i leczeniu, zakładając, że opracowano bezpieczne, specyficzne i skuteczne leki.

Jednak przy niewiarygodnym teście zdrowi ludzie niezakażeni mogą być leczeni toksycznymi lekami, a chorzy z innych przyczyn mogą być również leczeni nieodpowiednimi preparatami. Izolacja i inne procedury medyczne, takie jak wentylacja inwazyjna, mają również swoje skutki uboczne. Oznacza to, że nie możemy odróżnić niebezpieczeństw związanych z pozytywnym testowaniem od niebezpieczeństw związanych z wirusem.

Reliable test badly needed

Czy złapano wirusa?

Tak jak w przypadku poprzedniej „epidemii” z 2003 r., establishment medyczny jest przekonany, że ​​SARS jest chorobą zakaźną wywoływaną przez koronawirusa. 15 maja 2003 w magazynie Nature, a miesiąc później w Lancet, badacze z Rotterdamu ogłosili, że dostarczyli rozstrzygający dowód na obecność chorobotwórczego wirusa SARS.

Mianowicie, 436 pacjentów, którzy spełnili definicję przypadku SARS, zbadano na obecność koronawirusa. Następnie próbkę z domniemanym wirusem wstrzyknięto niektórym makakom, które nie zareagowały poważną chorobą, ale wykazywały jedynie lekkie objawy (źródło: Kuiken, Thijs, Newly discovered coronavirus as the primary cause of severe acute respiratory syndrome, Lancet, 26 July 2003, pp. 263 – 70). Ale wystarczyło to niemieckiemu Tagesspiegelowi do napisania, iż „testy na małpach w krajowym ośrodku ds. grypy na uniwersytecie Erasmus w Rotterdamie wykazały, że nowy koronawirus wywołuje SARS”. Przydatność testów wirusowych jest w rzeczywistości wysoce wątpliwa. Jak powiedziała Światowa Organizacja Zdrowia w komunikacie prasowym z 22 października 2003 r. (miesiące później), wciąż nie było „złotego standardu” w wykrywaniu wirusa SARS. Innymi słowy, testów nie można skalibrować dla konkretnego wirusa. Co więcej, stwierdzono, że obecność koronawirusa została potwierdzona tylko w 329 z 436 pacjentów, którzy spełniali definicję przypadku SARS.

Jakie są społeczne konsekwencje wojny z wirusem-fantomem?

Bez względu na to, czy istnienie koronawirusa zostało udowodnione czy nie, bardzo realnym i niezaprzeczalnym jest fakt, iż wdrażane są przez rządy, ONZ / WHO, globalistyczne grupy interesu oraz media następujące rozwiązania:

– Prawa człowieka i prawa konstytucyjne w obrębie narodów zawieszane są na całym świecie:

– Swoboda przemieszczania się jest arbitralnie ograniczana. Wymuszone kwarantanny i ograniczenia podróży są czasami wdrażane, a czasem nie, wszystko zależy od niekompetentnych rządów. Początkowo nie było żadnych ograniczeń w podróżowaniu, a następnie wraz z ogółem pasażerów zawracano ofiary koronawirusa znajdujące się w samolotach. Następnie zamykano całe miasta, jednocześnie importując miliony nielegalnych migrantów z innych kontynentów bez sprawdzania ich. Obecnie w Niemczech osoby z podejrzeniem wirusa wyciągane są siłą z pociągów.

– Wolność zgromadzeń, masowe wydarzenia publiczne (lub dowolne wydarzenia) są anulowane.

– Wolność handlu jest ograniczona. Gotówka jest niszczona.

Zalecane środki obejmują:

– Szczepienia na choroby płuc, itp. „Chociaż te szczepionki nie są skuteczne przeciwko 2019-nCoV, zaleca się szczepienie przeciwko chorobom układu oddechowego, aby chronić swoje zdrowie.”

– Ograniczana jest wolność słowa / prasy; monopol informacyjny pod pozorem „walki z dezinformacją”.

Event 201 – czyli kto nas rozgrywa?

Tymczasem Centrum Bezpieczeństwa Zdrowia Johns Hopkins, Światowe Forum Ekonomiczne oraz Fundacja Billa i Melindy Gatesów zupełnie przypadkowo (!!) przeprowadziły symulację tej samej pandemii z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Otóż dnia 18 października 2019 roku w Nowym Jorku zorganizowali spotkanie o nazwie „Event 201 [Wydarzenie 201]”. Event 201 to ćwiczenia pandemiczne na wysokim szczeblu. Podczas ćwiczeń zilustrowano obszary, w których partnerstwo publiczno-prywatne będzie konieczne w odpowiedzi na poważną pandemię w celu zmniejszenia negatywnych skutków gospodarczych i społecznych na dużą skalę.

W ostatnich latach na świecie obserwuje się rosnącą liczbę epidemii, których liczba wynosi około 200 rocznie. Liczba pojawiających się epidemii rośnie, co jest szkodliwe dla zdrowia, gospodarki i społeczeństwa. Zarządzanie tymi wydarzeniami już obciąża globalne moce przerobowe, nawet przy braku zagrożenia pandemią. Eksperci zgadzają się, że to tylko kwestia czasu, zanim jedna z tych epidemii stanie się globalna – pandemia z potencjalnie katastrofalnymi konsekwencjami. Poważna pandemia, która staje się „Wydarzeniem 201”, wymagałaby niezawodnej współpracy między kilkoma branżami, rządami krajowymi i kluczowymi instytucjami międzynarodowymi.”

Pubmedinfo.org – Event 201

Wspólnie proponują:

„Rządy i sektor prywatny powinny nadać większy priorytet opracowaniu metod zwalczania dezinformacji przed kolejną reakcją na pandemię.” (co oznacza więcej cenzury).

Dalej proponuje się:

– leki przymusowe, a gdy będą dostępne, wymuszone szczepienia na koronawirusa.

–Racjonowanie żywności wydane przez rząd

Ponieważ pojawiły się ostatnio zarzuty, że ćwiczenia były tak naprawdę wstępem do kampanii pandemicznej promowanej przez WHO na całym świecie, Centrum Bezpieczeństwa Zdrowia Johns Hopkins musiało opublikować następujące oświadczenie:

W październiku 2019 roku Centrum Bezpieczeństwa Zdrowia Johns Hopkins zorganizowało pandemiczne ćwiczenie symulacyjne o nazwie Event 201 [wydarzenie 201] z partnerami, Światowym Forum Ekonomicznym i Fundacją Billa i Melindy Gatesów. Niedawno Centrum Bezpieczeństwa Zdrowia otrzymało pytania dotyczące tego, czy to ćwiczenie pandemiczne pozwoliło przewidzieć obecny wybuch epidemii koronawirusa w Chinach. Żeby było jasne, odnośnie tego co wydarzyło się w Chinach, Centrum Bezpieczeństwa Zdrowia i partnerzy nie przewidzieli podczas naszych ćwiczeń symulacyjnych. W scenariuszu modelowaliśmy fikcyjną pandemię koronawirusa, ale wyraźnie stwierdziliśmy, że nie była to prognoza. Zamiast tego ćwiczenie to zwróciło uwagę na wyzwania związane z gotowością i reagowaniem, które najprawdopodobniej pojawią się w przypadku bardzo poważnej pandemii. Nie przewidujemy teraz, że wybuch nCoV-2019 zabije 65 milionów ludzi. Chociaż nasze ćwiczenie symulacyjne zawierało pozorny nowatorski koronawirus, dane wejściowe, których użyliśmy do modelowania potencjalnego wpływu tego fikcyjnego wirusa, nie są podobne do nCoV-2019.”

Statement of clarification Event 201

 

Dlaczego zaufaliśmy szczepieniom?

Injection-of-a-vaccine.jpg

Szczepienia są skuteczne i bezpieczne” – powiedziała miła pani w telewizji

Zwracając uwagę na niebezpieczeństwa związane z masową immunizacją, zdaję sobie sprawę, iż jest to temat niewygodny, a do tego niemal całkowicie pomijany w przestrzeni informacyjnej. Szczepienia zostały nam tak zręcznie i agresywnie sprzedane, że większość rodziców uważa je za cud nauki, który wyeliminował wiele niegdyś budzących lęk chorób. Tak przynajmniej powtarza nam miła spikerka w popołudniowych wiadomościach, powołując się na opinię utytułowanych immunologów. W konsekwencji każdy, kto sprzeciwia się szczepieniom swoich dzieci, może zostać uznany za szalonego. Analogicznie, kwestionowanie przez lekarza pediatrę szczepień, które stały się chlebem powszednim praktyki pediatrycznej, jest równoznaczne z sytuacją, w której kapłan podważa dogmat o nieomylności papieża.

Czy w takim razie szczepienia są skuteczne i bezpieczne?

Jeśli chodzi o skuteczność, nie ma przekonujących naukowych dowodów na to, że masowym szczepieniom można zawdzięczać eliminację jakiejkolwiek tzw. choroby zakaźnej. Chociaż prawdą jest, że niektóre niegdyś powszechne choroby zniknęły dziś niemal całkowicie, to nikt tak naprawdę nie wie dlaczego. Przyczyna leży najprawdopodobniej w poprawie jakości życia (brak wojen, higiena, jakość pożywienia, dostęp do czystej wody, kanalizacja, warunki pracy), ponieważ zachorowalność zmniejszała się i zanikała wraz z postępującym rozwojem cywilizacyjnym, do tego symultanicznie w krajach z wysoką wyszczepialnością wśród dzieci, jak i w tych, w których szczepień nie stosowano.

A oto przykład z rodzimego podwórka. Zacytuję wypowiedź dyrektora Instytutu Gruźlicy i Chorób Płuc w Warszawie w trakcie posiedzenia Komisji Zdrowia Sejmu RP z dnia 15-01-2015:

prof. Kazimierz Roszkowski-Śliż – „I jeszcze kwestia szczepień, które oczywiście nie mają żadnego znaczenia ochronnego dla zapadalności () Dlatego że średni spadek zapadalności na gruźlicę w Polsce jest dokładnie taki sam jak we Francji, chociaż we Francji nie szczepi się w ogóle ()

Poseł Krystyna Kłosin (PO) – „Pan profesor był uprzejmy powiedzieć, że szczepienia nie mają żadnego wpływu na zapadalność. Czy pan profesor byłby uprzejmy rozwinąć tę myśl, bo ja cały czas żyłam w przekonaniu, że szczepienia są głównym czynnikiem ograniczającym zapadalność na chorobę, przeciwko której się szczepimy, a tu okazuje się, że tak nie jest (…)”

prof. Kazimierz Roszkowski-Śliż – „Przez długi okres były prowadzone badania nad skutecznością szczepionki, ale wątpliwości odnośnie do skuteczności szczepień przeciwprątkowych były od bardzo dawna. Są kraje w Europie Zachodniej, w których nigdy nie zostały wprowadzone szczepionki, dlatego że nigdy nie było dowodu na to, że szczepionki ochronne gruźlicy mają wpływ na zapadalność.

Polska w minionej epoce, w poprzednim systemie, należała do takich krajów jak Kazachstan, w którym były szczepienia u noworodków, potem były rewakcynacje w piątym roku, w siódmym roku, w dwunastym – do osiemnastego roku życia. Ten archaiczny system był utrzymywany do czasu, kiedy to zmodyfikowaliśmy na podstawie medycyny faktów, zgodnie z którą wiemy, że szczepionki nie mają żadnego wpływu na zapadalność i to również na zapadalność u dzieci. Dowód jest prosty. Mianowicie, jeżeli zbadamy tempo spadku zapadalności w krajach o najlepszych wskaźnikach epidemiologicznych i w Polsce, to tempo spadku jest dokładnie takie samo. Niezależnie od tego, że w tamtych krajach się nie szczepi, a w Polsce się szczepi, tempo spadku wynosi około 2,5% rocznie…”

Źródło: http://www.sejm.gov.pl/Sejm7.nsf/biuletyn.xsp?skrnr=ZDR-172

 

Mit skuteczności szczepień nie jest wspierany nawet przez najzagorzalsze badania proszczepienne. Natomiast dane statystyczne jasno wskazują, że zapadalność, a przy tym śmiertelność dotycząca tzw. chorób zakaźnych zaczęła się obniżać na długo przed wprowadzeniem szczepień. Ospa była już rzadko spotykana, a epidemie zniknęły dziesiątki lat wcześniej, zanim WHO zdecydowała się przeprowadzić ostateczną kampanię „eradykacyjną”.

G11.2-UK-Deaths-1838-1978.png

 

G17.10-Leicester-Age-1838-1888.png

http://www.dissolvingillusions.com/graphs/

Należy przy tym dodać, że równocześnie obniżała się też zapadalność na choroby, na które nie wprowadzono szczepień, bądź nie były one rozpowszechnione.

Dobrze udokumentowany jest też fakt, iż największe epidemie występowały zawsze w najbardziej zaszczepionych populacjach, podczas gdy inne nieszczepione nie miały takich epidemii.

measles.gif

typhoidfever.gif

scarletfever.gif

Źródło: Informacje zebrane przez autora na podstawie danych z roczników statystycznych Związku Australijskiego, Greg Beattie, Vaccination: A Parent’s Dilemma, Oracle Press, 1997

Innym problemem jest proceder redefiniowania chorób równolegle z wprowadzeniem powszechnych szczepień przeciw danemu „zarazkowi”. Na ten przykład polio (choroba Heinego-Medina) nie zostało wykorzenione przez szczepienia.

Kryje się zwyczajnie za redefinicją i nowymi nazwami, takimi jak wirusowe lub aseptyczne zapalenie opon mózgowych. Zgodnie z jednym z wydań MMWR (Morbidity and Mortality Weekly Report) z 1997 r. w samych Stanach Zjednoczonych rejestruje się rocznie około 30.000 do 50.000 przypadków wirusowego zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych. To tam właśnie zniknęły wszystkie te 30.000 – 50.000 przypadków polio po wprowadzeniu masowych szczepień.

Trzeba też zdawać sobie sprawę, że polio jest chorobą wywoływaną przez człowieka, a te mocno nagłaśniane wybuchy epidemii w połowie XX w. są dziś fałszywie przedstawiane. Ich prawdziwą przyczyną były wzmożone szczepienia przeciw błonicy oraz inne szczepienia poprzedzające daną epidemię polio. Schorzenie takie ma nawet odpowiednią nazwę: polio sprowokowane.

Źródło: „Hepatitis B Vaccine: Helping or Hurting Public Health”, The Subcommittee on Criminal Justice, Drug Policy and Human Resources, 16.06.1999

http://www.thinktwice.com/Hep_Hear.pdf

Jak wspominał George Bernard Shaw: Podczas ostatniej znacznej epidemii na przełomie wieków byłem członkiem Komisji Zdrowia w London Borough Council i dowiedziałem się, jak wiarę w skuteczność szczepień podtrzymuje się za pomocą statystyk, poprzez diagnozowanie wszystkich uprzednio zaszczepionych przypadków (ospy) jako egzemę krostkową, ospę varioloid lub cokolwiek – z wyjątkiem ospy prawdziwej.

W kwestii bezpieczeństwa szczepień należy zaznaczyć, że każde ukłucie wiąże się ze znacznym ryzykiem niepożądanych odczynów poszczepiennych (NOP), a także z wieloma przeciwwskazaniami, które mogą sprawiać, że dziecko będzie narażone na niebezpieczne powikłania. Jednak lekarze szczepią rutynowo, zazwyczaj bez ostrzeżenia rodziców o zagrożeniach i bez sprawdzenia, czy istnieje przeciwwskazanie do szczepienia dziecka. Mimo, że nie powinno się stosować szczepień bez ustalenia przeciwwskazań, to całe rzesze dzieci są rutynowo ustawiane w kolejce na zastrzyk w ramię bez przeprowadzenia wywiadu z rodzicami.

Pomimo, że znane są nam tysiące przypadków powikłań poszczepiennych (rzadko zgłaszanych przez lekarzy i wyjaśnianych), nikt nie zna długoterminowych konsekwencji wstrzykiwania obcych białek do organizmu dziecka. Jeszcze bardziej szokujące jest to, że nikt nie podejmuje żadnych usystematyzowanych wysiłków, aby się tego dowiedzieć.

Istnieje również rosnące podejrzenie, że masowe szczepienia przeciwko stosunkowo niegroźnym chorym dziecięcym mogą być odpowiedzialne za dramatyczny wzrost chorób autoimmunologicznych. Podobnie przedstawia się sprawa z popularyzowaną ostatnio tzw. szczepionką antyrakową, tj. przeciw HPV.

Jak czytamy w publikacji prestiżowego Nordic Cochrane Centre: „Możliwe poważne uszkodzenia neurologiczne obserwowane po szczepieniu przeciw HPV mogą być spowodowane reakcją autoimmunologiczną.”

nordic_cochrane_views_on_the_ombudsmans_decision_2_nov_2017

sheep5.jpg

Odporność stadna (ang. herd immunity)

Sformułowanie „odporność stadna„ nieodparcie kojarzy mi się z bezrozumnym stadem owiec. Być może takim właśnie wyobrażeniem kierowali się pomysłodawcy tej koncepcji. Dzięki niej elita (pasterze) jest w stanie manipulować „stadem”.

Teoria „odporności stadnej” zakłada, że przedmiotem etyki nie jest pojedynczy człowiek, ale bliżej niezidentyfikowany organizm zbiorowy, tzw. „ciało ludu” i jego dobro, co wprost wywodzi się z etyki faszystowskich Niemiec.

Źródło: https://szczepienia.wybudzeni.com/odpornosc-stada/

Teoria ta stosowana jest dziś przez propagatorów szczepień jako skuteczne narzędzie promowania wysokiego poziomu wyszczepialności, celem zwiększenia „ochrony” przed „zarazkiem”.

Jednakże prawdziwym powodem używania tej koncepcji jest, po pierwsze, chęć uniknięcia sytuacji, w której będzie można pokazać wiele przykładów zdrowych, nieszczepionych dzieci.

Po drugie, medyczni biurokraci tłumacząc, że szczepienia zadziałają dopiero wtedy, gdy niemal każdy się zaszczepi, w rzeczywistości starają się ukryć fakt, że drogie programy szczepień zawodzą. Przecież choćby ze względu na różne przeciwwskazania nie da się zaszczepić 100% populacji. Z resztą, jak donoszą raporty, które możemy znaleźć m.in. w bibliotece PubMed, lokalne epidemie wybuchały pomimo (a może w wyniku?) pełnej zaszczepialności wśród danej społeczności.

Należy tutaj zaznaczyć, że według oficjalnej doktryny szczepionka działa tak długo, jak długo w naszym organizmie utrzymywać się będzie odpowiedni poziom przeciwciał. Tak więc studząc zapał wakcynofilów, nawet gdybyśmy hipotetycznie założyli, że szczepionki są skuteczne, to i tak nie mogłyby w stanie chronić nas przez całe życie, ponieważ według badań stężenie przeciwciał spada mocno poniżej wymaganego minimum już po kilku latach od ostatniego ukłucia. Zbieżne jest to ze stanowiskiem immunologów, którzy wskazują na konieczność wykonywania tzw. szczepień przypominających przez całe życie aby zapewnić sobie odporność. Czy ktoś z nas dorosłych zgłasza się co kilka lub kilkanaście lat po kolejną dawkę przypominającą? Jak słusznie przytacza Justyna Socha ze stowarzyszenia Stop Nop w uzasadnieniu do projektu ustawy znoszącej obowiązek szczepień: „Dlaczego szczepienia ochronne, z którymi wiąże się możliwość ciężkich powikłań, dotyczą tylko dzieci, czyli 25 procent populacji? Jak można w tej sytuacji mówić o odporności zbiorowej?”

Po trzecie, im więcej zaszczepionych, tym większe zyski dla koncernów farmaceutycznych, żyjących w swoistej symbiozie z medycznym aparatem biurokratycznym, dla którego też coś skapnie przy okazji do kieszeni.

Teoria “odporności stadnej” jest przykładem na to, że dzisiejsze tzw. nauki medyczne, a w szczególności nauka w zakresie immunologii, biologii molekularnej oraz genetyki, stały się nauką bez dowodów. W nauce tej nie ma miejsca na pojedyncze dowody, na weryfikacje pojedynczych hipotez. Brak dowodów na dane twierdzenie jest bez znaczenia. Teorie buduje się wprost poprzez połączenie hipotez na prawach logiki.

W tym miejscu chciałbym zwrócić uwagę czytelnika, jak niebezpieczną w swym założeniu jest koncepcja odporności stadnej. Może stać się ona w każdej chwili, o ile już nie jest, przykrywką dla totalitarnych zapędów władzy. Zmusza bowiem każdego z osobna do podporządkowania się idei wyższości dobra “stada” nad dobrem i wolnością jednostki. Jesteśmy wówczas skazani na dyktaturę biurokratów wspartych autorytetem niekontrolowanej (pseudo? -) nauki, która pozbawiona jest wszelkiej kontroli społecznej. Pisałem o tym w poniższym artykule przy okazji wydarzeń we Wrocławiu w 1963 r.:

https://pubmedinfo.wordpress.com/2016/04/14/akcja-vv-kolejna-zaraza-czy-mistyfikacja-i-prowokacja-wladz-kulisy-epidemii-ospy-prawdziwej-we-wroclawiu-w-1963-r-prawda-mity-niewygodne-fakty/

Ponadto, jeśli tzw. odporność po zaszczepieniu, co udowodniono, nie działa nawet wobec konkretnego immunizowanego osobnika https://pubmedinfo.wordpress.com/2015/12/25/nieskutecznosc-szczepien-i-procedur-przeciwtezcowych/ , to w jaki sposób przyjęcie przez niego szczepionki miałoby chronić całe “stado”?

Niewielu z nas zastanawia się nad faktem, iż uzasadniany teorią o „odporności zbiorowej” przymus szczepień realizowany jest np. w państwach byłego bloku sowieckiego, ale już nie w krajach Europy Zachodniej czy USA. Co ważne, wyszczepialność pozostaje bez żadnego wpływu na zachorowalność, która jest niska zarówno w krajach z obowiązkowymi szczepieniami, jak i tych, w których danych szczepień nie stosuje się wcale, bądź są one jedynie zalecane. Tak więc teoria o „stadzie” zaczyna obowiązywać po przekroczeniu np. granicy niemiecko-polskiej, co jest dość dziwacznym założeniem. Czyżby prawa biologii dotyczyły tylko wybranych krajów? Trudno nie dostrzec niejako przy okazji, że swobody obywatelskie przestrzegane są w zamożnych krajach, natomiast w uznawanych za mniej wartościowe, jak Polska można sobie pozwolić na deptanie podstawowych praw człowieka.

Teorię odporności stadnej należy zatem uznać za paranaukowy bełkot, dzięki któremu władzę nad społeczeństwem sprawują międzynarodowe kartele farmaceutyczne za pomocą totalitarnego aparatu biurokratycznego.

 

2000px-Star_of_life2.svg.png

 

Kult szczepień w świątyni Kościoła Współczesnej Medycyny

Dlaczego pomimo tak oczywistych argumentów przemawiających przeciwko masowym szczepieniom, stały się one powszechną praktyką wspartą autorytetem nauki, a do tego usankcjonowaną przymusem urzędniczym?

Tu pojawia się dodatkowe pytanie: skoro szczepienia są takim skarbem, to dlaczego należy do nich przymuszać?

Odpowiedź jest następująca: szczepienia stały się centralnym dogmatem nowoczesnej medycyny, która nie jest w stanie przetrwać bez naszej wiary, ponieważ przestała być ona sztuką, a jednocześnie nie udało jej się sprostać kryteriom naukowym. Współczesna medycyna stała się mniej lub bardziej zakamuflowaną formą religii, systemem wierzeń, który w kwestiach związanych z immunizacją społeczeństwa wykorzystuje aparat ucisku celem dyscyplinowania wyznawców oraz nawracania niewiernych. Innymi słowy – inkwizytorzy zamienili sutannę na kitel.

Lekarze pełnią rolę kapłanów nowej religii, ucząc się jej katechizmu w Seminariach zwanych Uniwersytetami Medycznymi, gdzie na zajęciach z immunologii wyklada się najważniejsze dogmaty wiary. Kapłani nowej globalnej religii posiadają nad nami szczególną władzę. Któż bowiem inny każe nam się rozebrać, a my natychmiast posłusznie to czynimy?

O czystość kultu dbają arcykapłani (opłacani przez koncerny farmaceutyczne konsultanci medyczni) i uczeni w Piśmie (dyżurni naukowcy). Ponieważ Kościół Nowoczesnej Medycyny ma strukturę hierarchiczną, jakiekolwiek kwestionowanie przez pojedynczych lekarzy dogmatów religijnych, jak ten o skuteczności i bezpieczeństwie szczepień, skutkuje natychmiast oskarżeniem o herezję i stawieniem się przed lekarskim sądem inkwizycyjnym. Tak przynajmniej sytuacja wygląda w Polsce. Płonne więc pozostają nadzieje tych, którzy wierzą, że uczciwi lekarze wyjdą przed szereg i zgodnie z własnym sumieniem oraz doświadczeniem staną na straży zdrowia pacjenta. Osobista kariera każdego lekarza opiera się na ślepym posłuszeństwie oraz wykonywaniem narzuconych z góry procedur.

Szpitale i przychodnie są świątyniami nowoczesnej medycyny.

Kiedy wchodzisz do świątyni każdej innej religii, stajesz przed obliczem bogów tej religii. Żadni bogowie nie pozwolą ci przyprowadzić konkurencyjnych bogów do ich domu, więc zostawiasz swoich starych bogów i wszystko, czego cię nauczyli, zanim przestąpisz próg ich świątyni. Ponieważ Kościół [Nowoczesnej Medycyny] postrzega wszystkie aspekty życia, które przyczyniają się do zdrowia jako konkurencyjnych bogów, musisz pozostawić swoją tożsamość, swoją rodzinę, swoją pewność siebie i swoją godność przed drzwiami tej świątyni. Dopiero po oczyszczeniu się z realnego życia możesz kwalifikować się do przyjęcia złowieszczych sakramentów Kościoła Śmierci.”

Robert S. Mendelsohn, MD – The Temples of Doom, Confessions of a Medical Heretic, 1991.

Jednym z owych sakramentów są właśnie szczepienia, które przyjęły charakter rytualnych obrzędów plemiennych, niczym obrzezanie. Na marginesie warto dodać, że pod wieloma względami obrzędy te mocno nawiązują do żydowskiej cywilizacji sakralnej.

Należy tutaj spojrzeć na ogólny wzorzec, według którego od wieków odnoszą sukces zorganizowane religie – ponieważ szczepienia zajmują tę samą platformę, wdrażając te same podstawowe strategie. Jeśli coś działa w sferze religijnej, może działać na świeckim gruncie, stymulując popędy i lęki zaprogramowanych ludzi.

Po pierwsze, odbywa się ceremonia namaszczenia – szczepienia, które przyznaje odbiorcy uprzywilejowany status i co najważniejsze, ochronę przed złem i niebezpieczeństwem.

Wodą święconą jest szczepionka. Odeprze ona wroga – zarazka, który jest szczególnie promowany w Najświętszym Kościele Medycyny. Całe zło pochodzi od zarazków. Zarazek jest przedstawiany jako diabeł. Jest źródłem lęku, będącego w jurysdykcji kapłana – lekarza, który wykonuje zastrzyk.

Tylko lekarz (i jego przełożeni, badacze) może ocenić efektywność świętej szczepionki. Kapłan (lekarz) jest obdarzony tą szczególną i tajemną wiedzą. Tylko on oferuje osobie przyjmującej sakrament immunitet od zła.

Ci, którzy twierdzą, że nie boją się zarazków, to negacjoniści, zdrajcy. Zaprzeczają istnieniu szatana. W ten sposób stali się agentami i sprzymierzeńcami szatana (zarazka), który stara się zamaskować swoją obecność we współczesnym świecie. Muszą zostać rozpoznani, kim naprawdę są i wyrzuceni z grona wyznawców.

– Tak więc nie zaszczepiłeś swojego małego synka? Cóż za nieodpowiedzialny rodzic! – Nie pozwólmy mu więcej bawić się z naszą błogosławioną i chronioną córką. Nosi znak szatana, który jest niezneutralizowanym zarazkiem. Poinformujemy innych sąsiadów i zgłosimy się do Świętej Inkwizycji (Sanepidu albo opieki społecznej). – Jesteś nieczysty!

Jeśli w publicznym miejscu Wasze niezaszczepione dziecko kichnie, kaszlnie lub wytrze nos, zademonstruje obecność szatana jako zarazka. Jesteście podejrzani o spotykanie się z innymi nieodpowiedzialnymi rodzicami – heretykami, którzy nie są szczepieni i hartują swój sprzeciw wobec Świętego Słowa (kalendarza szczepień). Co gorsza, wciąż kultywują swoje pogańskie rytuały, umawiając swoje dzieci na „ospa party”.

Najbardziej zapalczywi wojownicy Świętego Kościoła Medycyny, to tzw. blogerzy naukowi. Nie mając możliwości wejścia do stanu kapłańskiego (nigdy nie dostali się do uczelni medycznej), rzucają klątwę na nieszczepionych rodziców, aby osiągnąć miarę wartości w oczach swego Kościoła.

Poprzez niestrudzone wysiłki Kościoła oraz jego sojuszników (ustawodawców i urzędników), walka o ustanowienie Świętego Słowa (kalendarza szczepień) jako obowiązkowego prawa zyskuje na popularności.

Ostatnia uwaga ze strony hierarchów Kościoła Medycyny:

Niektórzy z odstępców argumentują, że jeśli chronione (zaszczepione) dziecko rzeczywiście uzyskało odporność, jego kontakt z niezaszczepionym dzieckiem nie powinien stanowić problemu. Kwestionują tym samym katechizm Kościoła oraz jego najświętszy dogmat, o odporności stadnej.

– Nie słuchaj tej logiki Belzebuba. Jest fałszywy, zwodniczy i zaprogramowany na oszukiwanie. To zarazek przemawia! On wplata swoją szatańską polemikę, szepcząc przebiegłe sofizmaty do uszu niewinnych!

goldencalf1.jpg

 

Złoty Cielec

A wziąwszy je z ich rąk nakazał je przetopić i uczynić z tego posąg cielca ulany z metalu. I powiedzieli: «Izraelu, oto bóg twój, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej». (Wj 32,4)

I rzeczywiście naukowcy stworzyli swojego „złotego cielca” – bożka, któremu złożyli ofiarę, a ofiarami stały się całe rzesze okaleczonych i zabitych przez szczepienia. Poniższe fotografie przedstawiają przykłady powikłań po szczepieniach przeciwospowych.

 

 

ryc-1-a-b-ospa-400.jpg

ryc-1-c-d-ospa-300.jpg

Ryc.1. Fotografie dzieci z odczynami poszczepiennymi, zrobione w czasie ogłoszonej epidemii ospy we Wrocławiu w 1963r. (vaccinia inoculata, vaccinia generalisata) – archiwum własne prof. Zbigniewa Rudkowskiego z Kliniki Chorób Zakaźnych Wieku Dziecięcego Akademii Medycznej we Wrocławiu

goldencalf8.jpg

goldencalf7.jpg

Ryc.2. Powikłania po szczepieniach przeciwospowych: The Golden Calf – An Exposure of Vaccine Therapy, Charles W. Forward, London, 1933

I poszedł pierwszy [z siedmiu aniołów],
i wylał swą czaszę na ziemię.
A wrzód złośliwy, bolesny, wystąpił na ludziach,
co mają znamię Bestii,
i na tych, co wielbią jej obraz. (Ap 16,2)

Dla racjonalnego umysłu wydaje się niewyobrażalne, że można pobrać fragment tkanki, pochodzący z owrzodzonych wymion krowy, a następnie kultywować hodowlę (tzw. wirusa ospy krowianki) w strupiejących ropniach na podbrzuszu cielęcia i że zaszczepienie tego materiału w ludzkim ciele nie wywoła katastrofalnych konsekwencji. Dla niezorientowanych, tak właśnie wyglądała produkcja szczepionek przeciw ospie.

Dzisiejszy kult szczepień bierze przecież swój początek w tragicznej w skutkach kampanii przeciwospowej, tj. inokulacją materiałem biologicznym, pochodzącym z krowich wymion.

A tak wyglądały „fabryki” tych szczepionek:

 

6211ggggg3.jpg

05-0277-F1.jpg

 

scientist-scraping-skin-of-a-calf-for-use-in-production-of-smallpox-vaccine.jpg

scientist-scraping-skin-of-calf-for-use-in-production-of-smallpox-vaccine.jpg

scientist-scraping-skin-of-calf-for-use-in-production-of-smallpox-vaccine_i-G-60-6046-MVBD100Z.jpg

C0075004-Cultivating_vaccinia_virus_on_calf-SPL.jpg

12.jpg

SS2492595.jpg

smallpox-vaccine-1883-granger.jpg

smallpox.jpg

Production-of-Vaccine1.jpg

O negatywnych skutkach profilaktyki nowotworowej

shutterstock_291767978.jpg

Media często przypominają nam o potrzebie poddawania się regularnym badaniom profilaktycznym, które umożliwiają wczesne wykrycie zmian nowotworowych, zwiększając tym samym szanse na wyleczenie albo przynajmniej na przedłużenie życia. Współczesna onkologiczna dogmatyka mówi nam, że nowotwory są „niezwykle podstępne” i rozwijają się przez długie lata, często nie dając o sobie znać. Ale nawet wtedy jesteśmy w stanie je „przechytrzyć”, korzystając z nowoczesnych metod diagnostycznych.

Tak więc nie dziwi fakt, że tuż za rogiem ulicy czyhają na nas wszechobecne cytomammobusy, a miła Pani w trakcie rozmowy telefonicznej zaprasza nas na badania przesiewowe. Przy czym regularne poddawanie się takim badaniom ma być dowodem naszej odwagi i odpowiedzialności. Promowane są także badania stężenia antygenu gruczołu krokowego (PSA), testy na nosicielstwo wirusów mających powodować nowotwory (HPV) oraz badania pod kątem obciążeń genetycznych, np. mutacji genu BRCA, związanej ze zwiększonym prawdopodobieństwem zachorowania na raka sutka lub jajnika.

Widząc w reklamach twarze celebrytów propagujących rozmaite akcje antynowotworowe, uznałem, że za tak sprawnie przygotowaną kampanią musi stać machina urzędnicza, sztab ludzi i spory budżet.

Pytanie zasadnicze brzmi: kto stanie się faktycznym beneficjentem tego rodzaju działań i czy efektem takiego zaangażowania środków publicznych będzie poprawa stanu zdrowia polskiego społeczeństwa?  Zajrzałem więc na stronę Ministerstwa Zdrowia, żeby dowiedzieć czegoś o tzw. profilaktyce onkologicznej w naszym kraju. I oto, co znalazłem:

Narodowy Program Zwalczania Chorób Nowotworowych na lata 2016-2024

 

 chorobowość.jpg

Wykres: Chorobowość 5-letnia, źródło: European Cancer Observatory 2012,

Z powyższego wykresu wynika, że zachorowalność na nowotwory w porównaniu do średniej unijnej i ogólnoeuropejskiej była dotąd stosunkowo niska. Jak piszą autorzy tzw. Narodowego Programu Zwalczania Chorób Nowotworowych: „ Wskaźnik ten jest niższy, niż w większości krajów europejskich. (…) Jest pochodną struktury nowotworów złośliwych w danym kraju, częstości zachorowań, wczesnej diagnozy i skuteczności leczenia.”

Do tej pory żyłem w błogiej nieświadomości, że im niższa chorobowość na 100 tys. populacji, tym lepiej. Tak więc skoro w krajach bardziej rozwiniętych dostęp do badań, a przez to wcześniejszego diagnozowania i skuteczniejszego leczenia, jest większy, a mimo to chorobowość jest tam dużo wyższa, niż w Polsce, to jak rozumiem, zdaniem autorów powinniśmy gonić zachodnią czołówkę Europy celem zwiększenia współczynnika chorobowości, tj. zdiagnozowania jak największej liczby pacjentów pod kątem nowotworów.

Potem zaś czytamy: „Ponadto zapadalność na nowotwory można obniżyć i kontrolować poprzez wdrożenie opartych na dowodach strategii wczesnego wykrywania choroby i opieki nad pacjentami chorymi na raka.” Niech ktoś mi wytłumaczy, w jaki sposób można obniżyć zapadalność poprzez wczesne wykrywanie, skoro samo wykrycie, nawet we wczesnym stadium choroby, rozumie się już jako rozpoznanie nowotworu, a tym samym dołączenie do statystyk zapadalności. I takie złapanie pacjenta w sieci polujących na nowotwory nazywa się eufemistycznie „profilaktyką”.

Aktualny program Ministerstwa Zdrowia uwzględnia także diagnostykę tzw. obciążenia genetycznego danej osoby.

https://www.gov.pl/web/zdrowie/modul-i-wczesne-wykrywanie-nowotworow-zlosliwych-w-rodzinach-wysokiego-dziedzicznie-uwarunkowanego-ryzyka-zachorowania-na-raka-piersi-i-raka-jajnika-na-lata-2019-2021

Obawiam się, że to tylko kwestia czasu, gdy rutynowo będziemy zgłaszać się na coraz popularniejsze badania pod kątem np. mutacji genów BRCA1/2, CHEK2 oraz PALB2, związanych rzekomo ze zwiększonym prawdopodobieństwem zachorowania na raka piersi lub jajnika w dalekiej przyszłości. Oczywistym następstwem takiego działania będzie profilaktyczne leczenie tamoksyfenem, podwójna mastektomia, adneksektomia oraz histerektomia. „Przecież Twoje przyszłe zdrowie i życie jest ważniejsze, niż atrybuty kobiecości (narządy rodne i piersi)”. Tak więc jesteśmy świadkami pojawienia się zakamuflowanych form nowoczesnej eugeniki oraz wyrafinowanych sposobów okaleczania kobiet.

Na stronach Ministerstwa Zdrowia zamieszczone są też dane za poprzedni cykl tzw. Narodowego Programu Zwalczania Chorób Nowotworowych na lata 2006-2015. W sprawozdaniach z jego realizacji czytamy o pięknych ideach edukacji społeczeństwa, takich jak: wdrożenie projektu „Szkoła promująca zalecenia Kodeksu Walki z Rakiem”, działania medialne i informacyjne oraz wydawnicze, organizacja kampanii społecznych oraz szkoleń i warsztatów.

Efekty realizacji programu to m.in. audyt wysyłanych zaproszeń na badania mammograficzne, wdrażanie badań pod kątem nosicielstwa HPV, monitoring statystyki wykonywania badań cytologicznych oraz liczby wykonywanych mammogramów, program badań przesiewowych dla wczesnego wykrywania raka jelita grubego, program doskonalenia diagnostyki i leczenia białaczek, itp.

W wyniku wdrażania tych programów zanotowano m.in.: „W Polsce w wyniku dotychczasowej realizacji Narodowego programu zwalczania chorób nowotworowych w zakresie programów profilaktycznych uzyskano zwiększającą się zgłaszalność: na badania mammograficzne z 23,37% w 2006 r. zgłaszalność wzrosła do 48,05% w 2014 r., natomiast na badania cytologiczne z 12,7% w 2006 r. do 44,40% w 2014 r.”

Mnie interesuje przede wszystkim, czy dzięki tym górnolotnie brzmiącym i kosztownym programom zmniejszył się znacząco odsetek zachorowań oraz zgonów na nowotwory, a także czy spadła liczba zgonów w wyniku powikłań spowodowanych leczeniem w porównaniu do lat poprzednich. Czy nie tego oczekiwałby każdy rozsądnie myślący Polak?

Tymczasem w uchwale Rady Ministrów z dnia 3 listopada 2015 r. w sprawie ustanowienia programu wieloletniego na lata 2016–2024 pod nazwą „Narodowy Program
Zwalczania Chorób Nowotworowych” wyraźnie czytamy:
Do przyczyn wzrostu śmiertelności można także zaliczyć (…) brak świadomości zagrożenia chorobami nowotworowymi, a w konsekwencji niechęć społeczeństwa do wykonywania badań przesiewowych (…)”. Ale przecież ci sami eksperci z dumą raportowali znaczącą poprawę statystyk zgłaszalności na badania mammograficzne z 23,37% w 2006 r. do 48,05% w 2014 r., natomiast na badania cytologiczne z 12,7% w 2006 r. do 44,40% w 2014 r. Tak więc sami sobie zaprzeczają. Natomiast fakty mówią jasno: pomimo stale zwiększającej się zgłaszalności na badania profilaktyczne, śmiertelność nowotworów w Polsce wciąż wzrasta.

 

A oto dotychczasowe efekty narodowego programu profilaktyki nowotworów:

 


 

stat

Wykres 1. Standaryzowane współczynniki zachorowań i liczba zachorowań na nowotwory złośliwe w Polsce w latach 1980–2012

 

 

 

 

stat2.jpg

 

Wykres 2. Umieralność na najczęstsze nowotwory złośliwe u kobiet w Polsce w latach 1965–2012

 

 

 

stat3.jpg

Wykres 3. Standaryzowane współczynniki umieralności oraz liczby zgonów z powodu nowotworów w Polsce w latach 1965–2012

 

Powyższe dane epidemiologiczne wyraźnie wskazują, że tendencje zachorowań i umieralności utrzymują się na podobnym poziomie na przestrzeni lat pomimo wdrażania programów ochronnych.

 

Francja proponuje radykalne zmiany w krajowym programie badań przesiewowych piersi w oparciu o dowody Nordic Cochrane Centre

Niedawno Francja przeprowadziła niezależny przegląd programu badań przesiewowych piersi, a Komitet Kierujący stwierdził, że program powinien zostać zakończony lub silnie zreformowany. 30 października 2017 r. trójka czołowych ekspertów badań mammograficznych, Karsten Juhl Jørgensen – wicedyrektor ośrodka Nordic Cochrane Centre, profesor Alexandra Barratt z Uniwersytetu w Sydney i profesor Philippe Autier z francuskiego International Prevention Research Institute, opublikowali na łamach Jama Internal Medicine artykuł na temat reformy badań profilaktycznych raka piersi. Publikacja ta podsumowuje proces reform we Francji, a także daje pewien wgląd w to, w jaki sposób zalecenia dotyczące mammografii różnią się w poszczególnych krajach.

http://nordic.cochrane.org/news/france-proposes-radical-changes-their-national-breast-screening-programme-based-cochrane

Co mówi materiał dowodowy? Kwestia nadrozpoznawalności w badaniach mammograficznych jest dobrze udokumentowana od wielu lat. Nordic Cochrane Centre opublikowało badanie kohortowe w 2016 roku, analizujące konsekwencje screeningu mammograficznego u duńskich kobiet. W badaniu stwierdzono, że istnieje znaczne ryzyko naddiagnozy, co uzasadnia konieczność ponownej oceny duńskiego programu badań przesiewowych piersi.

W 2013 r. zaktualizowana została również recenzja Cochrane, uwzględniona we francuskim przeglądzie, w którym ryzyko selekcji kobiet w programie badań przesiewowych było takie samo.

Ponowna ocena francuskiego krajowego programu mammograficznego jest trzecim niezależnym przeglądem badań przesiewowych piersi w Europie, a inne kraje europejskie również przeprowadzają przeglądy, w których stwierdza się, że badania przesiewowe piersi prowadzą do znacznej nadrozpoznawalności oraz że informacje dotyczące pacjentek związane z badaniami przesiewowymi piersi powinny być bardziej przejrzyste i neutralne.

Brak korzyści z badań mammograficznych

Na temat nieskuteczności badań przesiewowych pod kątem raka piersi, to tylko przypomnę, jakie są wyniki raportu z 25 lat obserwacji zachorowalności i śmiertelności raka piersi pt: „Canadian National Breast Screening Study: randomizowane badanie przesiewowe”, opublikowanego na łamach British Medical Journal w 2014 r. https://pubmedinfo.files.wordpress.com/2016/02/miller-201411.pdf

Autorzy piszą w niej m.in.: „Pod koniec okresu badań przesiewowych u kobiet wykonujących mammografię piersi było o 142 przypadków nowotworów piersi więcej, niż w grupie kontrolnej, a w piętnastym roku nadmiar wynosił 106 nowotworów. Z tego wynika, że mammografia nadmiernie zdiagnozowała 22% (106 z 484) inwazyjnych nowotworów.”

Podobne wnioski wysunął duński Nordic Cochrane Centre: http://nordic.cochrane.org/przesiewowe-badania-mammograficzne-w-kierunku-raka-piersi

Biorąc pod uwagę powyższe, nasuwa się podstawowy wniosek, iż badania diagnostyczne nowotworów nie zostały jeszcze do końca przetestowane i nie znamy sposobów ich udoskonalenia, a jednak wiele z nich stosuje się właściwie na porządku dziennym. Dodaliśmy mammograf do medycznego instrumentarium wiele lat temu, choć nie mieliśmy żadnych dowodów na jego skuteczność. Dziś już wiemy, że to kosztowny i szkodliwy fakt dokonany, który jest już głęboko zakorzeniony i za który płacimy wysoką cenę.

Pisałem o tym już jakiś czas temu:

https://pubmedinfo.wordpress.com/2016/02/14/dwadziescia-piec-lat-obserwacji-zachorowalnosci-i-smiertelnosci-raka-piersi-canadian-national-breast-screening-study-randomizowane-badania-przesiewowe/

Testy na nosicielstwo HPV

 Czy badania przesiewowe pod kątem nosicielstwa HPV są choć trochę bardziej wartościowe? Pisałem na ten temat tutaj: https://pubmedinfo.wordpress.com/2015/12/25/wirusy-jako-przyczyny-nowotworow/ . Przytoczę tylko fragment pracy prof. Petera Duesberga z Berkeley University pt: Latent Viruses and Mutated Oncogenes: No Evidence for Pathogenicity”.

Autor przytacza kolejne argumenty burzące misternie budowaną teorię HPV = rak szyjki macicy, wyliczając, że:

1) Ponieważ nowotwory pojawiają się dopiero 20-50 lat po zakażeniu, współpraca między HPV i mutacjami nie może być wystarczająca do kancerogenezy.

2) Ponieważ HPV, tak jak wszystkie małe wirusy DNA potrzebuje wszystkie z 8 kb celem replikacji, stłumienie jednego lub więcej białek HPV przez normalne geny komórkowe skutecznie hamuje replikację wirusów w zdrowych komórkach. Odwrotnie, jeżeli proteiny wirusowej transformacji nie zostały stłumione przez normalne komórki, to komórki brodawkowe replikujące wirus powinny stać się onkogenne, ponieważ wszystkie geny wirusowe są wysoko ekspresyjne w replikacji wirusa

3) Klonalność przypadków raka szyjki macicy wyklucza hipotezę, iż białka HPV neutralizują białka i geny supresorowe nowotworu i neutralizacja ta ma powodować kancerogenezę

4) Brak spójnych sekwencji DNA HPV oraz konsekwentnej ekspresji genu HPV w guzach HPV DNA -pozytywnych jest niezgodne z hipotezą HPV zur Hausena i Howleya i wskazuje, iż HPV nie jest konieczne dla podtrzymania raka szyjki macicy.

5) Obecność HPV u nie więcej, niż 67% u kobiet w dopasowanej grupie wiekowej z rakiem szyjki macicy wskazuje, iż obecność HPV nie jest potrzebna do wystąpienia raka szyjki macicy

6) Hipoteza HPV = rak również nie wyjaśnia obecności klonalnych anomalii chromosomowych – chyba, że ktoś przedstawia dodatkowe dziwaczne założenie, iż tylko komórki z wcześniej istniejącymi zaburzeniami chromosomów ulegają transformacji przez HPV.

7) Brak jest wenerycznego odpowiednika nowotworu u mężczyzn

Z powyższych faktów wynika, iż HPV nie bierze udziału w kancerogenezie szyjki macicy i że test na HPV może być tak naprawdę szkodliwy, biorąc pod uwagę fakt, iż pozytywny jego wynik wywołuje niepokój u wierzących w hipotezę wirus-rak (schorzenia jatrogenne).

Źródło tu: http://www.duesberg.com/papers/ch5.html

 Nie wspomnę już o nasilonej kampanii marketingowej na rzecz wdrażania tzw. szczepień przeciwko HPV, określanych jako chroniące przed rakiem szyjki macicy. Cała ta historia ze szczepionkami przeciwnowotworowymi zakrawa moim zdaniem na oszustwo naukowe i powinna być rozpatrywana jedynie w kategoriach kryminalnych.

Problem z testami przesiewowymi prostaty, czyli czasem lepiej nie wiedzieć o raku

Jak pisze na łamach New York Times prof. Richard J. Ablin, odkrywca antygenu specyficznego prostaty – PSA: „Badanie pod kątem obecności antygenu jest obecnie najczęściej stosowanym narzędziem w badaniach przesiewowych prostaty. Pojawia się jednak coraz większa obawa, czy użycie testu PSA nie doprowadziło do nadinterpretacji i nadmiernego leczenia, z milionami niepotrzebnych operacji, powikłań i zgonów.”

Problem with prostate screening

W 2011 roku wpływowa grupa zadaniowa Stanów Zjednoczonych ds. prewencji stwierdziła, że szeroko stosowane badanie przesiewowe na antygen PSA (raka prostaty) nie ratuje życia i powoduje ogromne szkody. Stwierdzono również, że większość kobiet powinna wykonywać badania cytotoksyczne raka szyjki macicy nie częściej, niż co trzy lata, a nie jak do tej pory co roku.
Co się zmieniło?

Odpowiedź w przeważającej części jest taka, że mamy dużo więcej dostępnych danych. Zakończyły się nowe badania kliniczne, podobnie jak analizy innych rodzajów danych medycznych. Badacze bardziej rygorystycznie niż kiedykolwiek przeanalizowali ryzyko i koszty badań przesiewowych.

Dwie ostatnie próby kliniczne badań przesiewowych w kierunku raka gruczołu krokowego podają w wątpliwość, czy wiele istnień ludzkich – lub jakiekolwiek – zostało uratowanych. Dowiedzieliśmy się też, że badania przesiewowe [prostaty] często prowadzą do trwałego okaleczenia mężczyzn, u których nowotwór pozostałby nieszkodliwy.

Specjaliści od nowotworów twierdzą, że nie mogą zignorować rosnących lawinowo dowodów z ostatnich 10 lat, pokazujących w kółko, że chociaż wczesne wykrycie dzięki powszechnym badaniom może pomóc w niektórych przypadkach, liczba tych przypadków jest niewielka dla większości nowotworów. Jednocześnie badania w bardziej przejrzysty sposób definiują szkody wynikające z badań przesiewowych. „Badanie przesiewowe jest zawsze obosiecznym mieczem” – powiedział dr Otis Brawley, Chief Medical Officer American Cancer Society. „Musimy być bardziej ostrożni w naszym poparciu dla tych testów przesiewowych.”

Ale te pojęcia są dla wielu trudne do przełknięcia. Specjaliści, tacy jak urolodzy, radiolodzy i onkolodzy, którzy widzą pacjentów chorych i umierających na raka, często opierają się pomysłowi przeprowadzenia mniejszej liczby badań przesiewowych. Lekarze ogólni, którzy mogą zgodzić się z nowymi wytycznymi, martwią się o to, że spędzą długie godziny na rozmowach z pacjentami próbującymi wyjaśnić, dlaczego powinni ponownie rozważyć sens robienia badań mammograficznych każdego roku lub test PSA w ogóle.

Niektórzy lekarze obawiają się pozwów, jeśli nie zlecą badania przesiewowego, a u pacjenta rozwinie się śmiertelny rak. Pacjenci często mówią, że będą ryzykowali, jeśli test uratuje ich życie.

Dr H. Gilbert Welch z Dartmouth Medical School stwierdził wprost: „Baliśmy się powiedzieć dokładnie to, co myśleliśmy ze strachu, że wydamy się zbyt szaleni.” Łatwo było zdobyć finansowanie na badanie korzyści wynikających z badań przesiewowych, dodał, ale badanie, które dotyczyło szkód, „było zbyt odległe od naszej kultury.”

Ale nie tym razem, powiedział.

I wraz z tą zmianą pojawiło się nowe spojrzenie na badania przesiewowe.

„Już nie jest kwestia tego: czy możesz wykryć raka?” Powiedział dr Brawley. „Teraz zadajesz sobie pytanie, czy potrafisz wykryć nowotwór i czy znalezienie nowotworu prowadzi do spadku wskaźnika śmiertelności?”

Następnie pojawia się nowy nacisk na koszty.

Na przykład w bieżącym wydaniu The New England Journal of Medicine znalazł się artykuł dwóch specjalistów od raka gruczołu krokowego, którzy piszą, że wyniki jednego z ostatnich badań zakończyły się następującą konkluzją: wydano 5,2 mln dolarów na screening pacjentów, aby zapobiec jednej śmierci związanej z rakiem prostaty. Dodajmy do tej liczby pieniądze przeznaczone na autorów badania, dr. Allana S. Bretta z University of South Carolina School of Medicine i Richarda J. Ablin z University of Arizona. Prawdziwy koszt jest niewątpliwie jeszcze większy.

Jak zauważają eksperci medyczni, wiele osób, w tym lekarzy, jest zdezorientowanych zmieniającym się przekazem, co jest zrozumiałe.

Po części lekarze i pacjenci utknęli w pewnego rodzaju zakrzywieniu nowotworowej czasoprzestrzeni. Choroba została określona w 1845 roku przez niemieckiego lekarza Rudolfa Virchowa, który przyglądał się nowotworom pobranym podczas autopsji i stwierdził, że rak jest niekontrolowanym wzrostem, który rozprzestrzenia się i zabija. Ale oczywiście patrzył tylko na nowotwory, które prawdopodobnie były przyczyną śmierci. Nigdy nie widział innych.

„Masz te wszystkie korzyści [ze screeningu]. Wpojono Ci z mlekiem matki, że sposobem na radzenie sobie z rakiem jest wczesne odnalezienie go i wycięcie.” – mówi dr Brawley.

Teraz wycofujemy się z tego” . W ostatnich latach naukowcy odkryli, że wiele, jeśli nie większość, nowotworów jest niestabilnych. Rosną bardzo powoli lub przestają rosnąć w ogóle. Niektóre nawet cofają się i nie trzeba ich leczyć – są nieszkodliwe.

„Przechodzimy od definicji raka z 1845 r. Do definicji raka w XXI wieku” – powiedział dr Brawley. Zauważa też, że coraz więcej osób zaczyna rozumieć ograniczenia związane z badaniami przesiewowymi i związane z nimi ryzyko. Zmiana jest jednak powolna w obliczu intensywnej promocji takich badań przez praktyki medyczne, szpitale i lobbistów oraz lata nieporozumień dotyczących korzyści i związanego z nimi ryzyka.

Cancer Screening should be stopped

Demontaż wirusowej teorii chorób

F1.large.jpg

„[Od drugiej połowy XIX wieku] niewątpliwie doktryna o określonej etiologii była najbardziej konstruktywną siłą w badaniach medycznych. W rzeczywistości jednak poszukiwanie przyczyn [chorób] może być beznadziejną pogonią, ponieważ większość stanów chorobowych jest pośrednim wynikiem konstelacji okoliczności.”

René Dubos Ph.D. (1901–1982)
Mikrobiolog i patolog,
prof. Rockefeller Institute for Medical Research

 

Wirusy – zabójcze mini-potwory?

Skrzywione pojmowanie bakterii i grzybów oraz ich funkcji przy nieprawidłowych procesach ukształtowało nastawienie wobec wirusów. Końcem XIX w., gdy teoria mikrobów urosła do rangi bezspornej medycznej wykładni, praktycznie nikt nie potrafił wykryć wirusów. Ich średnica, to zaledwie 20 – 450 nanometrów (miliardowych części metra) i w związku z tym są o wiele mniejsze, niż bakterie czy grzyby – tak maleńkie, że można je dostrzec jedynie pod mikroskopem elektronowym. A pierwsze takie urządzenie zbudowano dopiero w 1931 r. Z drugiej strony bakterie i grzyby można obserwować zwyczajnym mikroskopem świetlnym, którego pierwowzór już w XVII w. skonstruował holenderski uczony Antoni van Leeuwenhoek (1632 – 1723).

Pasterianie” już w XIX w używali określenia „wirus”, lecz odnosiło się ono do łacińskiego zwrotu „virus” (oznaczającego truciznę) dla opisywania organicznych struktur, których nie można było zaklasyfikować jako bakterii. Było to idealnym wpasowaniem się w koncepcję wroga: jeśli nie można znaleźć bakterii, wówczas jakaś inna pojedyncza przyczyna musi odpowiadać za chorobę.

Wiele sprzeczności narosło w związku z teorią o śmiertelnie groźnych wirusach, co zostało ukazane przy epidemii ospy prawdziwej, którą nawet dziś ludzie chętnie wykorzystują do wzniecania epidemicznej paniki. Lecz czy tzw. czarna ospa (ospa prawdziwa) rzeczywiście była epidemią wirusową, którą przezwyciężono dzięki szczepieniom? „Historycy medycyny wątpią w to,” pisze dziennikarz Neil Miller w swojej książce Vaccines: Are They Really Safe & Effective? (Szczepionki: Czy Rzeczywiście Są Bezpieczne i Skuteczne?) „Nie tylko nie było szczepionek na szkarlatynę ale i na czarną śmierć, a mimo to choroby te zaniknęły same.”

Na przykład w Anglii, przed wprowadzeniem obowiązkowych szczepień w 1953 r. dwoje ludzi na 10.000 mieszkańców umierało rocznie na ospę. Ale na początku lat 70. XIX w. niemal 20 lat po wprowadzeniu szczepień, dzięki którym osiągnięto 98% zaszczepialność, w Anglii odnotowywano rocznie 10 przypadków śmiertelnych na 10.000 mieszkańców; pięć razy więcej, niż przedtem. „Epidemia ospy prawdziwej osiągnęła szczyt po wprowadzeniu szczepień,” podsumowuje William Farr, który w Londynie odpowiedzialny był za sporządzanie statystyk.

Aby ukryć fakt nieskuteczności  szczepień, po ich wprowadzeniu uciekano się do procederu (który trwa do dziś) zmiany definicji choroby oraz manipulacji statystykami. Jak pisał George Bernard Shaw: „Podczas ostatniej znacznej epidemii na przełomie wieków byłem członkiem Komisji Zdrowia w London Borough Council i dowiedziałem się, jak wiarę w skuteczność szczepień podtrzymuje się za pomocą statystyk, poprzez diagnozowanie wszystkich uprzednio zaszczepionych przypadków (ospy) jako egzemę krostkową, ospę varioloid lub cokolwiek – z wyjątkiem ospy prawdziwej.”

Z ortodoksyjnego punktu widzenia, obraz Filipin był nie mniej kontrowersyjny: na początku XX wieku wyspy doświadczyły najgorszą epidemię czarnej ospy, pomimo że wyszczepialność była na poziomie niemal 100%. Natomiast w 1928 r. w w British Medical Journal ostatecznie opublikowano dokument ujawniający, że ryzyko zgonu na ospę było pięć razy wyższe u uprzednio zaszczepionych, niż u niezaszczepionych.

W Niemczech statystyki śmiertelności na ospę prawdziwą zbierane są od 1816 r. Do końca lat 60. XIX w. notowano rocznie około 6.000 zgonów na ospę. W latach 1870 – 1871 liczba ofiar nagle skoczyła 14-krotnie do niemal 85.000. Co się wydarzyło? Szalała wojna francusko-pruska, a francuscy jeńcy wojenni przetrzymywani byli w niemieckich obozach w niezwykle nędznych warunkach, kiepsko odżywiani. Rezultatem tego liczba przypadków ospy w obozach rosła wykładniczo, pomimo iż wszyscy żołnierze Francji i Prus zostali zaszczepieni przeciwko ospie prawdziwej. Niemcy, którzy sami cierpieli w wyniku wojny, również zostali zaatakowani chorobą, choć część z nich była wcześniej zaszczepiona.

Gdy bezpośrednio po wojnie rozwiązano obozy, liczba śmiertelnych przypadków ospy znacząco spadła. Trzy lata później, w 1874 r., w Prusach zanotowano jedynie 3.345 zgonów na ospę w ciągu roku. Obecnie panująca medycyna mówi, że spadek ten związany był z Reichsimpfgesetz, prawem, które pośród innych kwestii przewidywało, że każde dziecko musi zostać zaszczepione „przed końcem następnego kalendarzowego roku po urodzeniu.” Lecz faktycznie prawo to zaczęło funkcjonować w 1875 r., kiedy popłoch przed ospą już dawno minął. „Poprawił się wówczas stan higieny, wdrażano zdobycze cywilizacyjne i technologiczne, co spowodowało spadek zachorowań i zgonów” – pisał lekarz Gerhard Buchwald.

Gdyby rzeczywiście przyczyną większości tzw. epidemii były szalejące wirusy z ich możliwościami mutacji, przebiegłością i złośliwością, jak przedstawiają je media i ludowe przekazy, nikogo z nas nie byłoby już dawno na tym świecie.

Główny nurt badań nad wirusami i medycyna zakładają zwyczajnie, że wirusy są „zakaźnymi” patogenami, które aktywnie, niczym pasożyty rozprzestrzeniają się w komórkach (z pomocą enzymów i innych elementów komórek) oraz multiplikują się, ostatecznie atakując, a czasem zabijając komórki. Albo jak jedna z gazet przedstawia typowo sensacyjnym tonem: „Wirusy są najbardziej przebiegłymi na Ziemi czynnikami zakaźnymi; atakują zwierzęta i ludzi, opanowując ich komórki.”

Jak piszą autorzy książki „Virus Mania” – Torsten Engelbrecht i Claus Köhnlein: „Jakby przerażająco to nie brzmiało, brak jest naukowego poparcia dla takiego twierdzenia. Aby je zaakceptować, musi zostać udowodnione istnienie tych tzw. „wirusów zabójców”. I tu właśnie jest pies pogrzebany. Nigdy nie przedstawiono konsekwentnych, istotnych z punktu widzenia naukowego dowodów, pomimo że wystarczy wziąć próbkę krwi pacjenta i bezpośrednią z niej wyizolować jednego z tych wirusów w czystej formie z ich kompletnym materiałem genetycznym (genomem) oraz wirusową otoczką oraz sfotografowanie go pod mikroskopem elektronowym.”

Lecz tych krytycznych pierwszych kroków nigdy nie podjęto wobec H5N1, tzw. wirusa wzw (tzw. wirusowego zapalenia wątroby), HIV czy popularnych ostatnio: Ebola, MERS, Zika oraz wielu innych cząstek, które oficjalnie nazywa się wirusami i przedstawia jako atakujące nas szalone bestie.

W tym kontekście ważnym aspektem jest fakt, że jakiś czas temu nauka o wirusach głównego nurtu zeszła ze ścieżki bezpośredniej obserwacji natury, a zamiast tego zdecydowała się pójść drogą tzw. pośredniego „udowadniania” za pomocą procedur typu testy przeciwciał lub PCR.

Test przeciwciał dowodzi jedynie istnienie przeciwciał – a nie wirusa – czy też samych cząsteczek, na które ów test ma reagować. Oznacza to, że jeżeli wirus lub cząsteczka komórkowa (antygen) nie zostały jednoznacznie zdefiniowane, nikt nie może powiedzieć, na co te testy przeciwciał reagują. Tym samym, używając żargonu medycznego, są one „niespecyficzne”.

Nie inaczej jest z testami PCR (reakcji łańcuchowej polimerazy), których używa się do prześledzenia sekwencji genetycznych, małych fragmentów genetycznych, a następnie powielania ich w milionach razy. Tak, jak z testami przeciwciał, PCR prawdopodobnie ma znaczenie, ponieważ ukazuje pewien rodzaj reakcji immunologicznej (jak nazywa się to techniczną terminologią) w organizmie; albo, nazywając to bardziej neutralnie, pewien rodzaj zakłócenia albo aktywności na poziomie komórkowym. Ale za pomocą PCR nie można udowodnić istnienia wirusa (przy jego nieokreślonej charakterystyce) ani trochę bardziej, niż za pomocą prostego testu przeciwciał. I tu również dlatego, że nie przeprowadzono dokładnego opisu wirusa.

Pod kątem genetyki, te krótkie kawałki, które znajdujemy przy użyciu PCR nie są kompletne i nawet nie spełniają definicji genu (uważa się, że w ludzkim genomie jest 20 – 25 tys. genów kodujących białka). Pomimo tego, twierdzi się, że „sklejone razem” przedstawiają kompletny materiał genetyczny danego wirusa. Lecz nikt nie zaprezentował dokumentu pokazującego elektronowy mikrograf (EM) tego tzw. odtworzonego wirusa.

Nawet jeśli naukowcy zakładają, że cząsteczki odkryte w laboratorium (antygeny i fragmenty genów) są wspomnianymi wirusami, stąd jeszcze daleka droga do udowodnienia, że wirusy te są przyczyną danej choroby, zwłaszcza, gdy testowani pacjenci lub zwierzęta nie są nawet chorzy, co często ma miejsce. Postawić tu należy kolejne ważne pytanie: nawet jeśli domniemany wirus rzeczywiście zabija komórki w próbówce (in vitro) albo powoduje śmierć zarodka jaja kurzego w hodowli, czy możemy śmiało stwierdzić, że te wyniki można przenieść na żywy organizm (in vivo)? Wiele problemów stoi w sprzeczności z tą teorią, jak na przykład fakt, iż fragmenty cząsteczek nazywanych wirusami, pochodzącymi z hodowli komórkowych (in vitro), mogą być zdegenerowane genetycznie z powodu bombardowania ich przez dodatki chemiczne, jak czynniki wzrostu lub substancje będące silnymi utleniaczami. 

W 1995 r. niemiecki tygodnik Der Spiegel zagłębił się w ten problem (magazyn ten zazwyczaj przestawia jedynie ortodoksyjne relacje na temat wirusów), cytując badacza Martina Markovitza z Aaron Diamond AIDS Research Center z siedzibą w Nowym Jorku: „Naukowiec masakruje tymi truciznami swoje zainfekowane wirusami hodowle komórkowe na wszystkie możliwe do wyobrażenia kombinacje, aby przetestować, która z tych toksyn najefektywniej zabija wirusy. ‚Oczywiście nie wiemy, jak daleko zaprowadzi nas takie porównanie wyników z próbówek’, mówi Markovitz. ‚To co ma ostateczne znaczenie, to pacjent.’ Jego doświadczenie w pracy klinicznej nauczyło go rozróżniać próbówkę od łóżka chorego. Jest on bardziej świadom, niż większość badaczy AIDS, jak niewiele wspólnego ma zachowanie wirusowych hodowli komórek macierzystych w inkubatorach z tymi, które wzrastają naturalnie w sieci hormonów, przeciwciał, fagocytów i limfocytów T układu odpornościowego żyjącej osoby.” Andreas Meyerhans z Instytutu Pasteura w Paryżu używa zwrotu: „Hodować (komórki) znaczy zakłócać,” co w zasadzie oznacza, że wyniki otrzymane in vitro jedynie wprowadzają w błąd.

Medycyna głównego nurtu próbuje przedstawiać patogenność (zdolność do wywoływania chorób) cząstek określanych jako wirusy poprzez eksperymenty, które już bardziej tajemnicze być nie mogą. Na przykład podłoża testowe wstrzykiwano bezpośrednio do mózgu zwierząt laboratoryjnych. Taką procedurę stosowano na przykład przy BSE i polio; i nawet sławny Louis Pasteur używał tej metody w swych eksperymentach nad wścieklizną, w trakcie których wstrzykiwał chorą tkankę mózgową do mózgu psa.

https://pubmedinfo.wordpress.com/2017/09/17/wscieklizna-historia-naukowego-oszustwa/

Dlaczego nie założyć, że wirus lub to, co nazywamy wirusem, jest symptomem, tzn. rezultatem choroby? Nauczanie medyczne okopało się w stworzonym przez Pasteura i Kocha wizerunku wroga i zaniedbało kontynuację myśli, że komórki ludzkie mogą same inicjować wytwarzanie wirusa, na przykład w reakcji na czynniki stresogenne. Eksperci odkryli to dawno temu i mówią o „wirusach endogennych” – cząsteczkach, które formowane są wewnątrz organizmu przez same komórki.

Pod tym kontekstem praca badawcza genetyk Barbary McClintock jest kamieniem milowym. W swojej pracy z 1983 r., nagrodzonej Noblem, raportuje, że materiał genetyczny istot żywych potrafi się wciąż zmieniać, dotknięty „wstrząsami”. Owymi wstrząsami mogą być toksyny, ale też inne substancje, które generują stres w próbówce. To z kolei może prowadzić do formowania się nowych sekwencji genetycznych, których wcześniej nie można było zweryfikować (in vivo oraz in vitro).

Już wiele lat temu naukowcy zaobserwowali, że toksyny w organizmie mogą inicjować reakcje fizjologiczne, jednak dzisiejsza medycyna patrzy na to tylko z perspektywy egzogennych (zewnętrznych) wirusów. W 1954 r. naukowiec Ralph Scobey donosił w czasopiśmie Archives of Pediatrics (Archiwa Pediatrii), że opryszczka zwykła rozwijała się po podaniu szczepionki, piciu mleka, bądź spożyciu pewnych artykułów spożywczych; tymczasem półpasiec pojawiał się po spożyciu, bądź wstrzyknięciu metali ciężkich, jak arsen i bizmut albo alkoholu.

Można sobie także wyobrazić, jak toksyczne specyfiki takie, jak poppersy, narkotyki powszechnie używane przez homoseksualistów, bądź leki immunosupresyjne, jak antybiotyki i preparaty antywirusowe mogą wywoływać coś, co nazywamy stresem oksydacyjnym, co znaczy, że zdolność krwi do transportu tlenu, tak ważnego dla życia i przetrwania komórek jest zagrożona. W tym czasie, wytwarzane są tlenki azotu, które mogą poważnie uszkadzać komórki. Rezultatem tego „wzniecona zostaje” produkcja przeciwciał, czego konsekwencją z kolei jest pozytywny wynik testu przeciwciał. Powoduje to także wytwarzanie nowych sekwencji genetycznych, które są potem wykrywane testem PCR. I proszę zauważyć, iż wszystko to odbywa się bez udziału patogennego wirusa, który atakuje nas z zewnątrz.

Lecz uprzywilejowana medycyna potępia takie myślenie jako herezję. Dokładnie tak, jak ortodoksi od dekad zwalczali koncepcję „skaczących genów” Barbary McClintock, ponieważ nie chcieli wypuścić z rąk swojego modelu – dogmatu całkowicie stabilnej ramy genetycznej.

Demontaż wirusowej teorii chorób na przykładzie „wirusa odry”

Jak pisze biolog i wirusolog dr Stefan Lanka na łamach WissenschaftPlus, naukowcy muszą kwestionować wszystko, a zwłaszcza to, co kochają najbardziej, tj. własne odkrycia i idee. Ta podstawowa zasada badań naukowych pomaga uniknąć błędów i ujawnia te, które już istnieją. My wszyscy również powinniśmy kwestionować status quo, w przeciwnym razie żylibyśmy w dyktaturze. Ponadto nauka nie może być ograniczana do wybranej liczby instytucji i ekspertów. Nauka może i musi być uprawiana przez każdego, kto ma niezbędną wiedzę i odpowiednie metody.

Źródło: WISSENSCHAFFTPLUS – Das Magazin 6/2015 

Nauka może być uznana za naukę tylko wtedy, gdy jej twierdzenia są weryfikowalne, odtwarzalne i przewidywalne. Nauka potrzebuje zewnętrznej kontroli, ponieważ, jak zobaczymy, od jakiegoś czasu część nauk medycznych utraciła kontakt z rzeczywistością. 

Geneza pomysłu

Obecne pojęcie wirusa opiera się na starożytnych koncepcjach, że wszystkie choroby miały być wywoływane przez trucizny („toksyny”) i że ludzie mogą wrócić do zdrowia wytwarzając „antytoksyny” jako „antidotum”. W rzeczywistości niewiele chorób wywoływanych jest przez trucizny. Drugi pomysł, że organizm może wyzdrowieć poprzez wytworzenie lub dostarczenie „antidotum”, narodził się, gdy zaobserwowano, że ludzie mogą przeżyć większe dawki trucizny (jak choćby alkohol), gdy ich organizm wytrenuje się w neutralizacji danej toksyny poprzez spożywanie powoli rosnących jej ilości. Jednak w rzeczywistości nie ma czegoś takiego, jak antidotum. Zamiast tego organizm produkuje enzymy, które neutralizują i eliminują trucizny (np. alkohol).

W 1858 r. Rudof Virchow, twórca współczesnej medycyny, splagiatował wyniki prac innych naukowców, tłumiąc ich zasadnicze odkrycia. Tym samym narodziły się i zostały narzucone jako dogmat fałszywe poglądy na temat przyczyn chorób. W rzeczywistości poglądy te obowiązują do dziś. Zgodnie z tym dogmatem wszystkie choroby mają mieć swój początek w komórce. Patologia komórkowa Virchowa ponownie wprowadziła do medycyny starożytną i obaloną doktrynę humoralną i mówiła, że choroby rozwijają się z patogennych trucizn (w języku łacińskim: virus).

Poszukiwanie tych patogennych trucizn pozostaje po dziś dzień bezowocne, jednak kiedy odkryto bakterie, założono, że produkują one patogenne toksyny. To przypuszczenie, zwane „teorią zarazków”, zostało natychmiast zaakceptowane i wciąż jest bardzo skuteczne utrwalane. Teoria ta na tyle mocno zakorzeniła się w powszechnej świadomości, że większość ludzi wciąż nie jest świadoma faktu, iż tzw. toksyn bakteryjnych, które w rzeczywistości są zwyczajnymi enzymami, nie znajdziemy w organizmie człowieka, a jeśli nawet, to nigdy nie pojawiają się w takiej ilości, aby stać się niebezpiecznymi.

Następnie odkryto, że kiedy bakterie powoli zaczynają umierać, tworzą maleńkie, pozornie martwe formy przetrwania, tak zwane przetrwalniki. Podejrzewano wówczas, że są one toksyczne i uznano je za tak zwane patogeny chorobotwórcze. Koncepcja ta została potem odrzucona, ponieważ zarodniki szybko rozwijają się w bakterie, gdy przywracane są ich zasoby życiowe. Kiedy naukowcy z laboratorium zauważyli, że słabe, wysoce wsobne szczepy bakterii ginęły bardzo szybko, przechodząc w znacznie mniejsze struktury niż przetrwalniki, początkowo sądzono, że bakterie zostały zabite przez rzekome chorobotwórcze trucizny, zwane wirusami, i że wirusy w ten sposób replikowały się.

Ze względu na przekonanie, że te struktury, których w chwili odkrycia, wciąż nie udało się zaobserwować, zabijają bakterie, nazwano je fagami / bakteriofagami – „zjadaczami bakterii”. Dopiero później ustalono, że tylko bakterie z wysoce wsobnych hodowli i dlatego prawie niezdolne do życia albo bakterie, które giną na tyle szybko, że nie mają czasu na tworzenie przetrwalników mogą przekształcić się w fagi.

Wprowadzenie mikroskopii elektronowej doprowadziło do odkrycia struktur powstałych w wyniku transformacji bakterii, gdy te nagle umierały lub kiedy metabolizm wysoce wsobnych mikroorganizmów został przytłoczony przez procesy wywołane poprzez dodanie „fagów”. Odkryto również, że istnieją setki typów „fagów” o odmiennym wyglądzie. Stwierdzenie istnienia fagów, tzw. „wirusów” bakteryjnych, wzmocniło błędne założenie i przekonanie, że istnieją wirusy ludzkie i zwierzęce, które wyglądają tak samo i mają taką samą strukturę. Tak jednak nie jest i nie może być z kilku różnych powodów.

Po wprowadzeniu technik badań chemicznych w biologii odkryto, że istnieją tysiące rodzajów fagów i że fagi jednego rodzaju zawsze mają taką samą strukturę. Składają się z określonej cząsteczki zbudowanej z kwasu nukleinowego, która jest pokryta powłoką białek o danej liczbie i składzie. Dopiero później odkryto, że jedynie bakterie, które były wysoce wsobne w probówce, mogłyby same przekształcić się w fagi, przez kontakt z fagami, ale nigdy nie dotyczyły naturalnych bakterii, które właśnie zostały wyizolowane z ich naturalnego środowiska.
W procesie tym odkryto, że owe „wirusy bakteryjne” faktycznie służą dostarczaniu innym bakteriom ważnych molekuł i białek i że same bakterie powstały z takich struktur.

Zanim można było ustalić, że „wirusy bakteryjne” nie mogą zabijać naturalnych bakterii, ale zamiast tego pomagają im żyć i że same bakterie wyłaniają się z owych struktur, „fagi” te były już wykorzystywane jako modele rzekomych wirusów ludzkich i zwierzęcych. Założono, że wirusy ludzkie i zwierzęce wyglądają jak „fagi”, rzekomo zabijają komórki, a tym samym powodują choroby, a jednocześnie wytwarzają nowe toksyny chorobowe i w ten sposób przenoszą choroby. Do chwili obecnej wiele nowych lub pozornie nowych chorób przypisano wirusom, jeśli ich etiologia jest nieznana lub nie została potwierdzona. Odruch ten znalazł wyraźne potwierdzenie w odkryciu „wirusów bakteryjnych”.

Ważne jest, aby zauważyć, że teorie walki i infekcji zostały zaakceptowane i wysoko ocenione przez większość specjalistów tylko wtedy, gdy kraje lub regiony, w których oni żyli, również cierpiały z powodu wojny i przeciwności losu. W czasach pokoju w świecie nauki dominowały inne pojęcia. Bardzo ważne jest, aby zauważyć, że teoria infekcji – poczynając od Niemiec – została zglobalizowana jedynie przez III Rzeszę, kiedy żydowscy badacze, którzy w większości sprzeciwiali się politycznie eksploatowanym teoriom i odrzucili je, zostali usunięci ze swoich stanowisk.

Wykrywanie fagów

Istnienie fagów można szybko udowodnić.

Pierwszy krok: ich obecność potwierdzona jest przez efekt, czyli przekształcenie bakterii w fagi, a także obserwacji fagów za pomocą mikroskopu elektronowego. Eksperymenty kontrolne pokazują, że fagi nie pojawiają się, jeśli bakterie się nie zmieniają, bądź losowo zaczynają rozkładać się z powodu zewnętrznej nagłej anihilacji (bez tworzenia fagów).

Drugi krok: ciecz zawierająca fagi jest zagęszczana i dodawana do innej cieczy, która będzie mieć dużą gęstość na dnie probówki i niską u góry probówki. Następnie probówkę z fagami silnie wiruje się (odwirowuje) i wszystkie cząstki gromadzą się według masy do miejsca właściwego dla ich gęstości. Gęstość jest stosunkiem masy (masy) na jednostkę objętości, wyrażonej odpowiednio jako kg/l lub g/ml. Właśnie dlatego ten etap koncentracji i oczyszczania cząstek o tej samej gęstości nazywamy wirowaniem w gradiencie gęstości.

Warstwa, w której gromadzi się wiele cząstek o tej samej gęstości, staje się „mętna” i nazywa się ją „pasmem”. Ten etap jest dokumentowany, a następnie cząstki zagęszczane, oczyszczane i sedymentowane w „paśmie” pobierane są za pomocą igły ze strzykawką. Wyekstrahowana skoncentrowana ilość cząstek nazywana jest izolatem. Szybka i prosta mikrofotografia elektronowa potwierdza obecność fagów w izolacie, który jednocześnie będzie wskazywał na czystość izolatu, jeśli na mikrografie nie będą widoczne żadne inne cząstki oprócz fagów. Wygląd i średnica fagów również są ustalane za pomocą tej mikrofotografii. Eksperyment kontrolny przeprowadzony dla tego etapu polega na traktowaniu i odwirowaniu cieczy z bakterii, które nie wytworzyły żadnego faga, gdzie na końcu procedury nie pojawiają się fagi.

Po etapie skutecznego izolowania fagów następuje decydująca charakterystyka biochemiczna fagów. Charakterystyka ich składu jest niezbędna do identyfikacji określonego rodzaju faga, ponieważ różne typy fagów często wydają się podobne. Izolat uzyskany poprzez wirowanie w gradiencie gęstości dzieli się teraz na dwie części. Jedna część służy do określenia wielkości, rodzaju i składu kwasu nukleinowego; w oddzielnej procedurze druga część służy do określenia ilości, wielkości i morfologii białek fagów. Od lat 70. testy te są prostymi standardowymi technikami, których uczy się każdy student biologii na pierwszych semestrach.

Testy takie przedstawiają biochemiczną charakterystykę fagów. Niemal w każdym przypadku wyniki te były i są publikowane tylko w jednej publikacji, ponieważ fag ma bardzo prostą strukturę, która jest bardzo łatwa do analizy. Eksperymenty kontrolne do tych testów wykorzystują ciecz z bakterii, które nie tworzą fagów, a zatem nie mogą stanowić żadnego dowodu biochemicznego. W ten sposób wykazane zostało naukowo istnienie około dwóch tysięcy różnych rodzajów fagów.

O rzekomym dowodzie na patogenne wirusy

„Bakteriofagi”, prawidłowo zdefiniowane jako niekompletne mini przetrwalniki i bloki budulcowe bakterii, zostały naukowo wyizolowane, podczas gdy rzekome chorobotwórcze wirusy nigdy nie były obserwowane u ludzi lub zwierząt, bądź w ich płynach ustrojowych i nigdy nie zostały wyizolowane, a następnie analizowane biochemicznie. Do chwili obecnej żaden z naukowców zaangażowanych w tego rodzaju pracę nie zdawał sobie z tego sprawy.

Użycie mikroskopu elektronowego i biochemia powoli stawały się normą po 1945 r. I nikt nie zdawał sobie sprawy, że nigdy nie wyizolowano żadnego patogennego wirusa u ludzi lub zwierząt. Dlatego też od 1949 r. naukowcy zaczęli stosować tę samą koncepcję, co fagi (bakteryjne), aby replikować ludzkie i zwierzęce „wirusy”. John Franklin Enders, urodzony w 1897 r. w rodzinie bogatego finansisty, po ukończeniu studiów działał w różnych bractwach, następnie pracował jako agent nieruchomości i przez cztery lata uczył się języków obcych, po czym przeszedł do wirusologii bakteryjnej, która zafascynowała go.

Następnie zwyczajnie przetransferował pomysły i koncepcje, których nauczył się w tej dziedzinie badań na rzekome patogenne wirusy u ludzi. Swoimi nienaukowymi eksperymentami i interpretacjami, których nigdy nie potwierdził poprzez negatywne kontrole, Enders poprowadził całą „wirusową” medycynę zakaźną do ślepego zaułka. Ważne jest, aby zauważyć w tym miejscu, że Enders, podobnie jak wielu specjalistów w zakresie chorób zakaźnych, pracował dla amerykańskich sił zbrojnych, które zawsze były i nadal są głównym źródłem strachu przed zarażeniem. To przede wszystkim amerykańskie wojsko rozpowszechniało fałszywe przekonanie, że oprócz broni chemicznej istniała także broń biologiczna w postaci bakterii i wirusów.

W 1949 r. Enders ogłosił, że udało mu się hodować i rozmnażać rzekomego wirusa polio in vitro na różnych tkankach. Amerykańskie grono ekspertów natychmiast to zaakceptowało. Wszystko, co zrobił Enders, to dodanie płynów ustrojowych od pacjentów z chorobą Heinego-Medina do hodowli tkankowych, które, jak twierdził, poddane zostały sterylizacji. Utrzymywał, że komórki umierały w związku z działaniem wirusa, tzn. że w ten sposób wirus replikował się i że z odpowiedniej kultury można było pobrać materiał na szczepionkę. W tym czasie letnie epidemie polio (polio = porażenie wiotkie) były bardzo częste latem i uważano, że są spowodowane przez wirusy polio. Szczepionka miała pomóc w zwalczeniu rzekomego wirusa. Po wprowadzeniu szczepień przeciwko polio symptomy zostały ponownie zdiagnozowane między innymi jako stwardnienie rozsiane, ostre porażenie wiotkie, aseptyczne zapalenie opon mózgowych itp. Następnie polio zostało uznane za wytępione.

Podczas swoich eksperymentów Enders i in. wyjałowili kultury tkankowe, aby wykluczyć możliwość zabicia komórek przez bakterie. Nie wzięli pod uwagę faktu, że sterylizacja i obróbka kultury komórkowej podczas przygotowywania jej do rzekomej infekcji były dokładnie tym, co zabijało komórki. Zamiast tego zinterpretowali efekty cytopatyczne jako istnienie i działanie wirusów polio, nigdy nie izolując pojedynczego wirusa i nie opisując go biochemicznie. Nigdy nie wykonano niezbędnych eksperymentów z negatywną kontrolą, które mogłyby wykazać, że to sterylizacja i obróbka komórek przed „zakażeniem” w probówce w rzeczywistości zabijały komórki. Jednak w 1954 roku za to „osiągnięcie” Enders otrzymał nagrodę Nobla.

Rok 1954 jest również tym, w którym Enders zastosował i wprowadził tę samą technikę, aby rzekomo replikować wirusa odry. Ponieważ jednocześnie przyznano mu nagrodę Nobla za domniemanego wirusa polio, wszyscy naukowcy uznali jego technikę za naukową. Dlatego do dnia dzisiejszego cała koncepcja wirusa odry została oparta na tej technice. W rzeczywistości szczepionki przeciwko odrze nie zawierają wirusów, lecz cząstki martwej tkanki pochodzącej z nerki małpy albo z ludzkich komórek nowotworowych.

Do chwili obecnej nie przeprowadzono żadnych negatywnych doświadczeń kontrolnych w odniesieniu do tak zwanego wirusa odry, które wykazałyby, że jest to procedura laboratoryjna prowadząca do cytopatycznych efektów w komórkach. Ponadto wszystkie twierdzenia i eksperymenty wykonane przez Endersa i in. oraz kolejnych badaczy prowadzą do jedynego obiektywnego wniosku, że faktycznie obserwowali i analizowali umierające cząstki komórkowe i ich aktywność w probówce, błędnie interpretując je jako cząstki i cechy rzekomego wirusa odry.

Wirus odry jako przykład

Poniższe wyjaśnienia dotyczą wszystkich tzw. „patogennych wirusów” (ludzkich lub zwierzęcych).

Sześć prac przedstawionych przez dr. Bardensa w trakcie „procesu w sprawie odry”, o którym pisałem tu: https://pubmedinfo.wordpress.com/2017/01/30/czy-wirus-odry-istnieje-masern-prozess/ jako dowodu na istnienie wirusa odry opisuje w dydaktycznie idealny sposób poszczególne etapy łańcucha błędnych interpretacji, aż do wiary w istnienie tego wirusa.

Pierwszy artykuł został opublikowany w 1954 r. Przez Endersa i in .: „Propagation in tissue cultures of cytopathogenic agents from patients with measles” (Proc Soc Exp Biol Med. 1954 Jun; 86 (2): 277-286). 

W eksperymencie tym Enders i in. radykalnie obniżyli zawartość składników odżywczych i dodali niszczące komórki antybiotyki do hodowli komórkowej przed wprowadzeniem rzekomo zainfekowanego płynu. Późniejsze wymieranie komórek zostało następnie błędnie zinterpretowane jako obecność, a także izolacja wirusa odry. Nie przeprowadzono eksperymentów kontrolnych, aby wykluczyć możliwość, że zarówno pozbawienie hodowli składników odżywczych, jak i dodanie antybiotyków doprowadziły do efektów cytopatycznych. Ślepotę Endersa i jego współpracowników można wytłumaczyć faktem, że naprawdę chciał pomagać ludziom, wówczas gdy po II wojnie światowej i w trakcie zimnej wojny nasilała się wirusowa histeria. Można to również wytłumaczyć faktem, iż Enders i wielu jego kolegów nie mieli pojęcia o medycynie i zwyczajnie konkurowali ze Związkiem Radzieckim o opracowanie pierwszej szczepionki przeciw odrze.

Taka presja na sukces może również wyjaśnić, dlaczego Enders i jego współpracownicy zignorowali swoje własne zastrzeżenia i uwagi wyrażone w 1954 roku, kiedy zaobserwowali i zanotowali, że wiele komórek zmarło również po normalnym traktowaniu (tj. nie „zainfekowanych”), co ich zdaniem było spowodowane przez nieznane wirusy i czynniki. Wszystkie te fakty i uwagi zostały następnie zlekceważone.

Drugi dokument przedstawiony przez skarżącego w „procesie odry” opublikowano w 1959 r. – Bech V, Magnus Pv. „Studies on measles virus in monkey kidney tissue cultures.” (Acta Pathol Microbiol Scand. 1959; 42 (1): 75–85). Z powodów przedstawionych powyżej, autorzy pracy doszli do wniosku, że technika wprowadzona przez Endersa nie była odpowiednia do izolacji wirusa. Ich stanowcze wnioski nie tylko nie są omawiane przez pozostałych badaczy, ale są wręcz ignorowane.

W trzeciej pracy – Nakai M, Imagawa DT. „Electron microscopy of measels virus replication.” (J. Virol. 1969 Feb; 3v (2): 187–97.) autorzy sfotografowali typowe cząstki komórkowe wewnątrz komórek i błędnie zinterpretowali je jako wirusa odry. Nie wyizolowali żadnego wirusa. Z niewyjaśnionych przyczyn nie udało im się określić i opisać biochemicznej struktury tego, co prezentowali jako wirus w osobnym eksperymencie. W krótkim opisie stosowanych metod można przeczytać, że autorzy nie zastosowali standardowej techniki izolacji wirusów, tj. wirowania w gradiencie gęstości. Zwyczajnie odwirowali fragmenty martwych komórek na dnie probówki testowej, a następnie, nie opisując ich struktury biochemicznej, błędnie uznali szczątki komórek jako wirusy. Ze sposobu przeprowadzenia eksperymentów można wywnioskować, że cząsteczki komórkowe zostały źle zinterpretowane jako wirusy.

Taką samą sytuację znajdujemy w czwartej – Lund GA, Tyrell, DL, Bradley RD, Scraba DG. „The molecular length of measles virus RNA and the structural organization of measles nucleocapsids.” (J. Gen. Virol. 1984 Sep;65 (Pt 9): 1535–42) – i szóstej pracy – Daikoku E, Morita C, Kohno T, Sano K. „Analysis of Morphology and Infectivity of Measles Virus Particles.” (Bulletin of the Osaka Medical College. 2007; 53 (2): 107–14) – opublikowanej przez powoda jako dowód na istnienie wirusa odry.

Piąta publikacja – Horikami SM, Moyer SA. „Structure, Transcription, and Replication of Measles Virus.” (Curr Top Microbiol Immunol. 1995; 191: 35–50)jest przeglądem opisującym proces konsensusu dotyczący tego, które cząsteczki kwasu nukleinowego z martwych komórek reprezentowałyby tak zwany genom wirusa odry. W rezultacie dziesiątki zespołów badaczy pracują z krótkimi kawałkami cząsteczek specyficznych dla komórek, po czym – na podstawie danego modelu – układają wszystkie kawałki razem na papierze. Jednak taka układanka wykonana z tak wielu kawałków nigdy nie została udowodniona naukowo jako całość i nigdy nie została wyizolowana z wirusa, ponieważ wirus odry nigdy nie był widziany, ani u ludzi, ani w probówce.

Odnosząc się do tej publikacji, wyznaczony przez sąd ekspert stwierdził, że opisuje ona złoty standard, tj. cały genom wirusa. Oczywistym jest, że ekspert nie przeczytał tego artykułu, którego autorzy stwierdzili, że dokładny skład molekularny i funkcje genomu wirusa odry będą musiały być przedmiotem dalszych badań, dlatego musieli polegać na innych modelach wirusów w celu osiągnięcia konsensusu w sprawie struktury i funkcji genomu wirusa odry.

Najłatwiej zauważyć, że w każdej z podanych publikacji, a także we wszystkich tekstach dotyczących „wirusa odry” oraz innych patogennych wirusów, nie przeprowadzono żadnych eksperymentów kontrolnych. Żaden z badaczy nie stosował techniki wirowania w gradiencie gęstości; zamiast tego wirowane były resztki komórkowe na dnie probówki. Technika ta, służąca do zbierania wszystkich cząstek z płynu, nazywana jest wytrącaniem albo precypitacją. Z logicznego i naukowego punktu widzenia można powiedzieć, że we wszystkich publikacjach na temat tak zwanych „wirusów chorobotwórczych” badacze wykazali w rzeczywistości tylko cząstki i cechy komórek.

Godną polecenia jest także recenzja prof. Lüdtke (1999) – „Zur Geschichte der frühen Virusforschung. Übersichtsarbeit von Prof. Karlheinz Lüdtke.” Zauważył on, że u zarania wirusologii większość wirusologów za każdym razem dochodziła do wniosku, że struktury, które mylnie wstępnie uznali za wirusy, okazały się potem składnikami komórek, a zatem były jedynie wynikiem eksperymentu, a nie przyczyną zaobserwowanych zmian.

Zur Geschichte der frühen Virusforschung

Badania nad wścieklizną: historia naukowego oszustwa

Rabies_cartoon_circa_1826-Copy.jpg

Strach przed bestią

Wścieklizna jest dziś uznawana za niebezpieczną wirusową chorobę zakaźną niektórych ssaków, mogącą przenieść się na człowieka. Cechuje ją znaczne podniecenie i agresja („wściekłość”). Wściekliznę nazywa się też wodowstrętem lub hydrofobią (z łac.), co jest odbiciem jednego z objawów choroby, mianowicie mimowolnych skurczów mięśni na widok lub sam dźwięk wody.

Popularny w czasach Louisa Pasteura – odkrywcy szczepionki na tę chorobę – horror związany z wścieklizną nie miał żadnych podstaw w statystykach, ani znaczenia dla demografii, ponieważ hydrofobia była bardzo rzadka u ludzi. Tuż przed wynalezieniem tej „cudownej szczepionki” śmiertelność we Francji oficjalnie nie przekraczała 50 osób rocznie. Pomimo tak sporadycznego występowania, wścieklizna od dawna zajmowała szczególne miejsce w ludowych przekazach. Aż do czasów AIDS była ucieleśnieniem tajemniczej i przerażającej choroby, a jej typowym nosicielem miał być najlepszy przyjaciel człowieka. Hydrofobia od czasów średniowiecznych powiązana była z ludowym wyobrażeniem bestii, choroby związanej z demonami (teoria miazmatu).

W dawnych czasach, jak odnotowano w zapiskach dostępnych w starych bibliotekach, pocałunek króla miał leczyć wściekliznę. Później odkryto, że kawałek królewskiego ubrania może być równie skuteczny. Wierzono też, że „kamień szaleństwa”, stosowany w miejscu ugryzienia, „wyciągał szaleństwo”. Natomiast fragment „sierści psa, który nas ugryzł” powinien zostać przeżuty, połknięty lub zawiązany na ranie.

W 1881 r. chemik Louis Pasteur ogłosił, że odkrył metodę przenoszenia wścieklizny pomiędzy zwierzętami. Mianowicie w sterylnych warunkach pobrał zawartość czaszki zwierzęcia uznanego za chore na wściekliznę, a następnie wstrzykiwał ją przez dziurę wydrążoną w czaszce zdrowego psa bezpośrednio na powierzchnię mózgu. Przyznam, że to dość osobliwa metoda udowadniania zarażenia daną chorobą. W dodatku uciekająca się do okrutnej wiwisekcji, nie uwzględniającej traumy zwierzęcia, na którym przeprowadza się tortury. Takie zabijanie uznawane jest do dziś przez wirusologów jako bezpośredni dowód na istnienie danego wirusa, zdolności replikacji oraz jego izolacji. Gdyby Pasteur pobrał tkankę od każdego innego (zdrowego) zwierzęcia, efekt byłby zapewne ten sam. Nigdy jednak nie wydzielił w swoich badaniach nad „wirusem” odpowiednich grup kontrolnych, aby się o tym przekonać.

Inną techniką „zarażania” chorobą było dożylne wstrzyknięcie tego samego materiału. Jednak w przeciwieństwie do wyżej przedstawionej wewnątrzczaszkowej iniekcji, tutaj „wirus” wywoływał wściekliznę w formie „paraliżu”, a nie „szaleństwa”. Jak się to ma do 3 postulatu Kocha (drobnoustrój wyodrębniony od chorej osoby, po wprowadzeniu do ludzi lub zwierząt musi wywołać tę samą!! chorobę) nie mam pojęcia.

14387440987.jpg

Prywatni pacjenci Pasteura

Jak czytamy w biografii Pasteura zatytułowanej: The Private Science of Louis Pasteur, opublikowanej na Princeton University przez prof. Geralda Geisona, na początku maja 1885 r. Paryżanin o nazwisku Girard zgłosił się do szpitala Necker w stanie ogromnego pobudzenia. Obawiał się, że jest chory na wściekliznę. Dwa miesiące wcześniej został ugryziony w kolano przez wałęsającego się psa. Jego rana została dokładnie skauteryzowana i wygoiła się bez powikłań. Aż do teraz. Pacjent skarżył się na silne bóle głowy i brzucha. Pił sporo mleka, ale nie mógł znieść widoku wody i wina. Jego nogi trzęsły się i nie mógł nic jeść. Louis Pasteur dostał pilny telegram i szybko zjawił się w szpitalu. Zlecił wstrzyknięcie cierpiącemu na bóle pacjentowi 1cm3 preparatu, który przyniósł ze sobą z laboratorium. Kolejną dawkę zaaplikowano mu o 22:00 tego samego dnia. Planowano sześć kolejnych zastrzyków w krótkich odstępach czasowych, ale na polecenie administracji szpitala Pasteur musiał zaniechać dalszych eksperymentów i wynieść się ze szpitala, ponieważ na miejscu nie był obecny lekarz prowadzący. Stan Girarda pogarszał się. Ręce zaczęły drżeć, męczyły go silne bóle i pytał czy jest chory na wściekliznę. Kolejny dzień upłynął na drgawkach, do tego doszło silne pocieranie się w szyję. Gdy następnego dnia stan jego uległ stopniowej poprawie, dziękował za zaaplikowaną kurację. Nie mógł wciąż jednak patrzeć ani na wodę, ani na wino.

Jednak już 6 maja powróciły drgawki i silnie drapał się po całym ciele. Wieczorem doszły do tego koszmary senne. Po kilku dniach objawy ustąpiły. Pacjent wciąż pił mleko i bulion, ale nie chciał słyszeć o wodzie, winie czy o jakimkolwiek pokarmie stałym. Wkrótce wypisano go ze szpitala. Lekarz prowadzący był od początku sceptyczny odnośnie pierwotnej diagnozy wścieklizny. Dr Georges Dujardin-Beaumetz, członek Akademii Medycznej i Rady Higieny i Zdrowia Publicznego, który był odpowiedzialny za śledzenie każdego przypadku wścieklizny w departamencie, zapytał Pasteura o naturę jego cudownych specyfików. Ten jedynie odparł, że wstrzykiwał pacjentowi „pełną strzykawkę Pravaza [1cm3] atenuowanego [odzjadliwionego] wirusa wścieklizny.” Nie sprecyzował jednak, w jaki sposób została osiągnięta owa „atenuacja”.

Następnego dnia wysłał do dr Dujardin-Beaumetza list z prośbą o przesunięcie terminu nadesłania raportu do Rady Higieny i Zdrowia Publicznego na temat pacjenta Girarda. Motywował to tym, że chciał mieć absolutną pewność, iż Girard nie cierpi już na wściekliznę.  Dziwnie to tłumaczył Pasteur, jakby z obawy czy czasem jego cudowny specyfik nie zaszkodzi ostatecznie pacjentowi. Wyjaśniał potem w napisanym liście, że jeśli pacjent zmarłby ostatecznie na wściekliznę, należałoby zbadać czy jego śmierć spowodowana była ugryzieniem psa czy też raczej w wyniku iniekcji otrzymanych w szpitalu Necker. Problem ten miał być wg Pasteura rozstrzygnięty w wyniku przeniesieniu tkanek z mózgu Girarda na zwierzęta i obserwacji, czy ich kliniczna odpowiedź była typowa dla zwykłej wścieklizny czy też raczej charakterystyczna dla zmodyfikowanego wirusa, który został wstrzyknięty pacjentowi przez Pasteura i jego współpracowników. Zastanawiające, jak chciał on ostatecznie rozstrzygnąć tę kwestię.

Co więcej. W przeciągu miesiąca Pasteur zmierzył się z kolejnym przypadkiem domniemanej wścieklizny. Tym razem była to jedenastoletnia Julie-Antoinette Poughon. Została ona miesiąc wcześniej ugryziona przez swojego pupila w górną wargę i przyjęta 22 czerwca 1885 r. do szpitala St. Denis po dwóch dniach silnego bólu głowy. Zarówno Pasteur jak i lekarz dyżurny zgodnie uznali, iż na pewno mają do czynienia z przypadkiem wścieklizny. Lekarz, idąc za sugestią Pasteura, wstrzyknął pacjentce całą zawartość strzykawki zawierającej substancję uprzednio przygotowaną w laboratorium chemika. O północy wstrzyknięto jej kolejną dawkę, różniącą się od poprzedniej w stopniu atenuacji. Następnego dnia Pasteur wrócił do szpitala o 10:00, kiedy zastał młodą Julie umierającą. Symptomy wścieklizny szybko ogarnęły jej organizm, pomimo (a może z powodu) dwóch iniekcji zastosowanych poprzedniego dnia.

Dramatyczne historie obu pacjentów: Girarda i Julie-Antoinette nie zostały odnotowane w żadnym oficjalnie opublikowanym dotąd tekście. Z wyjątkiem prywatnych zapisków Pasteura z jego korespondencji z dr Dujardin-Beaumetz. Pasteur nigdy oficjalnie nie wspomniał o nich. Odnośnie młodej pacjentki zapewne nie było się czym chwalić, wszak zmarła na drugi dzień po jego cudownej kuracji. Ale ciszę w eterze na temat Girarda ciężko zrozumieć, chyba że Pasteur sam nie wierzył w swoje lekarstwo. Gdyby było inaczej, z pewnością nie ukrywałby tak doniosłego osiągnięcia przed opinią publiczną.

Czytaj dalej„Badania nad wścieklizną: historia naukowego oszustwa”